parentnik.pl

Chęci kontra portfel

Jako, że moja Żona wyspecjalizowała się w podsumowaniach typu „wszystko o łóżkach” lub „zestawienie (nie)zbędnych gadżetów„, to nie będę w ten obszar się wpraszał na siłę 😉 Zresztą nie czuję się w tym dobrze, bo każde porównywanie produktów w ilości większej niż 3-5 sprawia, że mam ochotę pobiec daleko i wrócić jak już będzie wybrane… (Żona zawsze dziwiła się jak mogę wejść do sklepu, kupić bluzę i wyjść, a co z bluzami w pozostałych sklepach? :p) Nie dotyczy to spraw „poważniejszych” jak wybór sprzętu elektronicznego itp, więc podział ról w naszym małżeństwie chyba jest dość jasno określony 😉

Towarzysząc jednak Małżonce tu i ówdzie, między innymi w sklepach z zabawkami dla dzieci, przekonuję się jak gigantyczny jest to rynek i jak bardzo niebezpiecznym dla portfela jest wzięcie swojego Dziecka i wpuszczenie go w tą pętlę czasoprzestrzenną (co, już 3 godziny minęły?). Większość rodziców pewnie powie, że na dziecku nie ma co oszczędzać (ten wątek już się u nas przewijał), albo że „dla mojego Misiuńcia – wszystko!„. No i bardzo dobrze, nie zamierzam tego negować czy podważać.

Istnieje jednak subtelna granica między zapewnianiem swojemu Szkrabowi wszystkiego, czego potrzebuje do rozwoju, a zbytecznym wyrzucaniem pieniędzy na zabawki, które nie są tego warte. Bo czy naprawdę potrzebna jest kolekcja figurek średniowiecznych postaci i stworów, po 16pln sztuka? Naoglądałem się niedawno wszelakiego barachła, że tak to dosadnie określę, i przekonany jestem, że Dzieciaki wchodząc do takiego kolorowego raju skłonne byłyby kupić wszystko, nawet podrygujące i grające melodyjki sztuczne wymiociny 😉 Dlatego bardzo istotne jest by na takie zakupy poszedł z dzieckiem ktoś, kto nie zostawi szarych komórek razem z kurtką w szatni 🙂

Odmawianie dziecku zakupu jakiejś rzeczy nie jest niczym złym i wzrok jednej czy drugiej zdziwionej matki przy sąsiedniej półce nie powinien nikogo peszyć, a już na pewno nie powinien być argumentem za zakupem bzdetu, którego marża jest przejaskrawiona bardziej niż on sam, w swej oczopląsowej kolorystyce. Warto sobie w takiej chwili pomyśleć „Jeśli inni uważają, że to jest super zabawka, to niech kupują, ja nie muszę„. Uprzedzając argumenty o histerii dziecka mogę powiedzieć tylko tyle, że jeśli się dziecko przyzwyczai, że swą histerią może coś osiągnąć, to będzie tak się zachowywało, ale jeśli rodzice wykażą się cierpliwością i dobrze pojętą siłą, to Dziecko w końcu zrozumie, że nie tędy droga. Teoria jest, mam nadzieję, że w praktyce uda mi się tak zachowywać 😉

Ale wracając do tematu zabawek i finansów. Nie zawsze drogie, firmowe zabawki muszą być wyznacznikiem „bawialni” dziecka. Wyznacznikiem takim może być inwencja rodziców i ich chęć ofiarowania swemu potomstwu zabawek z duszą, własnoręcznie wykonanych i przepełnionych miłością. Zabawki takie mają wiele zalet:

  • budują więź emocjonalną między rodzicami a dziećmi (kiedy już dziecko potrafi zrozumieć, że to właśnie Mamusia mu zrobiła to cudo lub gdy wręcz uczestniczy w jego tworzeniu)
  • mają większą „elitarność” niż standardowe, choćby najpiękniejsze, ale jednak masowo produkowane zabawki
  • dają podwójną frajdę: przy ich tworzeniu, i przy zabawie z ich wykorzystaniem
  • koszty ich produkcji są nieraz wielokrotnie mniejsze niż ceny gotowych zabawek

A jeśli Mama lub Tata mogą rozwijać własne umiejętności sprawiając radość swojemu dziecku, to czy może być coś piękniejszego :)? W końcu łatwo wejść do sklepu, zdjąć z półki kolorową, hałaśliwą maszynkę, ale dopiero własna inwencja, własna praca i jej efekt mogą dać wiele satysfakcji.

Przykładem zabawek, które relatywnie łatwo jest wykonać za całkiem rozsądne pieniądze, jednocześnie ofiarowując Dziecku coś, co będzie rozwijało jego wyobraźnię i uczyło pierwszych zwrotów w sposób interaktywny, są filcowe pacynki 🙂 Małe, poręczne, można je wszędzie ze sobą zabrać. Z nimi pytania typu „a jak robi kotek?” są bardziej sugestywne, a ich mnogość i różnorodność zapewnią sporo dobrej zabawy przy Maluszkowych Teatrzykach 😉