parentnik.pl

Po wizycie

No i jesteśmy po kolejnej wizycie. Okazało się, że nie mam kiły (to dopiero zaskakująca wiadomość :P), grupa krwi nie zmieniła mi się od urodzenia (a tu szczerze mówiąc miałam nadzieję na zaskoczenie, bo gdyby czynnik Rh w jakiś magiczny sposób jednak zechciał mi się zmienić, a wiem, że takie przypadki się zdarzają, to nie mielibyśmy problemu z ewentualnym konfliktem, itd), a badania hormonów tarczycy (TSH) pani w laboratorium (mimo rozorania żyły 🙁 ) zapomniała zrobić, więc wyniku niet (ale ‚na szczęście’ mogą dorobić, bo z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, po niemal tygodniu, nadal przechowują moją krew 😐 ). No a poza tym wszystko ok.
I to tyle, jeśli chodzi o informacje, które uzyskaliśmy na tej wizycie. O, może jeszcze poza tą, że mam sobie mierzyć ciśnienie, przez 5 tygodni (do najbliższej wizyty), dwa razy dziennie, a wyniki skrupulatnie notować na kartce i okazać do wglądu następnym razem. Bo tym razem miałam ciut za wysokie. Osobiście jestem niemal pewna, że to „syndrom białego fartucha”, ale ok, niech będzie – będziemy mierzyć 🙂

Nie lubię tych wizyt i najchętniej bym z nich zrezygnowała, ale:
1. Sama się nie zbadam
2. Jakąś dokumentację medyczną w szpitalu przedstawić muszę
3. przynajmniej dostaję skierowanie na konieczne badania laboratoryjne

Bo poza tym to korzyści z tych wizyt są niewielkie, zarówno merytoryczne (gdybym sama dużo nie czytała i nie miała osobistego ‚hopla’ na punkcie ciąży, to niewiele bym się na ten temat dowiedziała w gabinecie), jak i czysto pragmatyczne (że zobaczenie bobasa na usg to olbrzymia radość i ‚uspokajacz’ dla mamy? etam, więcej niż 3 razy w czasie ciąży to niepotrzebna fanaberia). Nie mówiąc już o tym, że straciłam zaufanie do autorytetu lekarskiego tej pani odkąd stwierdziła, że skoro wyniki toxoplazmozy wyszły mi ujemne, to nie ma potrzeby ich powtarzać. Co w rzeczywistości wygląda zupełnie odwrotnie – dwa ujemne wyniki świadczą o braku kontaktu z chorobą, braku odporności, a tym samym o konieczności powtórzenia badania przynajmniej raz w trymestrze. Powtarzam więc, na własną rękę. I chodzę dalej na wizyty. Bo muszę. A w domu czytam, czytam, czytam… żeby nie przegapić czegoś ważnego przez nieuwagę pani doktor. No i dlatego, że po prostu lubię wiedzieć 🙂 Ale co w sytuacji kiedy ktoś niespecjalnie ma czas/ochotę godzinami zagłębiać się w tematy okołociążowe i trafi do takiej pani doktor, licząc na to fachową opiekę..?