parentnik.pl

Wieczorne refleksje nad książką

Czasem, kiedy już uda mi się pokonać wyrzuty sumienia pod tytułem: tyle jeszcze powinnam zrobić, oraz: powinnam zająć się czymś pożytecznym, lubię usiąść sobie z książką i zanurzyć się w innym świecie, być przez moment gdzieś indziej, poznać czyjeś życie, myśli, punkt widzenia. I są takie książki, z których trudno mi później „wyjść”, które długi czas siedzą we mnie, gdzieś pomiędzy głową a żołądkiem. Z jednej strony to bardzo dobre książki, skoro nie dają o sobie łatwo zapomnieć i przejść do kolejnego tytułu, tylko wciąż od nowa zmuszają do refleksji. Z drugiej zaś – to niedobre książki, bo burzą mój spokój, mój poukładany świat. Jedną z takich książek jest „Krucha jak lód” Jodi Picoult – skończyłam ją kilka dni temu, ale wciąż siedzi gdzieś z tyłu głowy i zmusza do przemyśleń nad kilkoma fundamentalnymi rzeczami. Jak zwykle zresztą u Picoult, której książki uwielbiam za tę właśnie cechę. I za to, że nie są tendencyjne – autorka każdej ze stron pozwala się wypowiedzieć, przedstawić swoje racje, argumenty, a czytelnik może do pewnego stopnia sam zadecydować o tym, kto tak naprawdę jest czarnym bohaterem.

Krucha jak lód

„Rodzice oczekujący narodzin dziecka mają tylko jedno życzenie: żeby było zdrowe. Charlotte i Sean O’Keefe także wybraliby zdrowie dla swojej córki – gdyby tylko mogli. Nie mieli jednak takiego wyboru, ich życie stało się pasmem bezsennych nocy, rosnących długów. Zupełnie nieoczekiwanie stają przed pytaniem: a gdyby o chorobie Willow było wiadomo odpowiednio wcześnie? Czy zdecydowaliby się na usunięcie ciąży?
Niezwykle emocjonująca i głęboko poruszająca powieść Jodi Picoult ukazuje rodzinę żyjącą z nieprawdopodobnym ciężarem, walkę o utrzymanie rozinnej jedności oraz potężną siłę miłości.

(opis z okładki książki)

– Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla miłości?

– Czy wszystko można usprawiedliwić działaniem z miłości?

– Co jest ważniejsze – miłość do dziecka, czy miłość do współmałżonka?

– Czy można kochać zbyt mocno?

– Czy wyrazem miłości jest uwolnienie drugiej osoby od cierpienia, czy raczej patrzenie na to, jak codziennie próbuje zmagać się z życiem?

– Czy rodzice, którzy wiedzą, że ich dziecko dotkliwie cierpi jeszcze przed urodzeniem i będzie cierpieć przez całe swoje życie, o ile przeżyje poród, mają prawo zdecydować się na terminację ciąży?

– Czy urodzenie dziecka bardzo poważnie niepełnosprawnego, „za wszelką cenę”, jest wyrazem miłości do niego?

– W którym miejscu leży granica uszkodzeń płodu tak poważnych, że usprawiedliwiają późną aborcję?

To tylko niektóre z pytań, które wciąż pojawiają się w mojej głowie po lekturze „Kruchej jak lód„. I na żadne z nich nie ma łatwej odpowiedzi. Ani łatwej, ani jednej, wspólnej dla wszystkich. Tak jak świat nie jest czarno-biały, a to, co pozornie wydaje się wygraną, może okazać się wielką porażką. Pewnie trzy, albo cztery lata temu, kiedy jeszcze nie byłam matką, odebrałabym tę książkę trochę inaczej. I mam wrażenie, że teraz była dla mnie, wbrew pozorom, trudniejsza. A zakończenie… cóż, zakończenie wbija w fotel chyba niezależnie od momentu, w którym obecnie się w życiu znajdujemy. Bardzo polecam, jeśli ktoś ma ochotę zmierzyć się ze swoimi przekonaniami na temat poświęcenia, rodzicielstwa, małżeństwa, aborcji i kilku innych, pomniejszych kwestii.

 

Krucha jak lód” uświadomiła mi jeszcze jedną rzecz – jak wielkie ryzyko podejmują ludzie decydujący się na dziecko; jak wiele rzeczy może pójść nie tak i jak wielkim szczęściem, o którym zwykle nie pamiętamy, jest fakt, że dziecko urodzi się po prostu zdrowe. Nie piękne, proporcjonalne, nad wyraz inteligentne, czy sprytne. Po prostu zdrowe. Zawsze po zderzeniu z takimi historiami mam wielką ochotę iść do mojego Dziecka i tulić Je z całych sił, przez całą noc, dziękując za to, że jest.