Parentnik.pl - Pamiętnik rodziców

Bardzo fajny dzień

» Maj 12, 2012 12:16 am | Brak komentarzy

Dziś był naprawdę fajny dzień. No, może poza pobudką o 6:50, co absolutnie nie jest naszą godziną.

Pogoda wciąż dopisywała, więc spędziliśmy ponad 3 godziny na spacerze. Byliśmy na placu zabaw, bo przecież jak można wyjść i nie dotrzeć na plac zabaw?? Wg Szymka tak się nie da. Tak jak coraz bardziej nie da się już jeździć w wózku, bo i cóż to za atrakcja oglądać świat nie mogąc go dotknąć?! Należy więc prośbą, albo groźbą, przyjaźnie zagadując, albo groźnie wrzeszcząc zawiadomić powożącego iż powzięło się zamiar natychmiastowego opuszczenia karocy… NATYCHMIASTOWEGO, jasne??!, i podreptania własnymi nóżkami (ze wsparciem, takim tycim-tycim tylko) w szeroki świat. Odkrywać nieznane lądy i oceany traw, podbijać serca niewieście, obłaskawiać drewnianego konia-huśtawkę. Jest tyle rzeczy do odkrycia! Nie ma czasu do stracenia (siedząc w wózku).

Najbardziej cieszy mnie, że niespecjalnie interesuje Go dreptanie po chodniku. On ‘biegnie’ w trawę, tam gdzie zielono i gdzie kwiatuszki. Po mamie to ma ;) I marzy mi się taka łąka, gdzie mogłabym Go puścić boso, żeby mógł poczuć tę trawę pod stopami - jak łaskocze w palce, jak ugina się pod ciężarem stawianej nogi, jak nierówna powierzchnia masuje stopy… Bez obaw, że trafi na kawałek szkła, jakąś twardę gałąź, czy, ekhm, psią kupę. Ale wszystko w swoim czasie, wierzę, że kiedyś znajdziemy takie miejsce :) Tymczasem zaczynamy zapoznawanie się z Matką Naturą trochę skromniej, acz w pełnym zachwycie (Jego, nad tym co widzi i moim nad Jego zachwytem – czy wtedy to metazachwyt będzie? :>) . Dziś na przykład w parku obserwowaliśmy gołębie – te dzikie i bardziej kolorowe – grzywacze tak zwane:

Zdjęcie pochodzi z: http://mlodylesnik.ocom.pl/11.html

Patrzyliśmy jak chodzą i szukają jedzenia, a potem robią „frrrrrrr” i już ich nie ma.

Ku wielkiemu zdumieniu Misiula okazało się, że „frrrrrrr” robi też biedronka, znaleziona w trawie, która chodząc po ręce mamy nie dawała się złapać małym rączkom. Uciekła też mrówka, wspinająca się po źdźble trawy, choć i ją mój młody entomolog zapragnął poznać bliżej (mam uzasadnione podejrzenia, że owo bliższe poznawanie skoncentrowałoby się w okolicy jego ust, a kto wie, może i żołądka).

W związku z tą ogólną dezercją szeroko pojętej fauny, postanowiliśmy się nie zrażać i skupić wobec tego na florze, która, chcąc nie chcąc, uciec nie miała szans. Kwiatuszki, dumnie reprezentowane przez mlecz (na mniszek lekarski i Taraxacum officinale jeszcze przyjdzie czas ;) ) zaszczyciły nas zarówno w postaci żółtych słoneczek ( i te „kwiatusi” początkowo wzbudzały oczywiście największy entuzjazm i po nie najchętniej sięgały małe łapki), jak i w wersji dmuchanej.  I tu znów moje Dziecko okazało się sprytniejsze ode mnie, bo kiedy ja raz i drugi próbowałam pokazać mu, że trzeba dmuchać, czyli robić „pfff” (bo takie ‘pf‘yfanie Misiul ma już opanowane niemal do perfekcji i ‘pff‘ robi na wszelkie nasze propozycje coraz częściej ;) ), żeby posłać te nasionka na wszystkie strony świata, On popatrzył i trzeci dmuchawiec podsunął mi prosto pod usta, do dmuchania. Oto więc, jeśli nie entomologiem, to może menedżerem zostanie – delegowanie zadań ma w małym palcu ;)

Zdjęcie z: http://pl.wikipedia.org/wiki/Mniszek_pospolity

Kiedy już znudziła nam (ekhm, nam..?) się zabawa dmuchawcami, przeszliśmy do następnego punktu programu, czyli własnoręcznego sprawdzania, że niektóre rośliny są „kuj” i niespecjalnie ma się ochotę je dotykać, a inne, takie jak lipa, mają całkiem spore liście, które można fajnie zgniatać.

Zdjęcie z: http://www.e-ogrody.pl/Ogrody/51,113408,1876718.html?i=3

Ale i tak największy zachwyt wzbudziła kora. Jeszcze nigdy nie widziałam nikogo, kto by z takim zachwytem patrzył na korę drzewa i dotykał ją tak delikatnie, jakby była jakąś przyjemną tkaniną. A potem leciutko obejmował obiema rączkami młode, cienkie drzewko, przy starym i bardzo grubym zadzierając głowę wysoko w górę, jakby w zdumieniu nad jego potęgą. Bardzo, bardzo żałuję, że sama już nie mam takiego spojrzenia, że nie mają go już w ogóle dorośli. Gdybyśmy go nie tracili dorastając, świat byłby dużo piękniejszy.

Tak właśnie idealistycznie i sielankowo wyobrażałam sobie kiedyś macierzyństwo. Że będziemy sobie tak spacerować, oglądać, dotykać, poznawać. Jednak nigdy w moich wyobrażeniach nie pojawił się jeszcze jeden element dzisiejszego dnia – kiedy siedzieliśmy na huśtawce, a właściwie ja siedziałam, a Szymek stał na moich kolanach, przodem do mnie, prowadząc wnikliwą obserwację łańcuchów, na których zawieszono ławeczkę, kiedy nagle spojrzał na mnie, przez dłuższą chwilę, z poważną, skupioną miną patrzył mi prosto w oczy, a później… po prostu mnie pocałował :D

Uwielbiam te momenty, kiedy rzeczywistość przerasta wyobrażenia! :)

Pierwszy

» Maj 10, 2012 9:17 pm | Brak komentarzy

No. To pierwszą poważną wizytę w piaskownicy mamy zaliczoną (usilnie odganiam ze swojej głowy wizje podstępnie czających się w tym piasku pasożytów wewnętrznych, czekających tylko na okazję, żeby wskoczyć na ręce mojego dziecka, które to ręce, jak wiadomo, siłą wręcz magnetyczną zaraz zostaną przyciągnięte do buzi… i pozostańmy tylko przy wstępie do tego horroru). Odhaczyć możemy też pierwszą pożyczoną łopatkę… i pierwszy płacz przy wychodzeniu z placu zabaw (i szybki powrót na tenże, bo przecież nigdzie nam się nie spieszy).

Dziś był dzień rzeczy pierwszych.

I mam wrażenie, że jednocześnie był to dzień kończący moje wygodne spacery z wózkiem, śpiącym Szymkiem i książką czytaną na ławce w parku :>

Wiosna, nareszcie jesteś

» Marzec 23, 2012 11:55 pm | Brak komentarzy

Na taką pogodę czekałam caaaałą długą (jak dla mnie zdecydowanie za długą) zimę. Na to, żeby wreszcie zrzucić grube ciuchy, żeby ręce przy prowadzeniu wózka nie odmarzały, żebyśmy nie wracali z czerwonymi nosami, żeby można było usiąść w parku na ławce i poczytać książkę… No, to dzisiaj spełniłam wszystkie swoje marzenia w tym zakresie ;)

Poszliśmy na spacer, Szymek zaraz udał się w objęcia Morfeusza, a ja kurcgalopkiem na parkową ławkę, żeby wreszcie, nareszcie nadrobić choć trochę przeogromne (meeegaprzeogromne wręcz) braki w lekturze wszelakiej (miałam napisać o choć częściowym zaspokojeniu potrzeb bibliofilskich, ale zaspokajanie swoich potrzeb na ławce w parku nie brzmi najlepiej :P ). I mniemam, że obojgu nam było błogo… Tiaa.. Tak właśnie wyobrażałam sobie macierzyństwo – Maleństwo śpiące smacznie w wózku obok ławeczki, na której ja czytam sobie ciekawą książkę. O sancta simplicita, rzec by się chciało, po 8 miesiącach nabywania, jakże odmiennych od spokojnego siedzenia na ławce, doświadczeń ;)

W każdym razie, ponieważ jednak, choć raz udał mi się ten numer i było dokładnie tak, jak sobie to kiedyś wyobrażałam (no może poza tym mało przyjemnym jeszcze wiatrem, który usilnie próbował nakłonić mnie to szybszego przewracania kartek), zamierzam się teraz tym zachwycać, ekscytować i wspominać latami :P Podobnie jak tym, że później udało nam się wybrać na drugi spacer, nabytym kilka dni temu Szymowym Puchatkowozem, który to spacer zakończył się dość nagłą i nieplanowaną drzemką głównego zainteresowanego :D Chciałam pokazać mu jak fajnie można pobujać się na huśtawce – Misiulowi siedzącemu na moich kolanach wystarczyły trzy, może cztery bujnięcia… I spał. Na siedząco :) Musieliśmy (znaczy, ja musiałam, bo Szymkowi to chyba niespecjalnie przeszkadzało :P ) dzwonić na pomoc, bo sama nie dałabym rady zabrać i Śpiącego Księcia i Puchatkowozu do domu. Całe szczęście plac zabaw znajduje się właściwie przed blokiem a  Misionowy Tata pracował w domu i przybierzył zaraz na ratunek :) A jak już skończył pracę, postanowił nagle i niespodziewanie otworzyć wiosenny sezon chustowy (zimową porą mieliśmy przerwę) i poszli na kolejny spacer :) Na skatepark rzecz jasna ;)

Ufff, ale wspomnieniowy dzień to był :) Po takim dniu fantastycznie się śpi :)

Wiosno,chcemy więcej!

Zimo! Ty już wiesz co… ;)

8 miesięcy

» Marzec 15, 2012 12:35 am | Brak komentarzy

10 minut temu minęło 8 miesięcy odkąd Szymek jest po tej stronie brzucha. Jest już całkiem, 9-kilogramowym facetem, coraz bardziej samodzielnym.

I wciąż jeszcze zdarza mi się patrzeć na Niego – jak bawi się, je, ogląda bajkę – i płakać. Ze szczęścia. Że jest zdrowy, że jest z nami, że jest taki mądry, słodki, śliczny.

Każdego dnia dziękuję za Niego od nowa. I wiem już, że nie ma dla mnie większego szczęścia. Nie mam wielkiego domu, nowego auta, nie mamy dużych oszczędności na koncie w banku. Ale mam Jego. Więc mam wszystko.

Sukcesów ciąg dalszy

» Marzec 13, 2012 9:23 pm | Brak komentarzy

Nocnikowanie idzie nam coraz lepiej. Prawie każda próba kończy się sukcesem. Zaczęłam zastanawiać się czy Szymek już choć trochę kojarzy o co chodzi. I mam wrażenie, że tak, bo dziś np, chwilę posiedział i zaraz zaczął się denerwować. Zabrałam go natychmiast, żeby nie zniechęcać, zajrzałam do nocnika, a tam 3 kropelki na dnie. To znaczy, że prawdopodobnie wie o co chodzi, starał się i zrobił ile mógł. Szalenie mnie to wzruszyło :)

I choć obiecywałam sobie postawę nieoceniającą w wychowaniu, to w tym konkretnym przypadku każdy sukces jest okazją do oklasków, wołania „brawo! wspaniale! super!” i okrzyków zachwytu. I mam takie wrażenie, że Misiul patrzy za każdym razem na tą naszą ekscytację z rozbawieniem, jakby myślał sobie: „Jak niewiele im potrzeba do szczęścia. Cieszą się jak szaleni, a ja po prostu nasikałem” :P Być może więc On wcale nie widzi w tym nic nadzwyczajnego i tylko w swojej wspaniałomyślności chce dać nam powód do radości, skoro tak nas to nieustannie cieszy.

Ach, jakbym chciała wiedzieć co myśli. Bo, że kombinuje sobie coraz więcej nie mam żadnych wątpliwości – to widać choćby po Jego minach :)

Nocnik

» Marzec 3, 2012 9:27 pm | Brak komentarzy

Przeczytałam gdzieś, że najłatwiej jest pokazać dziecku o co chodzi z nocnikiem albo zanim zacznie chodzić, albo dopiero po 2 roku życia. Podobno dlatego, że jak już zacznie chodzić, to wcale nie jest zainteresowane siedzenie w miejscu, na nocniku również. Nie ma czasu po prostu, bo przecież jest tyle ciekawszych rzeczy. No i może trochę w tym racji jest. Tzn, w podejściu do nocnikowania, nie do braku czasu na siedzenie. Chociaż może z tym też mogłabym się właściwie zgodzić…

W każdym razie, uznając to za dość rozsądny argument, postanowiłam spróbować. Rano wyciągnęłam więc nasz superbajerancki kaczkonocnik, który Szymek dostał zaraz na początku swojego życia po-tej-stronie-brzucha od Cioci Oli (dziękujemy raz jeszcze! :) ), posadziłam go na nim i zaczęłam tłumaczyć do czego to właściwie służy, jednocześnie dźwiękonaśladowczo zachęcając Go żeby sam przetestował to, co mu opowiadam. I zaskoczenie moje było naprawdę ogromne, kiedy podczas drugiej próby nocnik zagrał melodyjkę sygnalizującą powodzenie akcji o kryptonimie „SIU-SIU”.

Cóż, w moim prywatnym rankingu osiągnięć ludzkości dzisiejsze wydarzenie jest aktualnie o kilka oczek wyżej niż na przykład lądowanie na księżycu. Trwam w zachwycie :)

 

A gdyby ktoś zastanawiał się nad wyborem nocnika:

to ten jest naprawdę fajny :)

 

 

Kontakt

» Styczeń 31, 2012 8:27 pm | Brak komentarzy

Czuję się nieco dziwnie. To taka mieszanka szoku, zachwytu i zdziwienia. Trochę tak, jakbym nagle nawiązała kontakt z obcą cywilizacją. Albo jakby okazało się, że ktoś mówiący w zupełnie obcym języku, o kim myślałam do tej pory, że nie bardzo rozumie moje próby komunikacji z nim, nagle dał mi znak, że wie o czym mówię. Przedziwne uczucie… Ale do rzeczy.

Mamy z Misiem taką naszą wspólną zabawę, którą dość ciężko opisać. Polega mniej więcej na tym, że ja udaję, że nie zwracam na Niego uwagi i nie patrzę w Jego stronę po to, żeby za moment nagle odwrócić się i powiedzieć na przykład: „A kuku!” i połaskotać brzuszek, albo stopę, albo pocałować w rączkę czy policzek. On się wtedy śmieje, ja znów się odwracam, On cały czas patrzy i czeka na powtórkę. I tak od nowa i od nowa, dopóki Mu się nie znudzi.

Bawimy się tak już od jakiegoś czasu, ale ani razu nie przyszło mi do głowy, że Szymek może rozumieć na czym to polega do tego stopnia, żeby samemu powtórzyć ‘zasady’ tyle, że w drugą stronę. Bo zdążyłam się już nauczyć, że to, co dla nas proste, banalne i oczywiste u takich maluchów, dla których wszystko jest nowe, wymaga nie lada wysiłku. No i właśnie dziś tak bardzo mnie zaskoczył. Podczas karmienia, kiedy już właściwie zaspokoił głód i ciamkał sobie zaspokajając bardziej potrzeby bliskościowe, nagle szybko uniósł głowę, spojrzał mi w oczy z poważną miną i po chwili zawadiacko się uśmiechnął. Nie mogłam się powstrzymać i zaśmiałam się w głos, rozbawiona, że tak śmiesznie mu się udało. Szymek uśmiechnął się jeszcze szerzej i wrócił do jedzenia. Za moment powtórzył dokładnie to samo – szybkie uniesienie głowy, poważna mina… i zawadiacki uśmiech. Poczekał aż się zaśmieję i znów wrócił do jedzenia. I od nowa. I jeszcze raz. I jeszcze. I wiedziałam już, że to nie kwestia tego, że „tak mu się udało”, tylko, że robi to specjalnie. Świadomie zainicjował i powtarza naszą zabawę. Próbuje mnie rozśmieszyć. Śmiałam się w głos, w oczach mając łzy wzruszenia i marzyłam o tym, żeby ta chwila nigdy się nie skończyła. To jeden z takich momentów, które chciałabym wspominać za 10-15-20 lat.

I, jak tak sobie pomyślę, jak niewiele tak naprawdę wiemy o tym, co dzieje się w tych maleńkich głowach… Co myślą, o czym śnią… I to nie tak, że chciałabym wiedzieć wszystko. Jemu też należy się prywatność. Ale chciałabym umieć zrozumieć wszystko to, co chce/próbuje mi przekazać. Umieć właściwie odczytywać wszystkie Jego sygnały. Wciąż jeszcze często jest moją Małą Wielką Tajemnicą.

 

Bardzo niepoprawny wpis

» Styczeń 28, 2012 11:51 pm | Komentarzy: 2

Bardzo podziwiam matki, które z żelazną konsekwencją trzymają się zasady „moje dziecko nie ogląda telewizji” i które każdego dnia potrafią je non stop zająć tak, aby nie musieć sięgać po takie środki (masowego przekazu). Ja niestety do takich nie należę. To znaczy, owszem, planowałam wstąpić do tej elitarnej grupy, ale odechciało mi się dość szybko, kiedy okazało się, że trafił nam się egzemplarz, który wśród swoich niezbędnych wymagań ma między innymi nieustanne poświęcanie Mu uwagi i jeśli chcę zrobić cokolwiek poza zabawą z Nim,  w czasie kiedy nie śpi, to muszę znaleźć kogoś lub coś, co zajmie Go na tyle mocno, żeby nie odczuł mojej chwilowej nieobecności. I tu bardzo skuteczna okazała się, niestety, telewizja. A właściwie nie tyle sama telewizja, co wideoklipy na MiniMini Plus. Zwłaszcza dwa.

Przez to całe zamieszanie z ACTA nie wiem czy wklejając linki do YT nie naraziłabym się na niezapowiedzianą wizytę panów w czarnych kominiarkach, a ponieważ nie chciałabym żeby obudzili Misiula w czasie Jego drzemki (potem ciężko Go uśpić z powrotem), ograniczę się do podania tytułów…

Najpierwsze miejsce od dłuższego czasu, niezmiennie i niepokonanie zajmują ex aequo:

Justynka i Tomek – Taniec Połamaniec

i

Rass Tomi & Dzieciuff Squad – Piosenka Skakanka

 

Za każdym razem wywołują szerooooki uśmiech na Misiowej twarzy i szaleńczy trzepot rączek i nóżek przeplatany okrzykami zachwytu.

I mam wrażenie, że szczególną sympatią darzy dzieci, również te pojawiające się na ekranie. Dlatego piszczy z radości również kiedy MiniMini zapoda „Boogie Woogie”.

A ja łapię się na tym, że nie mogę zasnąć, bo w myślach wciąż nucę którąś z tych piosenek :)

Bardzo udane zakupy

» Styczeń 26, 2012 9:00 pm | Brak komentarzy

Czasem jest tak, że kupimy coś bez większego przekonania i okazuje się, że to bardzo trafiony nabytek i czemu nie pomyśleliśmy o nim wcześniej. A kiedy uda nam się taki trick dwa razy w bardzo krótkim czasie, to już w ogóle pełnia szczęścia. Tak jak tym razem.

Pierwszym z bardzo udanych zakupów jest piłka gimnastyczna. O dokładnie taka o:

zwykła, najzwyklejsza, granatowa, o średnicy 65 cm, zakupiona w promocji w Leclercu (czy „u Leclerc’a, jak nas uczyła w liceum pani od francuskiego), za całe 24 zł. I jak pomyślę, że identyczną, tylko w innym pudełku i z inną nazwą naklejoną nań, mogliśmy kupić w Wielkiej Galerii Handlowej, za całe 60 zł (!), to moje poczucie udanego zakupu jest jeszcze większe.

Bo że zakup należy do udanych okazało się zaraz po przyjściu do domu, kiedy Misionowy Tata napompował piłkę własnoustnie. Szymek bardzo lubi się na niej turlać. Na brzuchu, w przód, w tył i na boki. Co więcej – przeturlany do przodu lubi złapać zabawkę znajdującą się przed piłką, lub… całe pudełko zabawek :D

Bujanie na piłce to, poza dobrą zabawą, również ćwiczenie równowagi, koordynacji i balansu ciałem. Ponadto, maleństwo unosząc główkę do góry, kształtuje sobie niejako „przy okazji” prawidłową krzywiznę kręgosłupa w odcinku szyjnym. Aż żałuję, że nie kupiliśmy jej wcześniej, tym bardziej, że to ‘zabawka’, z której maluchy tak szybko nie wyrastają i ćwiczyć można również później, o na przykład :)

Chociaż, jak widzę, pan Zawitkowski nie poleca. No cóż, tym razem się wyłamiemy.

Drugim udanym, choć nieco kontrowersyjnym zakupem jest gryzak siatkowy/siateczka do podawania pokarmów:


 Źródło: www.canpolbabies.com

Kontrowersyjny, bo powoduje we mnie pewien dysonans. Z zasady, a właściwie z szacunku do naszego dziecka, od początku nie używam wobec Niego niczego, czego nie chciałabym zastosować na sobie. Z tego też powodu nie używaliśmy nigdy np katetera, nie posunęliśmy się też do użycia termometru w wiadomy sposób przy początkowych kolkach i problemach trawiennych. Póki co, udało nam się również obyć bez pomocy słynnej Fridy, choć wobec niej opór połowy z nas (tej męskiej połowy) jest coraz mniejszy i mam wrażenie, że w stanie wyższej konieczności połowa ta ulegnie i, ekhm, wciągnie temat. No, ale stany wyższej konieczności nie podlegają tego typu dyskusjom i dylematom. Ale do brzegu. Siatkowy gryzak budził moje opory w podobny sposób, to znaczy –  mam poważne wątpliwości czy miałabym ochotę dziamlać plastikową siatkę. Ponieważ jednak wolałabym dowiedzieć się, że Mama podawała mi jabłko czy banana przez taki siatkowy gryzak, niż że stosowała wobec mnie takie środki jak kateter (bądź, co gorsza, półśrodki, takie jak termometr, o co pewnie w tamtych czasach było znacznie łatwiej :| ) i podejrzewam, że mój Syn za lat naście może mieć podobne podejście, postanowiłam zaryzykować. Tym bardziej, że Misiul już bardzo rwie się do ‘dorosłego’ jedzenia (i patrzy z ogromnym wyrzutem na każdą kanapkę, jogurt, ciastko, które zjadam sama, nie dzieląc się z Nim), ale każda konfrontacja z jakąkolwiek formą stałą, która jednocześnie była na tyle niestała, aby dać się odłamać bezzębnymi (wciąż jeszcze!) dziąsłami, kończy się ‘cofką’, albo krztuszeniem. Kupiliśmy więc gryzak w ramach bardzo nieśmiałych początków z BLW.

I bardzo dobrze, że kupiliśmy. Bo dzięki temu Misiul prawie codziennie może zjeść kawałek jabłka, a nie przecier jabłkowy; kawałek banana,  a nie papkę bananową. Tzn, papka jest, ale własnoręcznie przyrządzona a nie słoiczkowa. A przy okazji, własnoręcznie wypapkowane jest też zwykle body i bujaczek. Bo jak jeść to z rozmachem ;)

V.I.P.

» Styczeń 23, 2012 9:36 pm | Brak komentarzy

Babcia to Bardzo Ważna Osoba. Misiul wiedział to od początku, w końcu nikogo innego nie zaszczycił takim uśmiechem kilka godzin po urodzeniu :) Zresztą do dziś to właśnie Babcia wywołuje niezmiennie jedne z najszerszych uśmiechów :)

I jeśli rolą Babci jest rozpieszczanie, to Misionowa Babcia najwyraźniej bardzo się w swoje zadanie wczuła :P Bo prezentów Szymek dostaje mnóstwo, przy każdej możliwej okazji i bez okazji zupełnie też :)

Przy okazji tego wpisu naszła mnie pewna refleksja – bo czemu pośród rozlicznych świąt nie ma oficjalnego dnia Prababci i Pradziadka? My świętowaliśmy oczywiście ‘przy okazji’, bo Misiul, mimo że Dziadków na wyposażeniu niestety nie posiada, ma czworo wspaniałych Pradziadków (tzn., konkretniej 2 Prababcie i 2 Pradziadków :) ), z czego jednych, ze względu na odległość jeszcze nie zdążył poznać, drugich zaś widuje co tydzień. I ci właśnie są w Nim absolutnie, bezgranicznie zakochani, a Pradziadek (po którym zresztą Misiul został Jerzym, z drugiego imienia :) ) podobno nie był tak zauroczony żadnym ze swoich pięciorga wnucząt :P Przyjeżdża więc do niego tak często jak tylko może i sobie rozmawiają. Przy herbatce :)

– Poznajesz mnie? A teraz? Aha, nie poznajesz, bo się dzisiaj dziadek nie uczesał, tylko taki nastroszony jestem…

- No, porozmawiamy troszkę? No, co powiesz? Aha, bo ty teraz jeszcze to tylko… po chińsku chyba mówisz..”

A Misiul jakby wyczuwał tę wielką miłość do niego, bo kiedy tylko widzi swojego Pradziadka uśmiecha się najszerzej jak umie i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mijają wszystkie złe nastroje, wszelkie niedogodności, nie ma marudzenia… Jest tylko ten wielki, przeogromny uśmiech. I Oni. Uwielbiam :)

 

O nas

Jesteśmy młodymi rodzicami oczekującymi na narodziny pierwszego dziecka. Wierzymy, że warto spisać uczucia, które nam towarzyszą w tym pięknym czasie :)