parentnik.pl

Ekonielogicznie

Wszystko zaczęło się dawno temu, zanim Misiul postanowił pojawić się w naszym życiu. Gdzieś kiedyś przeczytałam o pieluchach wielorazowych. Ble, fuj i w ogóle. Prać? Spłukiwać? Zmieniać co chwilę? Nigdy w życiu. Za dużo ‘brudnej’ roboty z tym wszystkim.
To było w czasach, kiedy o pieluchach wielorazowych w polskim internecie/prasie/telewizji można było dowiedzieć się niewiele, lub zgoła nic.
Potem nagle zaczęło pojawiać się coraz więcej. Artykułów prasowych, materiałów tv, sklepów internetowych z wielorazówkami, informacji na forach, czy też forów skupiających rodziców bezpośrednio zainteresowanych tematem. Jako świr parentingowy (czyli jednostka interesująca się i ekscytująca wszystkim co jest związane z dziećmi i rodzicielstwem) stopniowo zagłębiałam się w temat, podczytywałam co i jak, choć ciągle z dość dużym dystansem. Przeczytałam więc ile chemii dostarczę mojemu dziecku zakładając mu pieluchy jednorazowe, ile ton śmieci wyprodukuje, a gdyby wciąż mi było mało – również ile na te wszystkie niecne postępki wydam przypuszczalnie pieniędzy. Na każde z tych pytań można by dać właściwie jedną odpowiedź – Za dużo (a szczegółowe wyliczenia można znaleźć na niemal każdej stronie sklepów internetowych zajmujących się sprzedażą wielorazówek, albo tu o). Wtedy trochę zmiękłam (urobili mnie, znaczy się 😉 ). Zaczęłam czytać więcej – o rodzajach pieluch i o tym jak się je tak naprawdę stosuje. Podchodziłam do tematu kilka razy, bo kiedy tylko wydawało mi się, że zaczynam coś ogarniać i potrafię sobie mniej więcej wyobrazić jak to ma wyglądać, atakowały mnie jakieś dziwaczne, obce mi zupełnie określenia – pul, minkee, AIO, formowanki, otulacze, kieszonki, wkłady bambusowe, wkłady węglowe – nie, no dobra, to nie dla mnie, dziękuję, do widzenia, albo i raczej nie.
Jeszcze przed urodzeniem Misiona wybraliśmy się na targi branżowe dla rodziców i dzieci. Tam tak naprawdę pierwszy raz miałam okazję obejrzeć i pomacać różne rodzaje pieluch wielorazowych i wypytać o wszystko, co budziło moje wątpliwości. Okazało się, że chyba nie wygląda to wcale tak strasznie, jak mi się początkowo wydawało i może nawet nie trzeba spędzać całego dnia jedną ręką wciąż zmieniając dziecku pieluchę, a drugą nastawiać pralkę z tymi już zabrudzonymi i jednocześnie wieszać uprane mokre/zdejmować uprane suche. Kupiliśmy dwie, na próbę. Do przetestowania czy spodoba się nam i Misionowi. Wybraliśmy takie, które wydały mi się najłatwiejsze w obsłudze, czyli kieszonki, które w dodatku miały bardzo fajne wzory, jedna była w pieski, druga w dinozaury, aż szkoda zakładać spodnie 😉 Nadal nie wiem czy dobrze wybrałam co do rodzaju, ale innych nie miałam okazji sprawdzić.
Pierwsze testy wypadły zdecydowanie niepomyślnie i na dłuższą chwilę zraziły nas do dalszych prób. Przyzwyczajeni do pampersów zostawiliśmy Misiona ‘ciut’ za długo w wielorazówce – to co miało być nieprzemakalne przemokło (zakładam, że wytrzymało ile mogło i dało z siebie wszystko, ale każdy w końcu traci cierpliwość 😉 ), mokra więc była pielucha, łącznie z wkładem, który można było wyżymać, spodnie i pół bujaczka. Nie mówiąc już o pupie Misiona, która była mokra fest, jakby powiedział mój śląski mąż, gdyby tylko zwykł posługiwać się swoją rodzimą gwarą. No dobra, no to chyba nie będziemy tego stosować, nie sprawdziło się. Ale, kurde, ta chemia… te góry śmieci… ten, kurcze, portfel biedny, na diecie mocno odchudzającej… (czyli, że urobili mnie bardziej niż myślałam) Przemogłam się więc i spróbowałam jeszcze raz. Tym razem było znacznie lepiej. Nic, że trwało to pół godziny i trzeba było zmienić, bo mokro (tym razem Dzieć mój bardzo zaangażował się w edukację pieluchową swojej matki i skutecznie komunikował mi, kiedy należy zmienić wkład na suchy). Grunt, że Misiul był zadowolony (tak sobie powtarzam do tej pory, co w psychologii nazywane jest redukowanie dysonansu podecyzyjnego ;P ).
Od tej pory, co jakiś czas używamy wielorazówek zamiennie z pampersami, kiedy chcę uśpić moje wyrzuty sumienia, którymi nafaszerowałam się czytając te wszystkie strony (czyli chemia z pieluchy + tona śmieci + dwie tony pieniędzy wyrzucone w… kupę ;P). Mamy 9 sztuk kieszonek, z czego 7 to kupione na allegro ‘mejdinczajny’. Okazały się zresztą lepsze niż te dwie ‘firmówki’, chociażby ze względu na znaaacznie bardziej chłonne wkłady. No i nie zdarzyła nam się jeszcze kupa w tych pieluchach. Być może po takim doświadczeniu zmienię zdanie co do całego tego tematu 😉

Plusy:
No wiadomo:
– mniej chemii
– mniej śmieci
– więcej kasy 😉
a poza tym:
– fajnie wyglądają na pupie
– zawsze to dodatkowa okazja (albo kilka) dla Misiula do pofajtania gołymi nogami
– podobno przyspieszają tzw. ‘trening czystości’ (co za okropna nazwa)

Minusy:

– ‘trochę’ więcej do prania
– ‘trochę’ więcej przebierania
– jednorazowo to większy wydatek