parentnik.pl

O tym jak moje Starsze Dziecko uczy mnie opanowania i zachowywania zimnej krwi

Takich rzeczy nie da się nauczyć chyba inaczej niż przez trening. Szym bardzo dba, żebym miała okazję poćwiczyć.
Poszliśmy na targ. Po mięso, wędlinę, po wierzbowe gałązki, bazie i takie tam. Na tym akurat targu sklepiki mięsne są w kilku alejkach, po dwóch stronach, pod takim zadaszeniem. No taka budżetowa wersja małej galerii handlowej, tylko z pręgą wołową zamiast bluzki w prążki i szczypiorkiem zamiast spodni 😉 No i ze znacznie (!) węższymi alejkami, takimi, że jak się idzie z wózkiem w jedną stronę, to trzeba poczekać przy pomidorach aż ktoś z naprzeciwka nas minie, bo razem się nie zmieścimy. W każdym razie: oglądam schaby. Akurat są bez szału, więc idziemy dalej. Tzn, ja idę, a Szymek biegnie przodem. Biegnie. Mija kolejne sklepiki, sprawnie (bardzo sprawnie) wymija kolejnych ludzi i wcale się nie zatrzymuje. Mnie blokuje starszy pan, który idąc przede mną, w tej ciasnej alejce, przygląda się każdej mijanej marchewce, brukselce, kiszonej kapuście. Kiedy udaje mi wreszcie go wyminąć, Szymek znika za rogiem. Pędzę do końca alejki, już niezbyt kulturalnie przepychając się z wózkiem między ludźmi, dobiegam do ulicy i… przeżywam lekkie zaskoczenie, bo naiwnie spodziewałam się, że będzie tam na mnie czekał i zaśmiewał się, jaki to żarcik wywinął. No więc gościa nie ma. Ani z lewej, ani z prawej. Jest za to milion ludzi, pędzących we wszystkie strony, pomiędzy nimi ciężko cokolwiek dostrzec. Ok, czyli pewnie jest w drugiej alejce.
Nie ma.
No to w trzeciej…
Nie ma.
Więcej alejek nie ma.
Włączam tryb: lekka panika, a w mojej głowie ostro walczą ze sobą dwie opcje: pierwsza pod hasłem: „jak gdzieś wszedł to w końcu będzie musiał wyjść, pobawmy się w: ‚Gdzie jest Wally?’ „, druga natomiast wjeżdża czarną wołgą i urządza festiwal filmów w stylu: te idiotyczne internetowe urban legend typu: nie jeździjcie do ikea, bo ostatnio porwano tam dziecko i znaleziono je w łazience, uśpione, z wyciętą nerką. Staram się wspierać tę pierwszą, a drugiej odebrać mikrofon.
Pani sprzedaje gałązki borówkowe zaraz przy wejściu w tę alejkę, musiała widzieć:
„Przepraszam, nie widziała pani takiego chłopca w kurtce w kratkę?”
Nie widziała.
„Czy pan może nie widział..?”
Nikt nie widział. Jak kamień w wodę.
Nerwowo zerkam w stronę ulicy, ale auta na szczęście jadą jak jechały, w obie strony.
Memory, find: Mamo? Zgubiłam Szymka…
„Przepraszam, ja wiem, że pan nie widział, ale gdyby pan widział, to niech pan go zatrzyma, ok?”
I pędzę jak szalona, z tym wózkiem, z tym mięsem, z gałązkami wierzbowymi, z baziami, do sklepu ze zdrową żywnością, który jest niedaleko, bo tylko to jeszcze przychodzi mi do głowy.
I nie umiem ustać na nogach, kiedy już po otwarciu drzwi słyszę znajomy głos: „To poproszę jednego lizaka ksylitolka.”
Kucam przy nim: „Szymek, wiesz jak się martwiłam, jak nie mogłam cię znaleźć??”
„Mama, a wiesz co, jeszcze nie mam niewidzialnego Imperatora Starwarsowego, wiesz? Właśnie mówiłem pani.”
Zanim opadnie kurtyna, pani ze sklepu mówi jeszcze, że ona to by dostała zawału.
Ja też, tylko nie bardzo mam czas.