parentnik.pl

„Bejbi blues” – najbardziej wstrząsający film jaki ostatnio widziałam

Obejrzałam ostatnio „Bejbi blues”. Wybrałyśmy się z siostrą do kina, z nadzieją na jakiś „odmóżdżacz” typu „Lejdis” (nie obrażając nikogo, chodzi mi o film, który nie wymaga jakiejś głębokich refleksji egzystencjalnych, ani specjalnie uważnego śledzenia akcji, żeby nie pogubić się w wątkach i ostatecznie wyjść z kina z miną pod tytułem: „ale o co chodzi?”).

Bejbi blues

 

 

– Ale wiesz, ja różne opinie o tym filmie słyszałam… generalnie, że nic specjalnego. Ale to nic, mi to nie przeszkadza, możemy iść…

Ponieważ przez cały dzień nie mogłyśmy się zdecydować czy idziemy, czy jednak przekładamy na następny dzień, albo może w sumie nie przekładamy, bo przez cały kolejny dzień będziemy to miały na głowie, chociaż nie wiemy czy nam się dzisiaj chce iść czy nie… że stanęło na tym, że wybrałyśmy się na seans na 22.15.

– Ale nie uśniesz?

– No spróbuję nie…

 

Cóż, ostatecznie wyszło tak, że po zakończeniu seansu spać mi się odechciało zupełnie, a w domu siedziałam i czytałam jakieś totalnie ogłupiające książki do 2:30, żeby choć trochę ‚zresetować’ sobie głowę.

Kiedy wyszłyśmy z kina i jechałyśmy do domu, w zasadzie nie mówiąc nic, poza powtarzanym co jakiś czas: „masakra…„, moja siostra zapytała w pewnym momencie: „Czy masz teraz ochotę jak najszybciej wrócić do domu i przytulić Szymka?„. Ona zawsze rozumiałam mnie lepiej niż ktokolwiek inny, ale tym razem zrozumiała mnie chyba szybciej niż ja sam. Tak, dokładnie na to i tylko na to miałam wtedy ochotę.

O czym jest film? Nie no, nie zepsuję Ci przyjemności (? hmm…) i nie zdradzę zakończenia.

Trailer

Film przedstawia historię niedojrzałej 17-latki, która zostaje matką. Ojciec Antosia to nastoletni Kuba. Natalia nie jest pewna, czy kocha Kubę, a Kuba nie wie, czy kocha Natalię. Jednak dziewczyna chciała mieć dziecko, bo fajnie jest mieć dziecko. Wszystkie młode gwiazdy jak Britney Spears czy Nicole Richie mają dzieci. Ale dlaczego tak naprawdę Natalia zdecydowała się na macierzyństwo w tak młodym wieku? Może odpowiedź kryje się w tym co piszą nastolatki na internetowych forach? Chcą mieć dziecko, żeby w końcu ktoś je naprawdę kochał, żeby same miały kogoś do kochania…

Tyle mówi oficjalna zajawka. Brzmi intrygująco i wcale nie niebezpiecznie. W każdym razie jeśli jesteś młodą mamą, lub za chwilę dopiero nią będziesz – moim zdaniem wcale nie chcesz obejrzeć tego filmu. Ja chyba wolałabym go nie widzieć.

Przez 3 dni nie mogłam się po nim pozbierać. Wstrząsnął mną tak, że długo nie mogłam myśleć o niczym innym. To najsmutniejszy film jaki widziałam od bardzo długiego czasu. To znaczy, ja zawsze byłam nadwrażliwa i płakać zdarzało mi się nawet na kreskówkach, a teraz dodatkowo jeszcze od jakichś 2 lat trochę zmieniła mi się optyka jeśli chodzi o małe dzieci. W sensie, że nic mnie tak nie wzrusza jak maluchy, którym dzieje się krzywda.

Film cały jest przejmująco smutny. Mimo przejaskrawionych kolorów, ciekawej muzyki, zabawy modą. Smutny jest w dojmującej samotności tej młodej matki, w przerażającej obojętności jej otoczenia, w swoim tragicznym punkcie kulminacyjnym i tragikomicznym       zakończeniu. Wiele osób pisze, że zakończenie było bez sensu. A moim zdaniem właśnie takie zakończenie jeszcze spotęgowało tragizm tej sytuacji, którą chciała pokazać reżyserka i, przynajmniej w moim przypadku, wzmocniło wrażenie, jakie wywarł na mnie ten film.

Możemy patrzeć na niego tak płytko – jako opowieści o życiu współczesnych nastolatków – o tym co robią, jak się bawią, jakie mają problemy, jak budują relacje. O części nastolatków, rzecz jasna, bo jednak spora ich część ma na szczęście normalne domy i trochę inne podejście do życie. Wtedy, jeśli spojrzymy w ten sposób, film rzeczywiście może się wydać przejaskrawiony, trochę sztuczny i taki o niczym. Bo jeśli chcemy sobie popatrzeć na kolorowo ubranych nastolatków, którzy lubią czasem przyćpać i robić różne dziwne rzeczy, to wystarczy pójść w weekend do jakiegoś większego klubu, a nie płacić za bilet i oglądać to przez 105 minut na dużym ekranie.

Ale nie o tym jest ten film. Niektóre sceny być może celowo są dość mocno przerysowane, być może reżyserka świadomie celowała w skrajności. To nie jest próba wiernego oddania portretu młodego pokolenia.  To film o dramatycznych próbach szukania  miłości, akceptacji, poczucia bezpieczeństwa, które mają swój bardzo tragiczny finał. Przerażające jest, że ten finał zdaje się w ogóle nie obchodzić ludzi oglądających film. Wydaje się, że wydarzenia, na które powinniśmy reagować szokiem/oburzeniem/niedowierzaniem/jakkolwiek; które powinny bardzo mocno poruszać tą emocjonalną część nas, zwyczajnie nam chyba spowszedniały i przestały robić na nas wrażenie.  W recenzjach częściej zwracana jest uwaga na to, że bohaterka filmu ma przesadzone stylizacje (!), że kolory siedzeń w tramwaju są nierzeczywiste (!!) niż na to jaki dramat rozgrywa się w tej scenerii, która w takiej sytuacji przestaje być li jedynie scenerią a urasta do rangi meritum.

Reżyserce zarzuca się, że bohaterowie nie przechodzą wewnętrznej przemiany, że są jednowymiarowi. Cóż, jeżeli uważamy to za błąd reżyserki, to albo za bardzo przyzwyczailiśmy się do happyendów i zakończeń, które pokazują nam właściwe rozwiązania i „światełko w tunelu”, albo mamy zbyt dobre i przy tym nierzeczywiste mniemanie o ludziach licząc na to, że na pewno tacy nie są, jak ich przedstawiła Rosłaniec.

Pozwolę sobie zacytować, moim zdaniem bardzo trafny fragment recenzji Łukasza Adamskiego, znalezionej na stronie wnas.pl:

Film Rosłaniec należy traktować nie jako moralitet, ale raczej reportaż, który ma nami wstrząsnąć. Ja również nie wierzę w uczucia bohaterów jej historii. Jednak nie dlatego, że są one źle zaprezentowane. W moim przekonaniu ich po prostu w bohaterach nie ma. Jeżeli tak potraktujemy obraz Rosłaniec, to nie będziemy nim rozczarowani. Będziemy nim przerażeni.”

(źródło)

 ***

Wczoraj rozmawiałam o tym filmie z kolegą. Tak sobie dyskutowaliśmy o wszystkim i w pewnym momencie zeszło na filmy. On opowiedział mi „Mgłę”, ja jemu „Bejbi blues” (przepraszam Kuba, jeśli zepsułam Ci w ten sposób przyjemność z oglądania! :P). I właśnie w tej rozmowie uświadomiłam sobie dlaczego ten film zrobił na mnie takie wrażenie:

„Bo wiesz, ja bym wolała obejrzeć taką „Mgłę” na przykład. Bo wychodzisz z kina i masz świadomość, że w rzeczywistości jednak raczej nie zdarza się, żeby we mgle grasowały jakieś nieziemskie potwory, które zamieniają ludzi w kokon. A tu, wychodzisz po filmie i dopada cię świadomość, że to nie był tylko film, że taka jest rzeczywistość i takie rzeczy naprawdę dzieją się gdzieś obok. Może nie aż tak tragiczne, ale jest jednak tysiące takich Antosiów, które wcale nie mają w dzieciństwie wesoło…