parentnik.pl

Czy plac zabaw jest jak park, czy jak sklep?

Ostatnio często bywamy na placu zabaw. Mamy już nawet stałych znajomych – Adasia i jego Babcię, z którą wymieniamy uwagi na temat dzieci, alergii, służby zdrowia i różnych takich kwestii na około. A wszystko zaczęło się od tego, że Babcia Adasia znalazła Szymkową Pandę, którą ktoś uprowadził któregoś dnia z wózka pozostawionego na placu zabaw, a później porzucił na ławce w parku. O czym zresztą dowiedzieliśmy się dopiero następnego dnia, od Babci Adasia właśnie, kiedy już zdążyłam: kapnąć łzą na chodnik, zaraz za placem zabaw, że ludzie tacy okropni i bezduszni i nawet zabawkę z wózka dziecku potrafią ukraść. I że ja taka oszukana, bo w zaufaniu zostawiłam ten nasz ruchomy dobytek, a w nim Pandę i poszliśmy szaleć na huśtawkach. I że Panda ukochana przecież była… No i kiedy już wróciliśmy do domu i wyżaliłam się dostatecznie wszystkim naokoło: że ludzie bezduszni, ja oszukana, a Panda ukochana była i nie ma, w akcie desperacji, usiadłam przed monitorem i bez chwili wahania popełniłam zamówienie na kolejną sztukę, bo, ach co za szczęście, w sklepach internetowych ten model nadal jest obecny. W międzyczasie jeszcze zamiar powziąwszy, by nazajutrz przed placem zabaw przyczepić kartkę, stosownych rozmiarów, że oto: „Uwaga złodziej!”, co by ostrzec innych rodziców przed czyimiś lepkimi łapkami (później oczywiście emocje opadły i zamiar pozostał niezrealizowany). W każdym razie następnego dnia, na tym samym placu zabaw, na który obiecywałam sobie poprzedniego dnia już nigdy nie wracać, zapytałam Babcię Adasia, która wtedy jeszcze nie była Babcią Adasia (to znaczy była, tylko ja jeszcze o tym nie wiedziałam), tylko Panią, Która Bywa Na Tym Placu Codziennie , czy ktoś może nie mówił, że przypadkiem (ha-ha, przypadkiem…) znalazł wczoraj Pandę, wie pani, taką grzechotkę…

 

– Okrągłą taką?

– Yyy, no tak…

– To ja ją mam.

No. To ten… dobrze, że ta kartka o złodzieju pozostała w sferze planów.

– Znalazłam ją wczoraj na ławce w parku. To znaczy Adaś znalazł właściwie. Mam ją w domu. Jutro pani będzie? To pani przyniosę.

I tak od słowa, do słowa, poznałam historię tego czemu Babcia Adasia codziennie się nim opiekuje, gdzie mieszka, co Adaś lubi i czego nie, że wylądował w szpitalu po tym jak babcia wyleczyła go z biegunki, a mama wieczorem dała mu na kolację pizzę z grzybami i że Babcia Adasia, tak jak ja, jest uczulona na nikiel :]

 

Ale nie o tym miało być. To miała być krótka notka, o moim, wciąż nierozwiązanym dylemacie, który dręczy mnie za każdym razem, kiedy zbliżamy się do placu zabaw. Bo czy wchodząc na teraz zamkniętego (to znaczy, ze wszechstron otoczonego siatką po prostu) placu zabaw, należy powiedzieć ‚dzień dobry’, wszystkim, którzy już tam się świetnie bawią? A wychodząc ‚do widzenia’ tym, którzy dalej będą się świetnie bawić?  Przyznam, że na początku obserwowałam wchodzących i wychodzących, chcąc podpatrzeć panujące obyczaje i po prostu się dostosować. A ponieważ tylko raz chyba spotkałam się z takim ogólnym powitaniem, uznałam, że nie będę wychylać się przed szereg, bo nie chciałabym zostać uznana za nadgorliwą, albo, co gorsza, chcącą pouczać pozostałych. Ale dylemat pozostał, bo wcale nie wiem czy tak jest ok i czy tak należy. Rozmawiałam o tym z Misionowym Tatą, argumentując, że jeśliby jednak mówić ‚dzień dobry’, to idąc tym tropem należałoby pozdrawiać w ten sposób wszystkie napotkane w parku osoby (plac zabaw jest pośrodku parku), z którymi tak naprawdę nie mam nic wspólnego. Misionowy Tata stwierdził z kolei, że podobnie rzecz ma się w sklepie, gdzie jednak wchodząc mówimy ‚dzień dobry’. No i teraz pozostaje rozstrzygnąć – czy plac zabaw jest bardziej jak park, czy bardziej jak sklep..? 🙂

  • cicha07987

    hmm… u nas plac nie jest otoczony siatką, również znajduję się w „centrum” parku… a z tym „Dzień dobry” to u mnie, szczerze mówiąc, różnie bywa… najczęściej mówię, gdy widzę którąś mamę/tatę/babcię/nianię po raz kolejny… jak pierwszy raz – to już zależy jak jej z oczu patrzeć ;-))))