parentnik.pl

Bardzo fajny dzień

Dziś był naprawdę fajny dzień. No, może poza pobudką o 6:50, co absolutnie nie jest naszą godziną.

Pogoda wciąż dopisywała, więc spędziliśmy ponad 3 godziny na spacerze. Byliśmy na placu zabaw, bo przecież jak można wyjść i nie dotrzeć na plac zabaw?? Wg Szymka tak się nie da. Tak jak coraz bardziej nie da się już jeździć w wózku, bo i cóż to za atrakcja oglądać świat nie mogąc go dotknąć?! Należy więc prośbą, albo groźbą, przyjaźnie zagadując, albo groźnie wrzeszcząc zawiadomić powożącego iż powzięło się zamiar natychmiastowego opuszczenia karocy… NATYCHMIASTOWEGO, jasne??!, i podreptania własnymi nóżkami (ze wsparciem, takim tycim-tycim tylko) w szeroki świat. Odkrywać nieznane lądy i oceany traw, podbijać serca niewieście, obłaskawiać drewnianego konia-huśtawkę. Jest tyle rzeczy do odkrycia! Nie ma czasu do stracenia (siedząc w wózku).

Najbardziej cieszy mnie, że niespecjalnie interesuje Go dreptanie po chodniku. On ‚biegnie’ w trawę, tam gdzie zielono i gdzie kwiatuszki. Po mamie to ma 😉 I marzy mi się taka łąka, gdzie mogłabym Go puścić boso, żeby mógł poczuć tę trawę pod stopami – jak łaskocze w palce, jak ugina się pod ciężarem stawianej nogi, jak nierówna powierzchnia masuje stopy… Bez obaw, że trafi na kawałek szkła, jakąś twardę gałąź, czy, ekhm, psią kupę. Ale wszystko w swoim czasie, wierzę, że kiedyś znajdziemy takie miejsce 🙂 Tymczasem zaczynamy zapoznawanie się z Matką Naturą trochę skromniej, acz w pełnym zachwycie (Jego, nad tym co widzi i moim nad Jego zachwytem – czy wtedy to metazachwyt będzie? :>) . Dziś na przykład w parku obserwowaliśmy gołębie – te dzikie i bardziej kolorowe – grzywacze tak zwane:

Zdjęcie pochodzi z: http://mlodylesnik.ocom.pl/11.html

Patrzyliśmy jak chodzą i szukają jedzenia, a potem robią „frrrrrrr” i już ich nie ma.

Ku wielkiemu zdumieniu Misiula okazało się, że „frrrrrrr” robi też biedronka, znaleziona w trawie, która chodząc po ręce mamy nie dawała się złapać małym rączkom. Uciekła też mrówka, wspinająca się po źdźble trawy, choć i ją mój młody entomolog zapragnął poznać bliżej (mam uzasadnione podejrzenia, że owo bliższe poznawanie skoncentrowałoby się w okolicy jego ust, a kto wie, może i żołądka).

W związku z tą ogólną dezercją szeroko pojętej fauny, postanowiliśmy się nie zrażać i skupić wobec tego na florze, która, chcąc nie chcąc, uciec nie miała szans. Kwiatuszki, dumnie reprezentowane przez mlecz (na mniszek lekarski i Taraxacum officinale jeszcze przyjdzie czas 😉 ) zaszczyciły nas zarówno w postaci żółtych słoneczek ( i te „kwiatusi” początkowo wzbudzały oczywiście największy entuzjazm i po nie najchętniej sięgały małe łapki), jak i w wersji dmuchanej.  I tu znów moje Dziecko okazało się sprytniejsze ode mnie, bo kiedy ja raz i drugi próbowałam pokazać mu, że trzeba dmuchać, czyli robić „pfff” (bo takie ‚pf‚yfanie Misiul ma już opanowane niemal do perfekcji i ‚pff‚ robi na wszelkie nasze propozycje coraz częściej 😉 ), żeby posłać te nasionka na wszystkie strony świata, On popatrzył i trzeci dmuchawiec podsunął mi prosto pod usta, do dmuchania. Oto więc, jeśli nie entomologiem, to może menedżerem zostanie – delegowanie zadań ma w małym palcu 😉

Zdjęcie z: http://pl.wikipedia.org/wiki/Mniszek_pospolity

Kiedy już znudziła nam (ekhm, nam..?) się zabawa dmuchawcami, przeszliśmy do następnego punktu programu, czyli własnoręcznego sprawdzania, że niektóre rośliny są „kuj” i niespecjalnie ma się ochotę je dotykać, a inne, takie jak lipa, mają całkiem spore liście, które można fajnie zgniatać.

Zdjęcie z: http://www.e-ogrody.pl/Ogrody/51,113408,1876718.html?i=3

Ale i tak największy zachwyt wzbudziła kora. Jeszcze nigdy nie widziałam nikogo, kto by z takim zachwytem patrzył na korę drzewa i dotykał ją tak delikatnie, jakby była jakąś przyjemną tkaniną. A potem leciutko obejmował obiema rączkami młode, cienkie drzewko, przy starym i bardzo grubym zadzierając głowę wysoko w górę, jakby w zdumieniu nad jego potęgą. Bardzo, bardzo żałuję, że sama już nie mam takiego spojrzenia, że nie mają go już w ogóle dorośli. Gdybyśmy go nie tracili dorastając, świat byłby dużo piękniejszy.

Tak właśnie idealistycznie i sielankowo wyobrażałam sobie kiedyś macierzyństwo. Że będziemy sobie tak spacerować, oglądać, dotykać, poznawać. Jednak nigdy w moich wyobrażeniach nie pojawił się jeszcze jeden element dzisiejszego dnia – kiedy siedzieliśmy na huśtawce, a właściwie ja siedziałam, a Szymek stał na moich kolanach, przodem do mnie, prowadząc wnikliwą obserwację łańcuchów, na których zawieszono ławeczkę, kiedy nagle spojrzał na mnie, przez dłuższą chwilę, z poważną, skupioną miną patrzył mi prosto w oczy, a później… po prostu mnie pocałował 😀

Uwielbiam te momenty, kiedy rzeczywistość przerasta wyobrażenia! 🙂