parentnik.pl

Zęby nadchodzą…

No tak. Nadchodzą. Od połowy listopada. A jeśli za objaw uznać wzmożone ślinienie się, to nawet od października. I jakoś im z tym ukazaniem się nie spieszno. Żartują sobie z nas za to, i, gdyby potrafiły, na pewno odczuwałyby z tego powodu niemałą satysfakcję, bo nabieramy się raz po raz. Bo oto ślinienie, gryzienie wszystkiego dookoła (za wyjątkiem, rzecz jasna, gryzaków), dziąsła twarde, pobielałe, coniektórzy (że nie będę pokazywać palcem, bo jakoś tak głupio pokazywać na siebie) widzą już nawet białe kropki, co się jednak wystukać łyżeczką nie dają… Ale jest i katar lekki, jeszcze lżejszy kaszel, jest hohooo marudzenie (chociaż takie wielkie rzeczy należałoby pisać przynajmniej wielką literą), no to przecież zęby jak nic… Jutro już pewnie jakiś się pojawi, bo przecież objawy ewidentne – i tak sobie potwarzam już przez 1,5 m-ca i drugą tubkę Dentinoxu. Objawy mijają i znów się pojawiają, a zębów jak nie było, tak nie ma.
Chociaż… gdyby tak przyjrzeć się dziąsłom, to można wyraźnie dostrzec kształt zębów, takie maleńkie wypukłości, znów jest lekki katar, więc… może jutro, najdalej pojutrze… 😉