parentnik.pl

Dlaczego nie można jeść kociego jedzenia?

Z. skrada się w kierunku kociej miski. Ja wiem, że jak się ma rok, to te drobne kulki bardzo kuszą; Ona wie, że to kocie jedzenie i nie służy do zabawy. Po Jej uśmiechu i iskierkach w oczach widzę, że doskonale wie, ale przypominam:

– To jedzenie kotka, nie ruszaj proszę.

Sz. dopowiada:
– … bo ma gluten.

No tak. To też jest jakiś powód 😉 Zwłaszcza dla Z., która wciąż musi jeść bezglutenowo i bezmlecznie.

Spróbuję

Sz. postanawia ulepić z ciastoliny figurki Ninjago.

– Tatuś, ulepisz ze mną?

– Hmm, chyba nie umiem…

– Wiesz, ja też nie umiem. Ale spróbuję.

 

Yes, yes, yes! 🙂

Właśnie od „spróbuję” zaczynają się wielkie rzeczy.

To  bardzo ważne – nie bać się próbować.

Prosta historia o Wielkiej Zmianie

Opowiem Wam historię. Dzisiejszą. Z placu zabaw.
Byliśmy sobie dziś na chwilę z naszymi Dziećmi. Była też taka grupa – jakiś maluch w wózku, trójka nastolatków i kilkoro takich młodszych Dzieciaków, w wieku 7-10 lat, tak na oko. Może znacie takie grupy – dwie lub trzy wielodzietne rodziny, bez nadmiaru kasy, za to starsze bardzo się opiekują młodszymi. No, to taka mniej więcej sytuacja.
Z drugiej strony placu zabaw babcia (a właściwie, patrząc na jej zachowania, bardziej pasowałoby określenie: babka) z dwiema dziewczynkami. Dziewczynki takie wystylizowane, mogłyby z marszu pozować do jakieś sesji modowej. I w pewnym momencie spotykają się na środku placu, przy karuzeli – jedna z tych modnie ubranych Dziewczynek i Chłopiec – w żółtej kurtce i czarnej czapce, takiej wiecie, z wyszytym pyszczkiem misia i uszami z pomponów. Jak się później okazuje, to znajomi z jednej klasy, z osiedlowej podstawówki. Mają po 7 lat. I Dziewczynka wypala:
– A ty jesteś w końcu chłopak, czy dziewczyna? Bo masz dziewczyńską czapkę i spodnie też jak dziewczyna.
Smutno mi się robi, bo widzę, że Chłopiec na moment nieruchomieje i lekko spuszcza głowę. Ale po chwili podnosi ją z powrotem i odpowiada:
– Wiesz, wcale nie chcę z tobą rozmawiać. Bo ty oceniasz. Po co tak oceniasz? Przecież komuś może się zrobić przykro. A jak ktoś coś lubi, to czemu ma nie nosić?
Dziewczynka nie odpowiada, a ja stoję, bujam moje młodsze Dziecko na huśtawce i zastanawiam się jak powiedzieć temu Chłopcu, że jestem naprawdę pod wrażeniem jego reakcji i że świetnie sobie poradził. I jak to zrobić, żeby on nie poczuł się zawstydzony – jeśli nie tym, że ktoś widział i słyszał tę mało komfortową dla niego wymianę zdań, to tym, że jakaś obca baba go zaczepia na placu zabaw. I wtedy on sam daje mi szansę:
– Proszę pani, pokręci mnie pani? Tylko tak mocno! – woła do mnie z karuzeli.
I rozmawiamy sobie. O tym, że nie warto oceniać innych, bo różnym ludziom podobają się różne rzeczy; o szkole, o domu, o różnych sprawach. Dołącza do nas mój Synek i kręcę ich obu.
W tym czasie babcia Modnych Dziewczynek krzyczy do Dzieciaków z tej grupy, o której pisałam na początku, żeby nie siadali na bramkach (takich małych, metalowych, do gry w piłkę nożną). Oni odkrzykują, że wcale nie siedzą, tylko się opierają, a poza tym ważą 25 kilo, więc i tak nic by tej bramce nie zrobili. Babcia odkrzykuje coś o gnojach. Dzieciaki, z równym spokojem jak ten chłopiec wcześniej odpowiadają:
– Ale niech nas pani nie obraża.
(jedno z młodszych dopowiada:) – No właśnie, bo ktoś się może urazić! (cudne to zdanie, muszę zapamiętać 🙂 )
– Ja nikogo nie obrażam!
I odwracając się w drugą stronę, niby do siebie, ale tak żeby wszyscy usłyszeli rzuca: „I zwrócić gnojom uwagę…
Wtedy mój Mąż, który przejął bujanie naszej Córeczki, nie wytrzymuje i głośno mówi, że Dzieciaki mają rację, że pani powinna raczej dawać przykład a nie obrażać i że nazywanie kogokolwiek ‚gnojami’ jest nieeleganckie i nie na miejscu.
Pani babcia bardzo się oburza i znów powtarza, że ona nikogo nie obraża. I już znacznie ciszej dodaje: „A pan to taki mądry jak te dzieciaki„.
A Dzieciaki po chwili wołają: – Dziękujemy, proszę pana.

Chwilę później wracamy do domu, bo zimno, a ja w drodze powrotnej myślę sobie, że takiego właśnie świata chciałabym dla moich Dzieci. Że o takiej zmianie marzę. Żeby teksty o ‚gnojach’ zostały zastąpione przez spokój, dialog i otwarte mówienie o uczuciach i potrzebach. Żeby zamiast tych naburmuszonych min i wrzeszczenia: „zostaw tę huśtawkę, bo zrobisz sobie krzywdę”, był radosny śmiech i strzelanie goli z maluchami ‚na barana’, żeby miały poczucie, że też udało im się trafić do bramki.
Dziś widziałam tę zmianę. Działa się. Jest nadzieja! 🙂

Wielkie Pytania

A więc to już? Szybko tak jakoś. Z zaskoczenia. Ale to chyba zawsze tak jest, że wydaje nam się, że zdążymy się jeszcze przygotować, nauczyć, podszkolić… a tu nagle pach! i nadchodzi czas Wielkich Pytań. Na które czasem ciężko odpowiedzieć.

– Mamo, a co to jest wszechświat?

– Jak to się dzieje, że planety cały czas unoszą się w powietrzu?

– Co to są sny? Jak działają sny?

– Co to są wspomnienia?

– Jak to się dzieje, że gadamy? Co w naszym ciele gada?

– Co to są konflikty?

– Co to znaczy ‚zmutowany’?

 

Mam nadzieję, że ta ciekawość świata zostanie w Tobie na zawsze.

Otworzyli restaurację :)

– Oj, jaka pyszna zupa pomidorowa. I makaron.

– A, dziękuję. Oj, zapomniałem podać łyżeczkę.

– Nic nie szkodzi, nie musi być łyżeczki.

– Ale mogę podać, oczywiście.

 

To nieprawda, że chłopcy nie lubią bawić się w kuchnię.

I nieprawda, że Czterolatek i Pięciolatek nie potrafią się razem fantastycznie bawić przez długi czas.

Właśnie się bawią.

A ja dyskretnie przysłuchuję się z drugiego pokoju i uśmiech nie schodzi mi z twarzy 🙂

Argument nie do odparcia

Szymek na kanapie je kanapkę z dżemem, Zu na podłodze patrzy na Niego z (nieustannym) zachwytem:
– Wiem, Zuzia … też byś chciała…
…ale nie możesz…

(czekam na argument o alergii, który serwuje ostatnio wszystkim, którzy zapytają: ‚A podzielisz się z siostrzyczką?’ – ‚Niee, siostra jest alergiczką i nie może’ odpowiada kiwając głową z zatroskaną miną)

… bo potem trzeba umyć zęby…
… a ty nie masz zębów.

O tym jak moje Starsze Dziecko uczy mnie opanowania i zachowywania zimnej krwi

Takich rzeczy nie da się nauczyć chyba inaczej niż przez trening. Szym bardzo dba, żebym miała okazję poćwiczyć.
Poszliśmy na targ. Po mięso, wędlinę, po wierzbowe gałązki, bazie i takie tam. Na tym akurat targu sklepiki mięsne są w kilku alejkach, po dwóch stronach, pod takim zadaszeniem. No taka budżetowa wersja małej galerii handlowej, tylko z pręgą wołową zamiast bluzki w prążki i szczypiorkiem zamiast spodni 😉 No i ze znacznie (!) węższymi alejkami, takimi, że jak się idzie z wózkiem w jedną stronę, to trzeba poczekać przy pomidorach aż ktoś z naprzeciwka nas minie, bo razem się nie zmieścimy. W każdym razie: oglądam schaby. Akurat są bez szału, więc idziemy dalej. Tzn, ja idę, a Szymek biegnie przodem. Biegnie. Mija kolejne sklepiki, sprawnie (bardzo sprawnie) wymija kolejnych ludzi i wcale się nie zatrzymuje. Mnie blokuje starszy pan, który idąc przede mną, w tej ciasnej alejce, przygląda się każdej mijanej marchewce, brukselce, kiszonej kapuście. Kiedy udaje mi wreszcie go wyminąć, Szymek znika za rogiem. Pędzę do końca alejki, już niezbyt kulturalnie przepychając się z wózkiem między ludźmi, dobiegam do ulicy i… przeżywam lekkie zaskoczenie, bo naiwnie spodziewałam się, że będzie tam na mnie czekał i zaśmiewał się, jaki to żarcik wywinął. No więc gościa nie ma. Ani z lewej, ani z prawej. Jest za to milion ludzi, pędzących we wszystkie strony, pomiędzy nimi ciężko cokolwiek dostrzec. Ok, czyli pewnie jest w drugiej alejce.
Nie ma.
No to w trzeciej…
Nie ma.
Więcej alejek nie ma.
Włączam tryb: lekka panika, a w mojej głowie ostro walczą ze sobą dwie opcje: pierwsza pod hasłem: „jak gdzieś wszedł to w końcu będzie musiał wyjść, pobawmy się w: ‚Gdzie jest Wally?’ „, druga natomiast wjeżdża czarną wołgą i urządza festiwal filmów w stylu: te idiotyczne internetowe urban legend typu: nie jeździjcie do ikea, bo ostatnio porwano tam dziecko i znaleziono je w łazience, uśpione, z wyciętą nerką. Staram się wspierać tę pierwszą, a drugiej odebrać mikrofon.
Pani sprzedaje gałązki borówkowe zaraz przy wejściu w tę alejkę, musiała widzieć:
„Przepraszam, nie widziała pani takiego chłopca w kurtce w kratkę?”
Nie widziała.
„Czy pan może nie widział..?”
Nikt nie widział. Jak kamień w wodę.
Nerwowo zerkam w stronę ulicy, ale auta na szczęście jadą jak jechały, w obie strony.
Memory, find: Mamo? Zgubiłam Szymka…
„Przepraszam, ja wiem, że pan nie widział, ale gdyby pan widział, to niech pan go zatrzyma, ok?”
I pędzę jak szalona, z tym wózkiem, z tym mięsem, z gałązkami wierzbowymi, z baziami, do sklepu ze zdrową żywnością, który jest niedaleko, bo tylko to jeszcze przychodzi mi do głowy.
I nie umiem ustać na nogach, kiedy już po otwarciu drzwi słyszę znajomy głos: „To poproszę jednego lizaka ksylitolka.”
Kucam przy nim: „Szymek, wiesz jak się martwiłam, jak nie mogłam cię znaleźć??”
„Mama, a wiesz co, jeszcze nie mam niewidzialnego Imperatora Starwarsowego, wiesz? Właśnie mówiłem pani.”
Zanim opadnie kurtyna, pani ze sklepu mówi jeszcze, że ona to by dostała zawału.
Ja też, tylko nie bardzo mam czas.

Kopytka

Ktoś niedawno tłumaczył mi, że połączenie: dzieci i noże to niebezpieczny pomysł. Że ewentualnie tylko plastikowe…

Trust. Dzieciaki, jeśli wiedzą jak działa nóż, naprawdę nie dążą do autodestrukcji.
Za to mogą na przykład zrobić kopytka 😉

noże

Wyjechane

Po raz milionpięćsetdwudziestytrzeci stwierdzam, że decyzja o wyborze plamoodpornego obicia kanapy w salonie była absolutnie najlepszą decyzją jaką podjęliśmy przy urządzaniu mieszkania.
Poszłam uśpić Zu. Wracam a Szym w tym czasie popełnił kolejne dzieło plastyczne. I spoko. Z tym, że nadal ma wyjechane za linie…

W pierwszej chwili myślałam, że zawał. No bo jak żyć, panie premierze, z takim dziełem na kanapie.
Ale rach ciach, mokra chusteczka, 5 sekund i po plamie ani śladu.
I też mogę mieć wyjechane 😉

Dzielo.jpg

HNB

„TO CO MA ZNACZENIE
(…)
To, że słyszę od innych mam HNB, jak bardzo za tym tęskniły. Za kimś, kto zamiast zaprzeczać, zrozumie i powie ja też tak mam. Za doświadczeniem akceptacji i wymiany, która przyniesie ulgę i spokój, zamiast pogrążać w poczuciu winy.”

Bardzo dobry tekst o High Need Babies.