parentnik.pl

Bardzo udane zakupy

Czasem jest tak, że kupimy coś bez większego przekonania i okazuje się, że to bardzo trafiony nabytek i czemu nie pomyśleliśmy o nim wcześniej. A kiedy uda nam się taki trick dwa razy w bardzo krótkim czasie, to już w ogóle pełnia szczęścia. Tak jak tym razem.

Pierwszym z bardzo udanych zakupów jest piłka gimnastyczna. O dokładnie taka o:

zwykła, najzwyklejsza, granatowa, o średnicy 65 cm, zakupiona w promocji w Leclercu (czy „u Leclerc’a, jak nas uczyła w liceum pani od francuskiego), za całe 24 zł. I jak pomyślę, że identyczną, tylko w innym pudełku i z inną nazwą naklejoną nań, mogliśmy kupić w Wielkiej Galerii Handlowej, za całe 60 zł (!), to moje poczucie udanego zakupu jest jeszcze większe.

Bo że zakup należy do udanych okazało się zaraz po przyjściu do domu, kiedy Misionowy Tata napompował piłkę własnoustnie. Szymek bardzo lubi się na niej turlać. Na brzuchu, w przód, w tył i na boki. Co więcej – przeturlany do przodu lubi złapać zabawkę znajdującą się przed piłką, lub… całe pudełko zabawek 😀

Bujanie na piłce to, poza dobrą zabawą, również ćwiczenie równowagi, koordynacji i balansu ciałem. Ponadto, maleństwo unosząc główkę do góry, kształtuje sobie niejako „przy okazji” prawidłową krzywiznę kręgosłupa w odcinku szyjnym. Aż żałuję, że nie kupiliśmy jej wcześniej, tym bardziej, że to ‚zabawka’, z której maluchy tak szybko nie wyrastają i ćwiczyć można również później, o na przykład🙂

Chociaż, jak widzę, pan Zawitkowski nie poleca. No cóż, tym razem się wyłamiemy.

Drugim udanym, choć nieco kontrowersyjnym zakupem jest gryzak siatkowy/siateczka do podawania pokarmów:


 Źródło: http://www.canpolbabies.com

Kontrowersyjny, bo powoduje we mnie pewien dysonans. Z zasady, a właściwie z szacunku do naszego dziecka, od początku nie używam wobec Niego niczego, czego nie chciałabym zastosować na sobie. Z tego też powodu nie używaliśmy nigdy np katetera, nie posunęliśmy się też do użycia termometru w wiadomy sposób przy początkowych kolkach i problemach trawiennych. Póki co, udało nam się również obyć bez pomocy słynnej Fridy, choć wobec niej opór połowy z nas (tej męskiej połowy) jest coraz mniejszy i mam wrażenie, że w stanie wyższej konieczności połowa ta ulegnie i, ekhm, wciągnie temat. No, ale stany wyższej konieczności nie podlegają tego typu dyskusjom i dylematom. Ale do brzegu. Siatkowy gryzak budził moje opory w podobny sposób, to znaczy –  mam poważne wątpliwości czy miałabym ochotę dziamlać plastikową siatkę. Ponieważ jednak wolałabym dowiedzieć się, że Mama podawała mi jabłko czy banana przez taki siatkowy gryzak, niż że stosowała wobec mnie takie środki jak kateter (bądź, co gorsza, półśrodki, takie jak termometr, o co pewnie w tamtych czasach było znacznie łatwiej 😐 ) i podejrzewam, że mój Syn za lat naście może mieć podobne podejście, postanowiłam zaryzykować. Tym bardziej, że Misiul już bardzo rwie się do ‚dorosłego’ jedzenia (i patrzy z ogromnym wyrzutem na każdą kanapkę, jogurt, ciastko, które zjadam sama, nie dzieląc się z Nim), ale każda konfrontacja z jakąkolwiek formą stałą, która jednocześnie była na tyle niestała, aby dać się odłamać bezzębnymi (wciąż jeszcze!) dziąsłami, kończy się ‚cofką’, albo krztuszeniem. Kupiliśmy więc gryzak w ramach bardzo nieśmiałych początków z BLW.

I bardzo dobrze, że kupiliśmy. Bo dzięki temu Misiul prawie codziennie może zjeść kawałek jabłka, a nie przecier jabłkowy; kawałek banana,  a nie papkę bananową. Tzn, papka jest, ale własnoręcznie przyrządzona a nie słoiczkowa. A przy okazji, własnoręcznie wypapkowane jest też zwykle body i bujaczek. Bo jak jeść to z rozmachem 😉