parentnik.pl

A jednak wiosna.

Kiedy już zdążyłam uwierzyć, że nigdy nie nadejdzie, ona nagle i niespodziewanie po prostu się pojawiła. Tadam! i nagle cały śnieg stopniał, z ziemi wychynęła trawa, niemal natychmiast urosła na kilka centymetrów w górę i soczyście się zazieleniła. Wszystko to zadziało się w takim turbotempie, że przywitaliśmy ją zupełnie nieprzygotowani, czyli w zimowej grubej czapce i jeszcze grubszych butach. Pognaliśmy więc pędem ku wielkiemu molochowi handlowemu, celem przyobleczenia się w coś lżejszego. W obuwniczym okazało się, że musimy kupić buty 3 rozmiary większe (Synu, bardzo chcę wierzyć, że stopa urosła Ci nagle, od wczoraj, przy okazji kupowania nowych butów, a nie że przez pół zimy wciskaliśmy Cię w buty o 2 numery za małe…) a wybór, mimo wszystkich regałów zastawionych od góry do dołu pełnymi pudełkami jest absolutnie żaden. W ciuchowym natomiast, że czapka w rozmiarze „1 1/2 – 4 years” na naszego niespełna 2 years to albo ledwo-ledwo albo zupełnie nie, a najłatwiej jest założyć Mu taką w rozmiarze 6-8 years. Cóż no, gdzieś ten geniusz się musi mieścić, co nie? 😉

Co do fasonów, wzorów, kolorów natomiast – może i mamy czasem różne alternatywne zapędy, ale ostatecznie tym razem polecieliśmy mainstreamem takim, że ho-ho i czapka jest niby szara, ale we wszechobecne ptaszki, co to zaczynały w komórce, a teraz wdarły się już na salony i absolutnie wszędzie, aż strach otwierać lodówkę, bo nie wiadomo czy i stamtąd nie wystrzelą.

Ale nie o wściekłych ptakach miało być, tylko o tym, że wreszcie nareszcie rozpoczął się sezon na place zabaw. I że po pierwszym dniu mam zakwasy. Na udach. I tam, gdzie zwykle ludzie mają biceps. Cholerna huśtawka równoważna 😛

Na szczęście moje megatemperamentne dziecko nie potrafi usiedzieć dłużej niż chwilę w jednym miejscu, dzięki czemu również huśtawka dość szybko mu się znudziła (i dzięki czemu jestem dziś w stanie w ogóle chodzić :P). Okazało się, że równie fajowa jest piaskownica (jakieś 7 minut), bujana kaczka (2 minuty), karuzela (3 minuty), sznurkowa pajęczyna do wspinania się (5 minut) i konstrukcja ze schodkami, zjeżdżalnią i pochylnią z liną do wspinania się, przy czym największy fun to wspiąć się po schodkach i biec prosto ku pochylni, tak żeby matka, lecąc na złamanie karku zdążyła w ostatniej chwili złapać kaskadera za ręce oszczędzając tym samym jego zęby, głowę, żebra i Bóg wie co jeszcze. Ekstra, że moje dziecko widzi we mnie Superbohatera i ma 150% zaufania, tylko szkoda że to nie przekłada się na dodatkowe magiczne moce typu „dalej dalej ręce Gadgeta„.

parentnik5a

Kiedy ostatnio bawiliśmy się na placu zabaw, późną jesienią, Mały Człowiek był jeszcze na tyle mały, że na wszystkie tego typu atrakcje wchodziliśmy razem, razem zjeżdżaliśmy ze zjeżdżalni, itp. No, albo to tylko ja w ten sposób usprawiedliwiałam sobie powrót do dzieciństwa 😉 W każdym razie teraz też pewnie byśmy się świetnie bawili i znów, ku zdumieniu niektórych babć, wspinałabym się na zjeżdżalnie i biegała po drewnianych pomostach, gdyby nie pewna mała dziewczynka, która pogroziła mi palcem  i powiedziała: „Nie tędy droga„. No dobra, może to nie do końca tak było. Mała dziewczynka faktycznie była, ale nic nie mówiła, bo dość prawdopodobne, że jeszcze nie potrafiła. Za to świetnie umiała sama wspinać się na schodki i sama zjeżdżać ze ślizgawki. Ach! – pomyślałam i zatrzymałam się w pół drogi. Skoro ta mała dziewczynka tak świetnie sobie radzi, to czemu nasz Mały Człowiek miałby nie dać rady? Może to już jest ten czas, kiedy należy przestać go trzymać nieustannie za rękę, asekurować każdy krok i biec z poduszką na każde potknięcie? Oczywiście, że najchętniej nadal bym to robiła i puszczała Go samopas tylko w sali wyłożonej miękkimi poduszkami do czasu aż osiągnie pełnoletniość ;), ale to mój problem, nie Jego i nie mogę Go w ten sposób blokować. Dość łatwo przegapić ten moment, kiedy trzeba pozwolić dziecku na samodzielność, na podejmowanie umiarkowanego ryzyka, na uczenie się na własnych błędach i upadkach. A jak już się to przegapi, to potem jest tylko trudniej i to dla obu stron. Z bólem serca więc puściłam Jego rączkę mówiąc: „No, to śmigaj sam po schodkach„. No to śmignął. Tak, że ledwo zdążyłam zauważyć i już był przy zjeżdżalni, a moment później już zjeżdżał. A potem jeszcze raz. I jeszcze. I coraz śmielej sobie poczynał, próbując zeskoczyć na wspomnianą wcześniej pochylnię. Jeśli ktoś pomyśli sobie teraz, że niczym przyczajony tygrys śledziłam każdy Jego krok i tylko ostatkiem sił powstrzymywałam się, żeby nie złapać Go kiedy się zachwiał, nie podnieść kiedy upadł… to ma rację. Musiałam też bardzo pilnować się, żeby nie mówić: „Uważaj, bo spadniesz„, pamiętając że kontinuum działa. Musiałam po prostu Mu zaufać. To wszystko nie było proste.  Za to późniejsze głaski w postaci komentarzy innych mam i niań, że „taki odważny„, „a jaki samodzielny„, „i chyba najmłodszy tutaj” były już całkiem fajne 😉

parentnik4

parentnik6a

I szkoda mi tylko tych dzieciaków, które przychodzą na plac zabaw z babcią w eleganckiej spódnicy, na obcasikach, z torebką na przedramieniu, krzyczącą za radośnie podskakującym maluchem – „Tam nie wchodź bo spadniesz„. A kiedy już go wreszcie dogoni – „Przyjdziesz na plac zabaw z mamą, to będziesz sobie biegał, babcia nie ma siły tak za tobą ganiać„. To, na litość, po co kobieto przyprowadzasz tego małego człowieka na plac i tylko niepotrzebnie rozbudzasz jego nadzieje na fajną zabawę.

Złoszczą mnie też babcie, które panicznie boją się puścić dziecko choćby na chwilę i trzymają go (całkiem już sporego człowieka) za ręce nawet kiedy zjeżdża ze ślizgawki, celowo spowalniając, jeśli zdarzy mu się jechać za szybko.

Albo mamy/nianie, które przychodzą na plac zabaw z dzieckiem, które ewidentnie potrzebuje wsparcia, bo boi się wszystkich dzieci, korzysta z urządzeń tylko wtedy, kiedy nikt inny się na nich nie bawi, a znaczną część czasu spędza na ławce siedząc i obserwując, a one zamiast pomóc mu oswoić się z sytuacją, stopniowo nawiązywać kontakt z dziećmi, czy zrobić dla niego cokolwiek innego, wolą siedzieć na ławce i czekać aż będzie można pójść do domu. Czy naprawdę sądzą, że problem zniknie kiedy dziecko pójdzie do szkoły? Że wtedy nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się rozwiąże i będzie mu łatwiej?

  • Monika

    Oj chyba nie zajmowałaś się nigdy czyimś dzieckiem. To jest duża odpowiedzialność. Ty martwisz się o swoją pociechę, zajmując się nią – jeżeli coś się stanie, będziesz miała pretensje tylko do siebie, nikt Ci na głowę nie wejdzie, bo to Twoje dziecko. A taka babcia musi się martwić podwójnie. Cały czas prześladuje ją myśl o tym, co będzie, gdy dziecku coś się stanie. Dlatego też babcie mają podejście bardziej zachowawcze – i uważam, że w większości przypadków to dobrze.