parentnik.pl

Author Archive

Płodzimy razem, rodzimy razem

Nasza ciąża przebiegała fantastycznie. Głównie dzięki Mamusi, która cieszyła się jej każdą sekundą, wprost emanowała zachwytem wypływającym z faktu, że spełnia swoje największe marzenie. Pląsała z tym wielkim brzuchem jak młoda sarenka i do samego końca nic nie mogło jej powstrzymać przed cieszeniem się ciążą.

Nie o tym jednak miało być. Ten wstęp miał tylko pokazać czym jest dla Mamusi macierzyństwo – gigantycznym darem, czymś najwspanialszym. I również dlatego poród, mimo całego swojego bagażu fizyczności i bólu, również jest częścią tego marzenia.

Osobiście nie wyobrażam sobie, by nie uczestniczyć w narodzinach własnego dziecka. Zupełnie nie rozumiem mężczyzn, którzy z tego rezygnują – abstrahując od kwestii „estetyki” tego wydarzenia, pozostawienie swej wybranki samej w tak ważnym momencie jest przejawem gigantycznego egoizmu i tchórzostwa. Dlatego od początku wiedziałem, że będę rodził z Mamusią.

Zaczęło się gdzieś nad ranem, koło 5. Już nawet nie pamiętam w jakiej kolejności – najpierw ból, czy krwawienie. W każdym razie nie rzuciliśmy się od razu do samochodu, doczekaliśmy mniej więcej do godziny 10, wtedy postanowiliśmy pojechać do szpitala. Zostaliśmy przyjęci, Mamusia została podłączona do KTG, a wykresy rysowane przez urządzenie wyraźnie informowały o tym, że częstotliwość oraz intensywność skurczy dochodzą do punktu kulminacyjnego. Tenże punkt kulminacyjny jednak zbytnio się nie spieszył.. Po paru godzinach systematycznych skurczy, gdy „punktualność” rysowanych wykresów z bycia zabawną, stała się dokuczliwą, w końcu trafiliśmy na salę porodów rodzinnych.

Przestronna sala, w której była wygodna kanapa i fotele, łóżko do porodu, a nawet łazienka i wszelakie rekwizyty mające na celu umilenie oczekiwania (wielka piłka itd.), to było wszystko czego nam było potrzeba. Można było poczuć się swojsko – wprawdzie nie jak w domu, ale wystarczająco przytulnie, by skupić się tylko i wyłącznie na porodzie. Mamusia była już mocno zmęczona, było to po niej widać, ale spisywała się fantastycznie. Ja ze swej strony mogłem jedynie obserwować jak znosi to wszystko w spokoju, czasem jedynie dając się trochę „pokonać” temu zmęczeniu i bólowi. Cieszę się, że mogłem tam wtedy być, nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, by musiała przez to przechodzić zupełnie sama (lekarz zaglądał do nas od wielkiego dzwonu, chyba że sam go zawołałem). A przecież to jeszcze nie było apogeum…

Ból narastał. Czasem pomagało leżenie, czasem chodzenie, w pewnym momencie jedyne co wchodziło w grę, to ciepły prysznic. Polewałem więc plecy Mamusi jednocześnie masując nogi i wysłuchując komend „Plecy! Nogi! Nie, Plecy! Cholera, Nogi!” 😉 Widać było wyraźnie, że poziom zmęczenia i bodźców związanych z porodem doszedł do takiego poziomu, że cała jej miłość, radość i cierpliwość wystawiana była na gigantyczną próbę. To była taka trochę walka Jej Marzenia z Jej Cierpieniem.

Powtarzam, mężczyźni świadomie rezygnujący ze wspólnego porodu, zostawiający kobietę samą z całym tym doświadczeniem (zupełnie nowym, bo przecież każda rodzi pierwszy raz), to egoiści. Nie mówię tu o mężczyznach, którzy np. wyjechali na delegację za granicę, a tu nagle dziecko postanowiło przyjść na świat chwilkę wcześniej. Mówię o tych, którzy po prostu rezygnują z tego z własnej woli. Wstyd mi za nich. Możliwość uczestnictwa w tak wspaniałym wydarzeniu, ale przede wszystkim obecność przy najbliższej osobie, pomaganie Jej, wspieranie, zagadywanie, najzwyklejsze trzymanie za rękę – moim zdaniem jest to coś fundamentalnego. Coś, co cementuje związek i może utrwalić relacje na lata.

Po kilkunastu godzinach, licząc od pierwszych systematycznych skurczy, pani doktor postanowiła skierować Mamusię na cesarskie cięcie… Nie da się opisać tej mieszanki uczuć, które mi w tym momencie towarzyszyły. Po pierwsze odczułem wielką ulgę i radość, bo przecież oznaczało to koniec męki. Po drugie, czułem strach przed znieczuleniem i całym zabiegiem. Po trzecie w końcu, miałem świadomość, że to koniec mojego aktywnego uczestnictwa – w szpitalu, w którym rodziliśmy, tatusiowie nie mogą być przy cesarce. Moja chęć przecinania pępowiny, pielęgnowana przez tyle miesięcy, zderzyła się z rzeczywistością, co wywołało we mnie podświadome rozczarowanie i smutek, które to wręcz były zauważalne w mojej reakcji. Z kolei ta moja reakcja, zupełnie przecież nieświadoma i nie ukazująca moich prawdziwych odczuć w tej sprawie, wywołała smutek Mamusi, bo poczuła się jakby mnie zawiodła… Nie zawiodłaś mnie Kochanie, byłaś (jesteś) najdzielniejszą i najwspanialszą Żoną na świecie. Po prostu to ja nie zapanowałem nad swoimi emocjami. Nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, taki już ze mnie Tatuś..

Na szczęście mogłem chociaż oglądać wszystko przez okienko. Widziałem jak na dłoni całe przygotowania, a później całe to szast-prast jak na taśmie w fabryce (zadziwiające jak można wyjąć dziecko z brzucha w 5 sekund). Nie minęło 10 minut, a już mogłem pobiec do pomieszczenia obok, gdzie czekał mój syn.. Mój syn! Jakie to wtedy było wciąż nieprawdopodobne.. 🙂 Ale o tym kiedy indziej.

Mamusię pozszywali, ogarnęli, przetransportowali do pokoju szpitalnego. Tam czekałem już ja z Bobasem. Mamusi na jego widok oczy zaświeciły się miłością wszechogarniającą. Niestety, po zabiegu była osłabiona, znieczulona i generalnie w stanie, który uniemożliwiał Jej chociażby wzięcie Synka na ręce. A widać było, że chciałby go przytulić, a najlepiej to w ogóle nigdy, przenigdy go nie oddawać ani na moment. Są to dla mnie cudowne wspomnienia, które odżywają gdy je teraz spisuję. I jakoś gorąco się zrobiło, oczy mi się pocą czy co..?

Nie zamieniłbym ani jednej chwili z tego dnia na żadną inną. Od początku do końca byliśmy razem, nie było Mamusi, Tatusia, byliśmy my, Rodzice Czekający Na Dziecko, a każda minuta, każda godzina nas do niego zbliżała. I myślę, że zbliżała nas do siebie nawzajem.

Czy to, co czuję, to miłość?

Tak naprawdę z perspektywy czasu jestem zawiedziony efektami tego USG… Na ekranie, owszem, wyglądało super, ale filmy nie wyszły zbyt ciekawe. Dlatego wszystkim polecam zrobić to, czego ja zapomniałem: spytać o możliwość i ewentualnie poprosić o to, by nagrywać całą sesję od początku do końca. Zawsze łatwiej sobie wyciąć fragment niż montować z jakichś strzępków. A skoro maszyna ma nagrywarkę dvd, to i pamięć powinna mieć na tyle dużą, by tego materiału na ponad 4 gb zebrać 😉

Ja z naszych filmików zmontowałem bardzo króciutki filmik, na którym widać naszego Szkraba spokojnie leżącego, jak i denerwującego się nacierającą z każdej strony głowicą 😉

Jakość materiału jest niezmieniona – pliki źródłowe to właśnie 640×480 pikseli przy odświeżaniu 10 klatek na sekundę… dlatego nie widać płynnych ruchów, a jedynie skokowe zmiany położenia Bobasa. Mimo to zawsze to jakaś pamiątka 🙂

Tajemnica cudownej ciąży

Być może jest to tylko zbieg okoliczności, może wyjątkowe szczęście, może wszystko po trochu. Ja jednak chcę wierzyć, i wierzę, że tajemnicą tego niesamowitego przejścia przez całą ciążę jest najzwyczajniejsza w świecie radość.

To naprawdę niesamowite, bo gdyby tak się poważniej zastanowić nad tymi 9 miesiącami, które minęły, nie było ani jednego momentu, w którym Mamusia narzekałaby na swe ciało i wszystkie zmiany związane z rozwojem Maluszka. Nawet teraz, gdy Brzusio przypomina piłkę schowaną pod bluzką, jedyne co można usłyszeć z Jej ust, to zwykłe, najprawdziwsze i suche fakty: że jest ciężko. Nie przebija jednak z tego żadna złość, przypomina to raczej pogodynkę, która po prostu mówi o tym, co się dzieje. I to naprawdę fantastyczne, godne naśladowania, godne pochwały.

Owszem, na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Choćbyśmy nie wiem jak sobie wmawiali, że jest dobrze, pewne rzeczy i tak potoczą się swoim torem. Wierzę jednak, że nastawieniem do ciąży, tym jak ją odbieramy każdego dnia, możemy w pewien sposób wpływać na jej przebieg. Teraz widzę, że tajemnicą Mamusi było/jest to, że spełnia się właśnie jej największe marzenie. Widzę z jaką czułością głaszcze brzuch, mimo że doskwiera zgaga, że pęcherz alarmuje dziesięć razy częściej, że od dodatkowego ciężaru puchną nogi i generalnie całe ciało zachowuje się w dziwny sposób. Widzę jak Jej się świecą oczy, gdy spogląda na te wszystkie malutkie ciuszki czekające na ciałko do okrycia. Jak się uśmiecha robiąc ostatnie przygotowania. Tą euforię widać gołym okiem. A gdybyście mogli widzieć napady głupawki lub momenty, w których umiarkowanie śmieszne sytuacje stają się komedią wszechczasów, gdy brzuch podskakuje jak szalony – bezcenne 🙂

Kobiety, apeluję! Jeśli czujecie pragnienie posiadania dziecka, odzywają się w Was matczyne instynkty – nie czekajcie na nic 🙂 Jeśli zaczniecie się zastanawiać na mieszkaniem, samochodem, pracą – nigdy nie nastanie dobry czas. Trzeba wszystko odstawić na bok i zastanowić się nad tym co najważniejsze: chcemy dziecko, czy nie? Jeśli chcemy – wszystko inne uda się ułożyć. A gwarantuję, jeśli wejdziecie w okres ciąży z tą myślą, że realizujecie swoje największe pragnienie, to już połowa sukcesu 😉 Nie obiecuję, że będzie łatwo i przyjemnie, ale na pewno łatwiej i przyjemniej.

I Wasi mężowie będą mogli być z Was dumni, tak jak ja z Mamusi 🙂

Synku, Twoja Mamusia chyba jest cyborgiem!

Piszemy ostatnio mniej, bo mamy baaaaardzo intensywny czas – moja praca, Mamusi praca (która rozkręciła się „jak na złość” akurat na koniec ciąży), wspólne weekendowe fuchy, a do tego przygotowania do przyjścia Dzieciątka na świat. Biegamy z jęzorem na wierzchu, ale też z uśmiechem, bo nie napotykamy na problemy, wszystko układa się zaskakująco dobrze.

Poprzedni weekend był spod znaku totalnego remontu. Zamieszkiwany przez nas pokoik w dwa dni zmienił całkowicie wystrój – zarówno kolorystykę, jak i układ mebli (w końcu musiało gdzieś się zmieścić łóżeczko :)). Nie była to bynajmniej praca łatwa logistycznie – to nie jest takie hop-siup wynieść wszystko, bo wyczyścić każdy kącik, odmalować, wytapetować fragment, przemeblować, poukładać, wnieść z powrotem… A tym bardziej, gdy robi się to w tak okrojonym składzie (my + Babcia) i gdy jeden z robotników nosi Brzuchol, że hej 😉 Obserwując zaangażowanie, z jakim Mamusia odnawiała nasze gniazdko można było pokusić się o stwierdzenie, że pochodzi z innej planety :p I nie pomagało zabranianie wchodzenia na drabinę, noszenia cięższych przedmiotów, nic nie dawały apele o odpoczynek – robiła co mogła, by w ramach swoich sił i „obniżonej gibkości” być wszędzie, gdzie się dało… Zuch kobieta, której należy się pomnik 😉

Nie chcemy broń Boże nikogo namawiać do ciężkiej, fizycznej pracy w ciąży. Każda kobieta zna swój organizm i wie na co ją stać. Jeśli jednak jesteś świeżoupieczoną, przyszłą mamusią i nie wiesz, co tak naprawdę możesz robić w tym pięknym okresie, to wiedz, że Twojemu Dziecku nic nie grozi, gdy troszkę się zmęczysz 🙂 Kiedy sił brakuje – odpoczywaj, ale nie zabraniaj sobie wszystkiego i nie wymagaj od bliskich osób wyręczania we wszystkim, co tylko możliwe. Oczywiście podchodź do wysiłku z ostrożnością wzmożoną w granicach zdrowego rozsądku, wysiłek, który podjęłabyś w każdym innym czasie podziel przez dwa, ale jeśli tylko nie ma żadnych lekarskich przeciwwskazań – żyj swobodnie i ciesz się swoją ciążą.

A skoro już o remontach mówimy, to pamiętajcie, by w czasie ciąży mimo wszystko unikać oparów farb – w okresie letnim, gdy można otworzyć okna na oścież, nie jest to takim problemem, natomiast zimą zostawcie malowanie swojemu Mężowi i nie kłóćcie się, że też chcecie 🙂 A przede wszystkim farby muszą mieć atest Polskiego Związku Higieny, co akurat jest już raczej standardem w przypadku farb najbardziej znanych producentów (Beckers/Tikkurila, Śnieżka, Dulux, Dekoral). W przypadku pokoi, w których będą baraszkować Szkraby warto zainwestować w farby nie tyle zmywalne, co szorowalne (szczegóły techniczne np. tutaj). Tapety winylowe mają swoje zalety jeśli chodzi o zmywalność, ale nie przepuszczają powietrza, więc wyklejanie nimi całego pokoju dziecięcego raczej nie jest dobrym pomysłem – my mamy tylko fragment jednej ściany (ok. 1,5 metra) upstrzony ni to poważnym, ni to radosnym wzorkiem Saphyr II, co w połączeniu z Asparagusem Beckers’a i Musem z Limonki Dulux’a na trzech pozostałych ścianach, daje bardzo pozytywny efekt 🙂

Swoją drogą – dobór kolorów farb i wzorów tapet jest zajęciem dla bardzo cierpliwych :p

IT Szkrab

Tak, tak, to nie pomyłka. -1,5 miesiąca, bo jeśli liczymy od daty urodzenia, to właśnie tyle go w tym momencie od niej dzieli 😉 Dzisiaj nawet zdobył swoją pierwszą nagrodę: organizatorom spodobał się komentarz Mamusi i nagrodzili go książką, którą to wybrała z puli nagród. „Serwisy społecznościowe. Projektowanie” – zapewne ciekawa lektura, ale najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że  Mision jak dorośnie wcale nie musi interesować się IT, a poza tym cała branża będzie… no właśnie jaka?

Ciekawe, czy mając ojca komputerowca, w świetle tego, że jego rodzice poznali się na jednym z takich serwisów społecznościowych, będzie umiał od tego uciec i zająć się czymś całkowicie innym 🙂 Już się kiedyś nad tym zastanawiałem, ale ciągle mnie to ciekawi. Niemniej jednak chcąc nie chcąc na pewno zetknie się jeszcze z tą branżą niejeden raz i nie zdziwię się jeśli kiedyś to na jego autorskim serwisie poznawać się będą kolejne pokolenia 😉

Nasz Synek w czwórwymiarze

Pamiątka ta jest oczywiście wspaniała, ale każdy osobiście powinien ocenić czy warta swojej ceny. Ułatwimy Wam to wkrótce, gdy otrzymamy płytę z nagraniami i gdy wrócimy z majowego wyjazdu, bo dopiero wtedy będzie czas by się tym zająć. Póki co mogę podzielić się spostrzeżeniami z dłuuugiego seansu jaki sprezentował nam nasz doktor 🙂

Jak już wspominaliśmy, badanie sponsorowała babcia naszego Szkraba, tak więc gdy podwiozła nas do gabinetu od razu wpadłem na pomysł by spytać doktora, czy może wejść z nami. Nie było żadnych przeciwwskazań, więc bardzo zadowolona Babcia przeżyła „swoje pierwsze prawdziwe usg” 😉 Gdy Ona nosiła i rodziła moją Żonę aparaty usg już owszem, istniały, ale badanie trwało zazwyczaj baaaardzo krótko i nie było dodatkowego ekranu do podglądu. A tu proszę, pierwszy wnuk, pierwsze oglądane usg. Było to dla Niej ważne przeżycie, co można było zaobserwować, więc tym bardziej cieszy mnie to, że tak mnie olśniło w odpowiednim momencie 😉

Po raz kolejny nasz Doktor udowodnił jakim jest wspaniałym fachowcem, z sercem do dzieci i z powołaniem, które emanuje z niego i stwarza atmosferę przyjaźni i spokoju. Naprawdę, jeśli komuś zależy by dowiedzieć się co właśnie widać na ekranie, czego można się spodziewać w najbliższych tygodniach oraz żeby cała wizyta nie była prowadzona w atmosferze „rach ciach ciach i nara„, polecamy  mu całym sercem doktora Andrzeja Iwaniuka (dane umieszczamy za jego akceptacją, gdyż nie omieszkaliśmy zapytać, czy możemy go trochę zareklamować ;)). Dostępny jest w warszawskim szpitalu przy ul. Madaliśnkiego, a także w radomskim gabinecie Bat-Med. 100% satysfakcji gwarantowane 🙂

Samo badanie 4D, jak już wspomniałem, nie ma wartości diagnostycznej, ale w naszym przypadku poza kręceniem filmów i strzelaniem fotek jednak coś nam zaoferowało. Jako, że na poprzednim badaniu nie dało się dokładnie zbadać kręgosłupa, bo Bobas ułożył się nie tak jak trzeba, to teraz Doktor zbadał wszystko dokładnie. Sprawdził też wymienione wcześniej rozszczepy, głównie okolice ust. No i potwierdził już na 101%, że to chłopaczek 😉 W dodatku całkiem okazały, bo ważący już całe 1390 gramów 😉

Nie na diagnostykę jednak tam szliśmy. Chcieliśmy po prostu egoistycznie podpatrzeć naszego Syneczka w jego (tymczasowym) środowisku naturalnym, a w tym aspekcie 4D jest całkiem ciekawe. Owszem, zwykłe usg ma swój urok i również uwielbiam na nie patrzeć, ale dzięki 4D można już nawet podejrzeć rysy twarzy – wszystkie 3 osoby w gabinecie (nie licząc mnie) stwierdziły, że „cały tatuś” 😀 Nie mam zamiaru się przywiązywać do tego podobieństwa, bo wszystko jeszcze się okaże, ale ten zgodny chórek był intrygujący 😉 Za to widok Bobasa ssącego kciuk, przecierającego oczy – niesamowity. Napatrzyliśmy się, że hoho – badanie trwało jakieś 1,5h, z drobną przerwą na półmetku, gdy Maluch odwrócił się i nie chciał współpracować, więc Mamusia zrobiła rundkę dookoła gabinetu i kilka wygibasów, by usadowił się inaczej. Pomijając wartość pamiątki jaką będzie płyta z zapiskami tej wizyty, już sam jej przebieg i długość są nie do przecenienia.

Zapraszamy więc wkrótce, wrzucimy jakąś galerię zdjęć jakiś film poglądowy, by każdy mógł stwierdzić, czy chce się przenieść do czwartego wymiaru 😉

ps: badanie wykonywaliśmy w 1 dniu 29 tygodnia, a ogólnie zalecane jest między 25 a bodajże 32 tygodniem. Wcześniej nie warto, bo Dzidziuś jest za mały by aparat usg potrafił dobrze złapać obraz, a później z kolei Bobas ma za mało miejsca do poruszania się i jest bardzo prawdopodobne, że ułoży się tak, że niewiele będzie można dostrzec.

Nasze dziecko, nasza wiedza

Dziś rano w Dzień Dobry TVN pojawiły się dwie panie, założycielki i właścicielki Stylovely – firmy stylizującej dzieci. „Stylizującej” to trochę na wyrost, bo jak panie same stwierdziły one nie kreują mody, tylko dopasowują ubrania do upodobań i rytmu życia dziecka. Nie podoba mi się ten pomysł, ale nie będę krytykował pomysłowych bizneswomen, które po prostu znalazły swoją niszę rynkową, bo gdyby iść tym torem to trzeba by krzywo patrzeć na gosposie, które sprzątają to, co ktoś może posprzątać sam itp. Krytycznym okiem spojrzę za to na…. rodziców, którzy decydują się na taką usługę.

Pewnie znowu wyjdę na sknerę, więc od razu na początku zaznaczę, że pieniądze w tym przypadku nie są koronnym argumentem. Owszem, mając do dyspozycji np. 350 złotych wolałbym kupić swojemu dziecku kilka ciuchów, a nie jeden za 50 plus 300 za konsultacje. Nie przekonały mnie więc panie mówiąc, że nie wszyscy rodzice wiedząc co, gdzie i za ile, i po to one są by w tym pomóc, bo nawet jeśli rodzic nie wie, że w sklepie X jest drożej niż w sklepie Y, to więcej traci płacąc za ich usługę, niż za przepłacony ciuch. Nawet mając 1500 do dyspozycji wolałbym te 300 złotych inaczej spożytkować – po prostu uważam, że jest to zbędny wydatek. Problem jest jednak głębszy i dziwi mnie, że rodzice go nie dostrzegają.

Nie jest dla mnie argumentem brak czasu. Skoro na zakupy ze stylistkami i tak idą rodzice, to taki argument traci rację bytu. Przecież ten sam czas mogliby poświęcić bezpośrednio swoim dzieciom i nawet jeśli nie znają rynku odzieżowego tak jak panie z Stylovely, to powinni znać swoje dzieci! I nawet jeśli prawdą jest, że zakupy ze stylistą zajmują mniej czasu, to zyskując kilka minut tracimy z kolei więź z dzieckiem, bo to, co od dziecka usłyszy stylista powinniśmy usłyszeć my. Czy naprawdę potrzebujemy konsultantów by dowiedzieć się od własnego dziecka czy woli sweterki, czy bluzy z kapturem? Przecież taką wiedzę powinniśmy sukcesywnie zbierać z dnia na dzień, rozmawiając z dzieckiem, będąc ważnym elementem jego codzienności. To my, rodzice, powinniśmy być jego stylistami, konsultantami, kreatorami mody czy wręcz wyroczniami. Bynajmniej nie mam tu na myśli wciskanie dziecka w coś, co podoba się tylko nam, a dziecko najchętniej zdjęłoby to i spaliło na stosie. Chodzi mi o to, że mając żywą relację z własnym dzieckiem powinniśmy być jednocześnie jego kumplem, który wie, że w danym momencie gwiazdą popu jest Justin Bieber, a jednocześnie surowym (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) rodzicem, który potrafi określić co jest rozsądne, co ekstrawaganckie, co szalone, a co nienormalne.

Czy wybór bluzki przerasta rodzica? Nie sądzę. Nie mogę pozbyć się myśli, która pojawiła się w mojej głowie zaraz po obejrzeniu programu, że usługa Stylovely adresowana jest do rodziców, dla których sama usługa jest elitarna, a niekoniecznie jej efekt. Może niektórzy uważają, że jest to powód do dumy i lansu, że stylista ubrał ich dziecko. Nie wiem, nie umiem tego zrozumieć do tej pory.

Wiem jedno: ja chcę wiedzieć co lubi moje dziecko, chcę być dla niego wzorem, by nie sugerowało się tym co niesie świat, a tym co będzie ważne w naszym domu. Chcę znajdować dla niego czas nawet, gdy go nie będę miał. Nie będę szedł na łatwiznę.

Chęci kontra portfel

Jako, że moja Żona wyspecjalizowała się w podsumowaniach typu „wszystko o łóżkach” lub „zestawienie (nie)zbędnych gadżetów„, to nie będę w ten obszar się wpraszał na siłę 😉 Zresztą nie czuję się w tym dobrze, bo każde porównywanie produktów w ilości większej niż 3-5 sprawia, że mam ochotę pobiec daleko i wrócić jak już będzie wybrane… (Żona zawsze dziwiła się jak mogę wejść do sklepu, kupić bluzę i wyjść, a co z bluzami w pozostałych sklepach? :p) Nie dotyczy to spraw „poważniejszych” jak wybór sprzętu elektronicznego itp, więc podział ról w naszym małżeństwie chyba jest dość jasno określony 😉

Towarzysząc jednak Małżonce tu i ówdzie, między innymi w sklepach z zabawkami dla dzieci, przekonuję się jak gigantyczny jest to rynek i jak bardzo niebezpiecznym dla portfela jest wzięcie swojego Dziecka i wpuszczenie go w tą pętlę czasoprzestrzenną (co, już 3 godziny minęły?). Większość rodziców pewnie powie, że na dziecku nie ma co oszczędzać (ten wątek już się u nas przewijał), albo że „dla mojego Misiuńcia – wszystko!„. No i bardzo dobrze, nie zamierzam tego negować czy podważać.

Istnieje jednak subtelna granica między zapewnianiem swojemu Szkrabowi wszystkiego, czego potrzebuje do rozwoju, a zbytecznym wyrzucaniem pieniędzy na zabawki, które nie są tego warte. Bo czy naprawdę potrzebna jest kolekcja figurek średniowiecznych postaci i stworów, po 16pln sztuka? Naoglądałem się niedawno wszelakiego barachła, że tak to dosadnie określę, i przekonany jestem, że Dzieciaki wchodząc do takiego kolorowego raju skłonne byłyby kupić wszystko, nawet podrygujące i grające melodyjki sztuczne wymiociny 😉 Dlatego bardzo istotne jest by na takie zakupy poszedł z dzieckiem ktoś, kto nie zostawi szarych komórek razem z kurtką w szatni 🙂

Odmawianie dziecku zakupu jakiejś rzeczy nie jest niczym złym i wzrok jednej czy drugiej zdziwionej matki przy sąsiedniej półce nie powinien nikogo peszyć, a już na pewno nie powinien być argumentem za zakupem bzdetu, którego marża jest przejaskrawiona bardziej niż on sam, w swej oczopląsowej kolorystyce. Warto sobie w takiej chwili pomyśleć „Jeśli inni uważają, że to jest super zabawka, to niech kupują, ja nie muszę„. Uprzedzając argumenty o histerii dziecka mogę powiedzieć tylko tyle, że jeśli się dziecko przyzwyczai, że swą histerią może coś osiągnąć, to będzie tak się zachowywało, ale jeśli rodzice wykażą się cierpliwością i dobrze pojętą siłą, to Dziecko w końcu zrozumie, że nie tędy droga. Teoria jest, mam nadzieję, że w praktyce uda mi się tak zachowywać 😉

Ale wracając do tematu zabawek i finansów. Nie zawsze drogie, firmowe zabawki muszą być wyznacznikiem „bawialni” dziecka. Wyznacznikiem takim może być inwencja rodziców i ich chęć ofiarowania swemu potomstwu zabawek z duszą, własnoręcznie wykonanych i przepełnionych miłością. Zabawki takie mają wiele zalet:

  • budują więź emocjonalną między rodzicami a dziećmi (kiedy już dziecko potrafi zrozumieć, że to właśnie Mamusia mu zrobiła to cudo lub gdy wręcz uczestniczy w jego tworzeniu)
  • mają większą „elitarność” niż standardowe, choćby najpiękniejsze, ale jednak masowo produkowane zabawki
  • dają podwójną frajdę: przy ich tworzeniu, i przy zabawie z ich wykorzystaniem
  • koszty ich produkcji są nieraz wielokrotnie mniejsze niż ceny gotowych zabawek

A jeśli Mama lub Tata mogą rozwijać własne umiejętności sprawiając radość swojemu dziecku, to czy może być coś piękniejszego :)? W końcu łatwo wejść do sklepu, zdjąć z półki kolorową, hałaśliwą maszynkę, ale dopiero własna inwencja, własna praca i jej efekt mogą dać wiele satysfakcji.

Przykładem zabawek, które relatywnie łatwo jest wykonać za całkiem rozsądne pieniądze, jednocześnie ofiarowując Dziecku coś, co będzie rozwijało jego wyobraźnię i uczyło pierwszych zwrotów w sposób interaktywny, są filcowe pacynki 🙂 Małe, poręczne, można je wszędzie ze sobą zabrać. Z nimi pytania typu „a jak robi kotek?” są bardziej sugestywne, a ich mnogość i różnorodność zapewnią sporo dobrej zabawy przy Maluszkowych Teatrzykach 😉

Kim będziesz, mój Synku?

Chyba każdy rodzic od samego początku rozwoju swojego dziecka zastanawia się co przyniesie mu przyszłość. Budzą się w nas własne marzenia, które chcielibyśmy przetransferować na latorośl, ale czy tak się da? Nie sądzę. Owszem, na pewno można dawać wskazówki, można od małego np. uczyć grać na pianinie, ale skąd możemy wiedzieć czy to jest właśnie to, czego w dorosłym życiu pragnęłoby nasze dziecko?

Pewne umiejętności oczywiście są na tyle uniwersalne, że chwalebnym jest, by poświęcać czas i siły, by je wpoić dziecku. Umiejętność rysowania, gry na instrumentach muzycznych – to na pewno jest coś, co rozwija osobowość i jest niezależne od wykształcenia i zawodu. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by dziecko uczyło się światłocienia i perspektywy, nut i akordów, bo są to wspaniałe umiejętności, które nie raz mogą się przydać w życiu. Na pewno dają satysfakcję i świadomość własnej wartości. A czy w przyszłości zostaną rozwinięte na poważnie i staną się fundamentem życia, pracy, twórczości, to już sprawa drugorzędna. Sport, w całym jego szerokim rozumieniu, jest na pewno zdrowy i człowiek z kondycją zawsze będzie się lepiej czuł od sflaczałego lenia. Gdy ja byłem młodziutkim szczylem biegającym za piłką, czy już później, jeżdżąc na desce, nie wyobrażałem sobie bym mógł mieć brzuch zwisający zza paska spodni i by nie umieć chociażby podciągnąć się. Wymagania wobec siebie miałem, że tak to nazwę: normalne, czyli nie miałem parcia na siłownię by godzinami szlifować każdą partię mięśni, ale po prostu miałem potrzebę bycia w dobrej formie. Cieszyło mnie, gdy sprostałem ściance wspinaczkowej, chociaż byłem na niej pierwszy raz. Dlatego wydaje mi się, że ważnym jest, by pilnować swej pociechy, by nie obrastała w zbędną tkankę tłuszczową, a jednocześnie próbować kształtować dziecko wielokierunkowo, umożliwiać mu bycie prawdziwym Homo Universalis.

Nikt chyba nie wymaga od siebie by umieć jednocześnie naprawić zniszczone elementy elektroniki w nowoczesnym sprzęcie codziennego użytku, wymienić w domu instalację hydrauliczną, naszkicować projekt domu dla znajomych, a w międzyczasie ugotować śródziemnomorski obiad i skomponować utwór do wspólnego tańca z Żoną, oczywiście z własną choreografią. Niemniej jednak wymiana zepsutej wtyczki, uszczelki, zrobienie jajecznicy lub rysunek samochodu przypominającego ogórek nie przerasta żadnej osoby płci męskiej, a wręcz każdej, bez względu na płeć. I warto w ten sposób właśnie uczyć swoje dziecko, by najpierw samo próbowało rozwiązać problem, a dopiero jeśli faktycznie będzie je przerastał, by poprosiło o pomoc. Nie mam tu na myśli oczywiście sytuacji, by dwulatek z kluczem francuskim naprawiał mamie kuchenną armaturę 🙂 Po prostu na każdym etapie życia napotykamy na szereg spraw, z których niektóre powinniśmy umieć rozwiązać sami, część wymaga lekkiego doszkolenia się lub pomocy, a resztą mogą się zająć fachowcy (w przypadku dziecka: rodzice).

Dlatego, podsumowując, „nie interesuje mnie” kim będzie w przyszłości moje dziecko. Może być piłkarzem (nie ukrywam, że byłoby wspaniale emocjonować się meczami własnego syna, ale w naszym kraju kształcenie piłkarzy leży i kwiczy, więc nie łudzę się), może być prawnikiem, lekarzem, kierowcą tira czy listonoszem. Najważniejsze, by robiło to, co kocha i by każdy dzień przynosił radość i satysfakcję, a nie czarne myśli w stylu „znowu muszę tam iść…„. Ze swojej strony będę starał się wspierać je w dążeniach do celu, będę podsuwał pomysły na życie, wpajał, że dobrze jest umieć to i tamto, wiedzieć to i owo, ale decyzja nie będzie należała do mnie.

Najpiękniejszy kopniak w życiu

Sam nie przypuszczałem, że to uczucie może być takie cudowne. Takie lekkie pyknięcie w sam środek przyłożonej do brzucha dłoni, a jednocześnie niesamowicie mocny cios w środek mózgu: „Ono tam faktycznie jest!„.

Owszem, pierwsze takie sygnały były już na usg, no bo co może być bardziej klarowne niż podgląd na ekranie 🙂 ale namacalny dowód w postaci kopniaczka jest czymś zupełnie innym. To takie w sumie pierwsze dotknięcie, choć jeszcze przez matczyny brzuch, ale jednak – kontakt z Bobasem był 🙂

I tylko można zazdrościć własnej Żonie, że ma to na co dzień, że takie kopniaczki i sygnały odbiera cały czas. Cały? No właśnie… dotarło do mnie również, że w zestawieniu z całym życiem okres ciąży to tak mały fragment, że trzeba się starać przeżywać wszystko jak najintensywniej. Nie ma możliwości zapamiętywania uczuć, dotyku w sposób „dosłowny”, możemy jedynie pamiętać, że coś było przyjemne lub nie.. Ale takich samych reakcji i odczuć nie wywołamy w sobie przypominając sobie o czymś kilka lat później.

Zrozumiałem więc, że skoro ten rosnący brzuch jest tak cudowny w dotyku, i że jest tam moje Dziecko, które już wkrótce przyjdzie na świat, to ja powinienem jak najwięcej go dotykać, masować, głaskać i generalnie korzystać póki jest 🙂 Bo już za chwilę wejdziemy w kolejny, zapewne jeszcze piękniejszy etap, ale tu i teraz jest Brzusio :]