parentnik.pl

Płodzimy razem, rodzimy razem

Nasza ciąża przebiegała fantastycznie. Głównie dzięki Mamusi, która cieszyła się jej każdą sekundą, wprost emanowała zachwytem wypływającym z faktu, że spełnia swoje największe marzenie. Pląsała z tym wielkim brzuchem jak młoda sarenka i do samego końca nic nie mogło jej powstrzymać przed cieszeniem się ciążą.

Nie o tym jednak miało być. Ten wstęp miał tylko pokazać czym jest dla Mamusi macierzyństwo – gigantycznym darem, czymś najwspanialszym. I również dlatego poród, mimo całego swojego bagażu fizyczności i bólu, również jest częścią tego marzenia.

Osobiście nie wyobrażam sobie, by nie uczestniczyć w narodzinach własnego dziecka. Zupełnie nie rozumiem mężczyzn, którzy z tego rezygnują – abstrahując od kwestii „estetyki” tego wydarzenia, pozostawienie swej wybranki samej w tak ważnym momencie jest przejawem gigantycznego egoizmu i tchórzostwa. Dlatego od początku wiedziałem, że będę rodził z Mamusią.

Zaczęło się gdzieś nad ranem, koło 5. Już nawet nie pamiętam w jakiej kolejności – najpierw ból, czy krwawienie. W każdym razie nie rzuciliśmy się od razu do samochodu, doczekaliśmy mniej więcej do godziny 10, wtedy postanowiliśmy pojechać do szpitala. Zostaliśmy przyjęci, Mamusia została podłączona do KTG, a wykresy rysowane przez urządzenie wyraźnie informowały o tym, że częstotliwość oraz intensywność skurczy dochodzą do punktu kulminacyjnego. Tenże punkt kulminacyjny jednak zbytnio się nie spieszył.. Po paru godzinach systematycznych skurczy, gdy „punktualność” rysowanych wykresów z bycia zabawną, stała się dokuczliwą, w końcu trafiliśmy na salę porodów rodzinnych.

Przestronna sala, w której była wygodna kanapa i fotele, łóżko do porodu, a nawet łazienka i wszelakie rekwizyty mające na celu umilenie oczekiwania (wielka piłka itd.), to było wszystko czego nam było potrzeba. Można było poczuć się swojsko – wprawdzie nie jak w domu, ale wystarczająco przytulnie, by skupić się tylko i wyłącznie na porodzie. Mamusia była już mocno zmęczona, było to po niej widać, ale spisywała się fantastycznie. Ja ze swej strony mogłem jedynie obserwować jak znosi to wszystko w spokoju, czasem jedynie dając się trochę „pokonać” temu zmęczeniu i bólowi. Cieszę się, że mogłem tam wtedy być, nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, by musiała przez to przechodzić zupełnie sama (lekarz zaglądał do nas od wielkiego dzwonu, chyba że sam go zawołałem). A przecież to jeszcze nie było apogeum…

Ból narastał. Czasem pomagało leżenie, czasem chodzenie, w pewnym momencie jedyne co wchodziło w grę, to ciepły prysznic. Polewałem więc plecy Mamusi jednocześnie masując nogi i wysłuchując komend „Plecy! Nogi! Nie, Plecy! Cholera, Nogi!” 😉 Widać było wyraźnie, że poziom zmęczenia i bodźców związanych z porodem doszedł do takiego poziomu, że cała jej miłość, radość i cierpliwość wystawiana była na gigantyczną próbę. To była taka trochę walka Jej Marzenia z Jej Cierpieniem.

Powtarzam, mężczyźni świadomie rezygnujący ze wspólnego porodu, zostawiający kobietę samą z całym tym doświadczeniem (zupełnie nowym, bo przecież każda rodzi pierwszy raz), to egoiści. Nie mówię tu o mężczyznach, którzy np. wyjechali na delegację za granicę, a tu nagle dziecko postanowiło przyjść na świat chwilkę wcześniej. Mówię o tych, którzy po prostu rezygnują z tego z własnej woli. Wstyd mi za nich. Możliwość uczestnictwa w tak wspaniałym wydarzeniu, ale przede wszystkim obecność przy najbliższej osobie, pomaganie Jej, wspieranie, zagadywanie, najzwyklejsze trzymanie za rękę – moim zdaniem jest to coś fundamentalnego. Coś, co cementuje związek i może utrwalić relacje na lata.

Po kilkunastu godzinach, licząc od pierwszych systematycznych skurczy, pani doktor postanowiła skierować Mamusię na cesarskie cięcie… Nie da się opisać tej mieszanki uczuć, które mi w tym momencie towarzyszyły. Po pierwsze odczułem wielką ulgę i radość, bo przecież oznaczało to koniec męki. Po drugie, czułem strach przed znieczuleniem i całym zabiegiem. Po trzecie w końcu, miałem świadomość, że to koniec mojego aktywnego uczestnictwa – w szpitalu, w którym rodziliśmy, tatusiowie nie mogą być przy cesarce. Moja chęć przecinania pępowiny, pielęgnowana przez tyle miesięcy, zderzyła się z rzeczywistością, co wywołało we mnie podświadome rozczarowanie i smutek, które to wręcz były zauważalne w mojej reakcji. Z kolei ta moja reakcja, zupełnie przecież nieświadoma i nie ukazująca moich prawdziwych odczuć w tej sprawie, wywołała smutek Mamusi, bo poczuła się jakby mnie zawiodła… Nie zawiodłaś mnie Kochanie, byłaś (jesteś) najdzielniejszą i najwspanialszą Żoną na świecie. Po prostu to ja nie zapanowałem nad swoimi emocjami. Nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, taki już ze mnie Tatuś..

Na szczęście mogłem chociaż oglądać wszystko przez okienko. Widziałem jak na dłoni całe przygotowania, a później całe to szast-prast jak na taśmie w fabryce (zadziwiające jak można wyjąć dziecko z brzucha w 5 sekund). Nie minęło 10 minut, a już mogłem pobiec do pomieszczenia obok, gdzie czekał mój syn.. Mój syn! Jakie to wtedy było wciąż nieprawdopodobne.. 🙂 Ale o tym kiedy indziej.

Mamusię pozszywali, ogarnęli, przetransportowali do pokoju szpitalnego. Tam czekałem już ja z Bobasem. Mamusi na jego widok oczy zaświeciły się miłością wszechogarniającą. Niestety, po zabiegu była osłabiona, znieczulona i generalnie w stanie, który uniemożliwiał Jej chociażby wzięcie Synka na ręce. A widać było, że chciałby go przytulić, a najlepiej to w ogóle nigdy, przenigdy go nie oddawać ani na moment. Są to dla mnie cudowne wspomnienia, które odżywają gdy je teraz spisuję. I jakoś gorąco się zrobiło, oczy mi się pocą czy co..?

Nie zamieniłbym ani jednej chwili z tego dnia na żadną inną. Od początku do końca byliśmy razem, nie było Mamusi, Tatusia, byliśmy my, Rodzice Czekający Na Dziecko, a każda minuta, każda godzina nas do niego zbliżała. I myślę, że zbliżała nas do siebie nawzajem.