parentnik.pl

Z szacunku

Kiedyś przeczytałam, że nawet maleńkie dziecko należy informować o tym, co zamierzamy z nim zrobić. Z szacunku do niego, jako osoby. Ponieważ sami też nie chcielibyśmy aby ktoś podchodził do nas i robił z nami co chciał. Misionowy Tata na początku trochę się z tego podśmiechiwał:

że niby mam za każdym razem podchodzić i pytać czy mogę mu teraz zmienić pieluchę?

Ale później jakoś tak naturalnie to przyszło, że po prostu mówiliśmy do takiego tyciego jeszcze wtedy Misiula, że teraz założymy bodziaka, teraz pójdziemy się kąpać, itd itd. A On słuchał… albo nie. Był wtedy jeszcze taki maleńki, że nasza komunikacja przebiegała bardzo po omacku, jeszcze niespecjalnie się rozumieliśmy. Ale mówiliśmy do Niego cały czas, traktując Go od początku jako pełnoprawną osobę. Nie oczekując odpowiedzi, czy jakiejkolwiek reakcji, bardziej po to, żeby budować więź, żeby oswajać Go z głosem, żeby czuł, że jesteśmy obok, dostrzegamy i traktujemy poważnie. To wszystko może wydawać się śmieszne komuś, kto traktuje dziecko jako małą, nieporadną, nicnierozumiejącą istotę, która dopiero w przyszłości będzie człowiekiem. Ale przestaje być śmieszne, kiedy ktoś taki zada sobie choć trochę trudu żeby pochylić się nad tą małą istotką i naprawdę jej się przyjrzeć – temu jak wiele rozumie i jak wiele potrafi. A jeśli kogoś przekonują wyłącznie naukowe argumenty – wystarczy poczytać trochę o najnowszych, nie tych XIX-wiecznych odkryciach w dziedzinie psychologii, czy neuropsychologii dziecka. I wtedy zamiast śmiesznie powinno zacząć być wstyd. Za swoją ignorancję i lekceważenie Człowieka, którym przyszło nam się zajmować.

Wracając jednak do naszej historii… Z czasem komunikacja w obie strony szła nam coraz lepiej. Nauczyliśmy się rozumieć co oznaczają pewne gesty, niektóre miny. W odpowiedzi na nasze opowieści zaczął pojawiać się uśmiech, a po jakimś czasie również bardzo konkretne reakcje (jak np. wskazywanie paluszkiem aplikacji na koszulce, kiedy mówiliśmy „dziś masz bluzeczkę z króliczkiem”; wyciąganie paluszka przy pytaniu „a może obetniemy paznokcie?„; unoszenie po kolei nóżek kiedy tłumaczyłam, że „teraz zakładamy spodnie„). Teraz wchodzimy powoli w etap ucieczek po mieszkaniu na hasło: „zmieniamy pieluchę„, ale to też w pewien sposób świadczy o tym, że dobrze się rozumiemy 😉

Do czego zmierzam – od jakiegoś czasu staramy się również uprzedzać Misiula o przyszłych wydarzeniach. „Jutro pójdziemy do pani doktor„, „Po południu pojedziemy do sklepu„, „Za kilka dni przyjedzie do ciebie ciocia„. I widzę bardzo wyraźnie, że to nie jest tylko takie puste gadanie, ale że pomaga Mu to odnaleźć się później w danej sytuacji, że nie jest zaskoczony (a jak wiadomo na zaskoczenie możemy reagować bardzo różnie, nie zawsze musi nas cieszyć), że w pewien sposób potrafi czekać na dane wydarzenie. A później często o nim opowiadać. Nie chcę przez to absolutnie powiedzieć, że  moje dziecko rozumie co znaczy „jutro/po południu/za kilka dni„.  Dla Niego to pewnie za każdym razem bliżej nieokreślone „później„, ale tak czy inaczej jest w stanie zrozumieć, że to o czym mówię za jakiś czas się na pewno zdarzy i że trzeba poczekać. Bywa też tak, że czasem coś, o czym opowiadałam wcześniej, przypomina Mu się w trakcie zabawy. I wtedy przerywa i na swój własny, bardzo twórczy sposób sam opowiada mi o czym pomyślał, np. pokazując na zdjęcie cioci i spoglądając na mnie z pytającym uśmiechem, jakby chciał powiedzieć „później przyjedzie ciocia, tak mówiłaś, prawda?„, albo pokazując na rączkę, że pani zrobiła mu „kuj„…

Takie wyjaśnianie, uprzedzanie o tym, co się wydarzy, pomaga również oswoić dziecko z tymi mniej przyjemnymi sytuacjami, pozwala mu poczuć się trochę bezpieczniej. Ktoś może stwierdzić, że mój półtoraroczny Syn i tak nic nie rozumie kiedy tłumaczę Mu trzymając Go na kolanach w laboratorium diagnostycznym kiedy pani laborantka szykuje strzykawkę do pobrania krwi: „pani teraz zrobi ‚kuj’ w rączkę, może trochę za boleć, ale nie za mocno, nie martw się„. Ale ja chcę wierzyć, że to właśnie dlatego On w takich chwilach nawet nie jęknie, ani odrobinę nie zapłacze, po prostu przygląda się bardziej z zaciekawieniem niż strachem i cierpliwie czeka aż pani skończy. Ten sam sceptyczny ktoś może powiedzieć, że ma po prostu wysoką odporność na ból i moje gadanie nie ma tu nic do rzeczy. Ale chciałabym zobaczyć minę tej osoby, kiedy mówię do Szymka coś, o czym, wydawało mi się, nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy i wydaje mi się, że dopiero mu tłumaczę o co chodzi, a on po prostu wstaje i tak po prostu, bez żadnego zastanawiania się przynosi mi to, o czym mówię 🙂

  • Anna C.

    U nas samo tak wyszło. Cały czas nawijałam do Młodej już od początku. Teraz „mam za swoje” – ona nas kiedyś zagada na śmierć ;]

    A swoją drogą, moja mama mówiła, że jak byłam mała, to też do mnie cały czas gadała i pewnego dnia szła z wózkiem no i gadała coś tam do mnie-niemowlaka, a ktoś jej zwrócił uwagę, że po co gadać do takiego dziecka, skoro ono i tak nic nie rozumie, heh…. :/

    A wiadomo, że to nie prawda – dziecko, nawet jeśli nie rozumie znaczenia słów, to odbiera emocje, słucha melodii głosu, uczy się i przyswaja dźwięki, które „za chwilę” zacznie samo wydawać.

    • http://www.parentnik.pl Mamusia

      Dokładnie tak 🙂
      Przykre, że niektórzy uważają maluchy za „prawie-człowieka”, który nic nie rozumie. Ale grunt, że są też takie osoby, które wiedzą, że to bzdury 🙂 Pozdrawiam serdecznie! 🙂