parentnik.pl

Misja: Urodziny, Finał

I to już? Tyle przygotowań, planowania, obmyślania, a potem kilka godzin i po wszystkim..? Jak to tak..? Gdzie są wszyscy..? Kto zgasił światło..?

😉

Impreza była super. Dokładnie taka, jaką sobie wymarzyłam. To znaczy, mogłabym znaleźć parę rzeczy, które nie do końca się udały (jak np. zapomniana puchatkowa świeczka na tort, czy to, że nie do końca zdążyłam z dekoracjami, w związku z czym było ich znacznie mniej niż planowałam), ale to drobiazgi, właściwie bez wpływu na ogólny efekt. Moje modlitwy o pogodę zostały w 100% wysłuchane – było idealnie – nie za gorąco, ale słonecznie. I bez deszczu 🙂 Wprawdzie przed południem na niebie było trochę groźnie wyglądających chmur , ale zanim usiedliśmy do obiadu wszystkie się rozeszły. Padać zaczęło dopiero o 22.00 kiedy już wszystko posprzątaliśmy i nawet zdążyliśmy wrócić do domu.

Miejsce mieliśmy przepiękne – ze wszystkich stron otoczone soczystą zielenią. Stoły stały pod dużym orzechem, za nami rosła wiśnia z nieoberwanymi, bordowymi owocami, przed nami krzaki malin też pełne owoców, nad głowami pod drucie pięły się pnącza winorośli z niedojrzałymi jeszcze kiściami… A po lewej stronie cieszył oko skalniak z kwiatami we wszystkich kolorach tęczy. Absolutnie idealnie 🙂

Gościom też się chyba podobało, bo usłyszeliśmy wiele miłych słów. Jedzenie wyszło bardzo smaczne (choć siedzieliśmy nad nim do 3, a Mama z ciastem nawet do 5 nad ranem) i choć obawiałam się, że będzie za mało, finalnie wyszły ilości właściwie nie do przejedzenia.

Szymek, jak na gospodarza przystało, zabawiał gości przez całą imprezę, rezygnując z popołudniowej drzemki. Właściwie to przez cały dzień przespał tylko pół godziny w kościele, w tym swój własny Chrzest. Może to i dobrze, bo ta część stresowała mnie chyba równie mocno jak wizja ulewy i olbrzymich strug deszczu wlewających się gościom do rosołu. Bałam się, że nasz mały Aspirujący Globtroter zechce samodzielnie oddalić się, zanim nadejdzie jego wielkie 5 minut. Albo, co byłoby jeszcze gorsze chyba – zacznie ile sił w płucach udawać godzillę, próbując w ten sposób zaczepiać księdza odprawiającego mszę. Do tej pory takie godzillowe akcje zdarzały mu się w markecie, a ponieważ dla Niego miejsce nie ma jeszcze większego znaczenia, grunt żeby byli ludzie, których można zaczepiać, wcale by mnie to specjalnie nie zdziwiło. Na szczęście udało się częściowo zrealizować nasz niecny plan, tzn. zająć Go tak, żeby nie zasnął, jak zazwyczaj, ok. 11.30 do 13.00, tylko dopiero o 13.00 w kościele. Plan został zrealizowany częściowo, ponieważ Szymek miał swoją własną jego wersję i uznał, że skoro nie poszedł spać o 11.30, to nie pójdzie też o 13.00, bo skoro został przebrany, wpakowali go do wózka i gdzieś wiozą, to znaczy, że coś się będzie działo. Tym samym pierwszą część Mszy spędził w większości na rękach u Taty, później przez chwilę u mnie, ale ponieważ zażądał żebym, stojąc pod samym ołtarzem natychmiast się obnażyła i pozwoliła mu na swobodną konsumpcję, wrócił na ręce do Taty, pomachał do ludzi zgromadzonych w kościele i (tak się ‘szczęśliwie’ złożyło) stojących tłumnie za nami, skąd mogli nieskrępowania podziwiać nasze zmagania, potem zaczął obserwować wszystko dookoła, pokazał palcem na księdza stojącego przy ołtarzu, zastanawiając się pewnie o co chodzi, aż w końcu uznał, że za długo stoimy w jednym miejscu i On już jest znudzony. Więc chodźmy stąd. No już. Teraz. Natychmiast.

Na szczęście dojście do tego wniosku zajęło mu dokładnie tyle, ile księdzu przejście do homilii, w związku z czym obaj panowie (tzn. Szymek i Szymkowy Tata, ksiądz musiał jednak mimo wszystko zostać 😉 ) przenieśli się na zewnątrz, gdzie Szymkowy Tata z pomocą Morfeusza spacyfikował Znudzonego Potomka i powrócił niosąc Go dumnie na wypiętej piersi.

Wcześniejszy brak drzemki okazał się bardzo skuteczny, ponieważ nic, absolutnie, ani śpiewy, ani głośne modlitwy, ani wstawanie, siadanie, wstawanie i znów, nie były w stanie Go obudzić. Zareagował dopiero na polewanie głowy (i dobrze, bo gdyby i na to nie zareagował, zaczęłabym się poważnie niepokoić :P), płaczem ze złością, że ktoś tak brutalnie przerywa mu błogi sen. Do którego zresztą po chwili, jak gdyby nigdy nic powrócił. I w takim stanie pozostał już do końca Mszy, z tą tylko różnicą, że nie na rękach, a w wózku polegiwał, bo utrzymać przez 40 minut te 11 kg, które w stanie bezwładności totalnej wydają się ważyć jeszcze drugie tyle, potrafiłby chyba tylko Robert Burneika 😉

Nowoochrzczony Mały Człowiek zechciał obudzić się dopiero po wyjściu z kościoła, kiedy wokół wózka zgromadził się już stosowny tłum gości. Jego Wysokość mógł wtedy leniwie otworzyć oczy, przyjrzeć się zgromadzonym, wysłuchać stosownych zachwytów, a następnie, zaakceptowawszy listę gości pomachać radośnie wszystkim ‘pa pa’ 😉

Przyjęcie było już typowo urodzinowe. Mam wrażenie, że wszyscy dobrze się bawili a w menu każdy odnalazł coś dla siebie. Może nie było jakoś szczególnie kameralnie (bo chyba nie da się tak przy 30 osobach), ale za to bardzo rodzinnie. Najmłodszym gościem był kuzyn Szymka, starszy od Niego o 4 miesiące, najstarszym 85-letni Wujek, brat Szymkowego Pradziadka J Goście naszego Synka przyjechali/przylecieli do nas z: Irlandii (ok. 2300 km), Norwegii (ok. 1650 km), Śląska (ok. 300 km), Warszawy ( jakieś 100 km). I kiedy wszyscy ci ludzie, którzy przybyli z bardzo różnych miejsc, specjalnie dla Niego, stali wokół nas i śpiewali ‘Sto lat’, nie umiałam ukryć wzruszenia. No ok – płakałam jak bóbr 😛 I czułam, że oto spełniło się jedno z moich dużych marzeń 🙂

 

Wśród prezentów absolutnym faworytem był wieeelki pluszowy Kubuś Puchatek, którego Szymek rozpoznał kiedy jeszcze był w torbie (Puchatek, nie Szymek, rzecz jasna :P), kazał go absolutnie natychmiast wyciągać, a później przytulał, całował i długo nie chciał wypuścić z rąk 🙂

Faworytem nr 2 została natomiast, również słusznych gabarytów, wywrotka, do której Szymek podchodzi, staje tyłem, a następnie sadza w niej dupkę i oczekuje żeby Go wozić, choć naklejka z czymś w rodzaju instrukcji ma wyraźnie odmienne zdanie. Zaproponowałam, że będziemy w tej wywrotce wywozić pranie z łazienki na balkon, ale coś mi się zdaje, że Nasz Już-Nie-Niemowlak będzie miał zupełnie inne priorytety jeśli chodzi o zawartość tego pojazdu 😉