parentnik.pl

Rodzicielskie prawa Murphy’ego cz.2

Wiesz jak to jest, kiedy musisz być gdzieś tam, o konkretnej godzinie i to gdzieś tam jest oddalone jakieś 15 minut jazdy autobusem od miejsca, gdzie właśnie się znajdujesz ze swoim prawie-dwulatkiem? Pewnie wiesz. I pewnie wiesz też, że w takim momencie wszystko, co jest do zepsucia właśnie się zepsuje, co może się wysypać niechybnie to zrobi, a uroczy skądinąd dwulatek uskuteczni absolutnie mistrzowski popis buntu dwulatka aka niezwykle przekonujący spektakl antykoncepcyjny dla tych, którzy śmieliby się zastanawiać nad posiadaniem potomstwa. No tak to działa niestety. To jedna naczelnych zasad funkcjonowania świata, równie niepokonana jak grawitacja, więc zamiast wnerwiać się i rzucać pod nosem zupełnie nieparlamentarne słowa, po trzecim potknięciu się o zabawkę, która zupełnie nagle zmaterializowała się na środku kuchni, może należałoby się po prostu przyzwyczaić i przyjąć świat takim, jakim jest, skoro nie można go zmienić? O ileż łatwiej byłoby żyć w ten sposób – spokojnie malować oko, podczas gdy Pan Prezes w bardzo widowiskowy sposób wrzuca do wanny wszystko, co wpadnie mu w ręce; potraktować jako nowe, ciekawe doświadczenie wdepnięcie odzianą w rajstopę stopą w powstałą w związku z powyższym kałużę; na nagłą, świdrującą w uszy ciszę również zareagować spokojem, wiedząc że śniadaniowa kaszka, zostawiona przypadkiem na stole, jest już rozsypana malowniczo po całej podłodze i nic jej już nie pomoże; naszykować od razu dwa komplety ubrań i ten jeden tshirt, który został właśnie utopiony w kociej misce z wodą po prostu powiesić do wyschnięcia; nie pytać Prezesa czy chce pojechać autobusem do Babci, wiedząc że odpowie „nie”, bo takie ma właśnie zadanie rozwojowe, a zamiast tego opowiedzieć mu jak świetnie będzie podróżować w ten niecodzienny sposób.

Cóż, a jeśli akurat z jakiegoś powodu nie udaje nam się osiągnąć stanu wewnętrznej równowagi i doskonałej harmonii ze światem, pozostaje jeszcze powtarzanie starej sprawdzonej mantry mistrzów zen:

„Jestem oazą spokoju, zajebiście wyluzowanym kwiatem lotosu na tafli jeziora” 😉