parentnik.pl

Wielki Dzień

Mision urodził się 15 lipca 2011 roku o godzinie 00:25, ważąc 3400g i mierząc 57 cm. Od pierwszych poważnych skurczy (ok. 6 rano 14 lipca) do momentu kiedy Go pierwszy raz zobaczyłam minęło jakieś 18 h. Do szpitala przyjechaliśmy przed 11 z powodu różnych niepokojących objawów (ok, może trochę spanikowałam, ale to mój pierwszy poród) . Przed 17, z bardzo silnymi skurczami co 2-3 minuty przenieśliśmy się z sali na ginekologii na salę do porodów rodzinnych. I tak skurcze nie opuszczały nas już do końca. Ok. 23:40 z powodu niepostępującej akcji porodowej zadecydowano o cesarskim cięciu.
Z różnych względów nie będę szczegółowo opisywać jak wyglądał mój poród. Było ciężko. Były krew, pot i łzy. Był ranek, popołudnie i za chwilę już wieczór (ten dzień minął mi chyba nawet szybciej niż dzień ślubu i wesele 🙂 ). Była burza, grzmoty i błyskawice przecinające niebo. Był plan, który pozostał teorią. Były doświadczenia graniczne i momenty kiedy czułam się jak ranne/konające zwierzę – z pełną świadomością, że boli strasznie, a jedyne co mogę zrobić to leżeć i czekać, bo nawet podnieść się już nie bardzo. Były minuty, które trwały przez godziny – w czasie jednej zdążyłam usnąć, odpłynąć, przyśnić jakiś totalnie abstrakcyjny sen, po to by w kolejnej przebudzić się i trwać w poczuciu nieskończoności na szczycie skurczu (swoją drogą – niesamowite, że człowiek naprawdę jest w stanie przespać się przez minutę – zupełnie w to nie wierzyłam i w duchu wściekałam się kiedy, przy moich codwuminutowych skurczach położna mówiła „niech się pani prześpi między skurczami, musi mieć pani siłę później”). Był lekarz, który na moje „ja naprawdę już nie mam siły i przestaję wyraźnie widzieć” stwierdził „to jest poród, tak ma być; poród boli” (i mam nieodparte wrażenie, że mówiąc to odczuwał niemałą satysfakcję, że takie doświadczenie nigdy nie będzie jego bezpośrednim udziałem).
Ale nie to chcę tak naprawdę pamiętać z tego dnia. To, co było o wiele ważniejsze w tamtej chwili (i w późniejszych, tych szpitalnych zresztą również) to olbrzymie wsparcie. Najpierw Misionowego Taty i Babci, później, na sali porodowej już tylko („tylko” to złe słowo) Taty Misiona. Nie wyobrażam sobie żeby Go nie było w tamtej chwili ze mną (a właściwie z nami) i chyba nigdy nie będę w stanie zrozumieć kobiet, które, mając już wybór (bo przecież kiedyś opcja porodu rodzinnego w ogóle nie istniała) świadomie z niego rezygnują. I to nawet nie chodzi o taką rzeczywistą, fizyczną pomoc, jak pomoc w wejściu/wyjściu z wanny, polewanie pleców ciepłą wodą, podanie wody/ręcznika/czegoś do jedzenia, czy liczenie skurczy (skurczów?). Myślę, że bez tego jakoś bym sobie poradziła. Chodzi raczej o samą Jego czułą obecność, Jego przejęcie, współodczuwanie, gotowość pomocy, na czymkolwiek by ona polegała i przede wszystkim – olbrzymie poczucie bezpieczeństwa. Strasznie się cieszę, że był tam ze mną, że chciał być, że widział cały ten proces i że przeszliśmy przez to razem. Jakkolwiek banalnie i kiczowato to zabrzmi – mam wrażenie, że to doświadczenie bardzo wzmocniło nas jako związek, a jednocześnie ułatwiło nam wejście w ten Nowy Czas i nowe role. Urodziliśmy razem i w ten sposób oboje od początku mogliśmy się poczuć rodzicami (tak bardziej fizycznie, bo psychicznie Misionowymi rodzicami byliśmy już od 39 tygodni 😉 ).
Jeżeli, z różnych powodów, nie zrobiłam tego wtedy, w szpitalu, to teraz, oficjalnie – dziękuję Ci :*