parentnik.pl

Plany vs. rzeczywistość

Cesarka nie była moim wymarzonym sposobem rozwiązania ciąży. Tzn, miałam taki moment, kiedy wydawało mi się to kuszącym (o ile za kuszące można uznać coś, na co się nie ma wpływu) rozwiązaniem, ale dość szybko, po przeczytaniu kilku artykułów na temat wyższości porodów naturalnych (fizjologicznych, siłami natury, czy jakkolwiek je jeszcze nazwać), odeszłam od tego pomysłu. Przez całą ciążę, we wszystkich rozmowach na ten temat zawsze powtarzałam, że chciałabym urodzić naturalnie, ale, ponieważ różnie może być, nie nastawiam się na żadną opcję. Ale nie była to prawda. Nawet jeśli sama przed sobą się do tego nie przyznawałam (choć przecież nawet szpital ‘wybierałam’ pod tym kątem), nastawiłam się dość mocno na poród naturalny, na kontakt „skóra do skóry” przez dwie godziny po porodzie, na nieprzecinanie pępowiny przez pierwsze minuty, dopóki sama nie przestanie pulsować, a potem na przecięcie jej przez Misionowego Ojca… na wszystkie te nowe, piękne standardy (a najchętniej jeszcze dodatkowe atrakcje w postaci przyciemnionego światła, w momencie bezpośredniego już uzewnętrzniania się Misiona, zgodnie z ‘filozofią’ Leboyera). Nakręcona wzniosłymi ideałami, powrotem do natury i td, deklarowałam też odważnie chęć niekorzystania ze środków znieczulających (haha, też mi odwaga w sytuacji kiedy oba dostępne szpitale w ogóle nie oferują możliwości skorzystania ze znieczulenia). No tak sobie zaplanowałam. A im więcej czytałam – o korzyściach z porodu sn, o wadach znieczuleń, o sile nastawienia psychicznego, jak również przeróżnych, często bardzo pięknych, opisów narodzin, tym bardziej miałam nakreśloną wizję mojego własnego porodu. Wizja ta, nie muszę chyba dodawać, mocno idealistyczna była. Tzn, owszem, wiedziałam że będzie bolało, zakładałam nawet, że będzie bolało bardzo (ale nie aż tak, jak się okazało później 😛), ale wszystko pójdzie szybko i sprawnie i wszyscy będą się zachwycać 😉 W skrócie miało wyglądać to tak, że:

– wszystko zacznie się w nocy (bo przecież tak się podobno zaczyna większość porodów) i skończy wczesnym popołudniem (żebym zdążyła nabrać sił i nacieszyć maleństwem, a potem spokojnie w nocy odespać 😛) – w rzeczywistości: zaczęło się po 6 rano, skończyło po północy

– nie jedziemy za szybko do szpitala, bo po co tam siedzieć, czekać i niepotrzebnie się stresować, skoro równie dobrze można siedzieć, czekać i niepotrzebnie się stresować w domu, a jednak w domu może być ciut przyjemniej – w rzeczywistości: nie udało się – byliśmy w szpitalu duuużo za szybko, bo zaczęło się dziać trochę nie tak jak powinno (a przynajmniej tak pisali we wszystkich mądrych pismach i podręcznikach jakie mi wpadły w ręce – dla ścisłości: wszystkie kłamały jak się okazało);

– zanim pojedziemy do szpitala, ale jak już się zaczną pierwsze skurcze, zdążę jeszcze pomalować paznokcie u nóg (naprawdę tak planowałam 😛), umyć głowę i wyprostować włosy (serio, serio 😛) , zrobić lekki makijaż (no miało być przecież szybko i sprawnie, więc a. nawet nie zdążę się specjalnie spocić, b. muszę się przecież jakoś prezentować jak wszyscy będą się zachwycać ;P) – w rzeczywistości: ponieważ wydawało mi się (jak się później okazało), że dzieje się nie tak, jak powinno, pojechaliśmy do szpitala w tempie megaprzyspieszonym, bijąc osobisty rekord w szybkości pakowania torby, z nieumytymi włosami i niepomalowanymi paznokciami (przytomnie zdążyłam tylko sprawdzić czy aby na pewno są odpowiednio przycięte 😉 ), bez makijażu, który i tak by się zaraz rozmazał w przypływie paniki wynikającej z „czemu on się nie rusza od dwóch godzin

– w szpitalu stwierdzą, że akcja się rozpoczęła, ale spoko, jeszcze chwilę potrwa, więc proszę, tu jest sala, proszę się przygotować, rozluźnić, o, jaka pani opanowana, w ogóle po pani nie widać, że pani rodzi, proszę tylko wypełnić te 150 tysięcy formularzy (tyle się naczytałam o tych wszystkich szalonej długości formularzach, a za idealnie przecież być nie mogło, więc jakiś zgrzyt musiałam w tej wizji umieścić ;P) – w rzeczywistości: 6 godzin spędzonych na ginekologii, w sali z dziewczyną, która leżała już 7 tydzień i zdążyła się nasłuchać i naoglądać, a potem w skrócie mi naopowiadać o różnych przypadkach; a potem przejście na salę porodową z przerwami na łapanie się barierek/poręczy/wszystkiego co pod ręką, w czasie skurczu. Formularzy na szczęście za wiele nie było, choć pani położna z zaskoczenia zaatakowała nas pytaniem o to którą przychodnię dla dziecka wybraliśmy… a my byliśmy kompletnie nieprzygotowani na takie testy sprawdzające, więc strzeliliśmy, że,yyy, naszą osiedlową chyba. Na szczęście pani położna powiedziała, że dobrze, ale coś mam wrażenie, że jeszcze będę miała okazję się przekonać, że to nie była najwyżej punktowana odpowiedź.

– poród oczywiście będzie aktywny – nie żebym musiała jakoś specjalnie się starać żeby zmniejszyć ból, przecież taki do zniesienia miał być, co by się później wszyscy mogli zachwycać, ale dla rozrywki przecież mogę trochę pokucać, poskakać na piłce, ba – nawet wejść do wanny, się odprężyć i odświeżyć przed mającym rychło nastąpić spotkaniem z Misionem (akcja oczywiście żywo postępuje, nie ociąga się) – w rzeczywistości: na początku trochę pochodziłam, później już głównie leżałam i nie miałam siły wstać; przysypiałam przez minutę, co minutę (nieprawdopodobne, ale naprawdę da się! i można nawet coś przyśnić; i przez moment się za gapić i poczuć się jak w domu… a potem znów przychodzi skurcz), ale wanna… panie, wanna to jest, moim zdaniem, jeden z najlepszych pomysłów tych, którzy się zajmują wyposażaniem porodówek. Fakt faktem, że z czasem pomagało już coraz mniej, ale początkowo (kiedy skurcze i tak były już solidne) polewanie pleców prysznicem przynosiło tak niebotyczną ulgę, że (z rozpędu oczywiście) powiedziałam Małżonowi, że tak to ja mogłabym rodzić codziennie (niedługo później mi się ten rozpęd wyhamował 😛). W każdym razie jak weszłam, tak stwierdziłam, że nie wychodzę i już (skusili mnie zastrzykiem rozkurczowym, podstępne łobuzy 😛)

– II fazy nie zaplanowałam jakoś szczegółowo, bo była jednak zbyt odległą wizją, w każdym razie w zarysie ogólnym miała wyglądać mniej więcej tak: >plump< i już, Mision uzewnętrzniony :P, bez krzyków, gadek o kupie i w ogóle, za to oczywiście z zachwytami „o, jakie piękne dziecko” i dwiema godzinami tylko dla nas – w rzeczywistości: fazy II, nie mówiąc już o III w ogóle nie było, bo moja szyjka się zawzięła i odmówiła współpracy, w związku z czym: założyli mi wenflon i cewnik, podali coś do podpisu (co podpisałam bez zastanowienia, bo kazali podpisywać akurat na szczycie skurczu, a co, mam nadzieję, nie było zgodą na pobranie mózgu do badań klinicznych „bo skoro pani podpisuje bez czytania, to znaczy, że pani nie używa, a po co pani taki zbędny organ zaśmiecający czachę” :P), a później coś do wypicia (przeohydne, słone okrutnie, o ile pamiętam, ale chyba nie chcę pamiętać) i kazali czekać, a potem przejść na salę operacyjną, wygiąć się w koci grzbiet i udawać że wcale mi nie przeszkadza igła wbijana w kręgosłup. No a później odjęło mi nogi, lekarz zajrzał w moje bogate wnętrze i wydobył z niego to, co najlepsze, czyli Misiona. I tu niestety rzeczywistość z moją wizją rozjedża się jeszcze bardziej, bo szpital ten nie przewiduje kontaktu „skóra do skóry” po cc 🙁

A potem… Potem było już coraz fajniej, choć nadal szkoda, że jednak skończyło się późno w nocy, a nie tak, jak zaplanowałam późnym popołudniem, bo Tata Misiona musiałam iść do domu, zamiast siedzieć ze mną i razem uśmiechać się do plastikowego  akwarium na kółkach, w którym spał, zmęczony tym wszystkim, nasz najpiękniejszy na świecie Synek 🙂

  • cicha07987

    Fajnie i lekko się Ciebie czyta, mimo ciężkiej tematyki ;-)))) widzę, że obie miałyśmy podobne nastawienie co do porodu – ja również nie chciałam cc, ba, wręcz się panicznie bałam i kiedy młodsza córka przez znaczną część ciąży była ułożona pośladkowo – trzęsłam się ze strachu na samą myśl o cc… u mnie, całe szczęście, obeszło się bez, ale z kolei ja chciałam urodzić wieczorem, a obie córki pojawiły się rano – pierwsze skurcze w nocy(1)/nad ranem(2), a już o 8:20(1)/9:55(2) tuliłam maleństwo, cały dzień się w nie wpatrując, a w nocy padając ze zmęczenia, kiedy wciąż chciało jeść, a ja byłam po całym dniu czuwania mocno „wypompowana”, złościłam się na siebie, że w ciągu dnia nie spałam z dzieckiem… teraz też boję się cc, po prostu boję i podziwiam wszystkie te dziewczyny, które doświadczyły cc, ba, które niekiedy same się na taki poród dobrowolnie decydowały…