parentnik.pl

Archive of ‘Wszystko co potrzebujesz wiedzieć o…’ category

Historia drugiego fotelika, czyli jak bezpiecznie przewozić trochę większe dziecko

Do zakupu nowego fotelika, z wyższego przedziału wagowego przymierzaliśmy się od dłuższego czasu. Od baardzo dłuższego czasu. W tym czasie przeszłam małą ewolucję – od podejścia: ‚ten mi się podoba’, przez podejście: ‚ten ma najwięcej gwiazdek w testach’ aż po zgłębianie opinii biomechaników i praw fizyki, jako najbardziej obiektywnych wyznaczników poziomu bezpieczeństwa. Ponieważ fotelik to bardzo istotny zakup, w zasadzie znacznie ważniejszy niż wybór łóżeczka, bujaka czy krzesełka do karmienia, chciałam podejść do niego jak najbardziej świadomie i wybrać to, co zapewni rzeczywiście jak największe bezpieczeństwo mojemu dziecku.

Zaczynałam właściwie z punktu ‚0’, czyli nie wiedząc o fotelikach prawie nic, poza tym, że są podzielone na grupy wagowe i że przechodzą niezależne testy, w których oceniany jest między innymi poziom bezpieczeństwa jaki zapewniają. Starałam się więc jak najwięcej dowiedzieć, przeczytać, zobaczyć. I za każdym razem miałam wrażenie, że im więcej czytam, tym mniej wiem. Kolejne fora, opinie, komentarze, wyniki testów… wcale nie miałam wrażenia, że zbliżam się do momentu, w którym będę umiała podjąć decyzję, wręcz przeciwnie – czułam się coraz bardziej zdezorientowana. Nawet kiedy myślałam, że udało mi się już wybrać modele, które by mi odpowiadały i pozostaje podjąć decyzję, który z nich kupić, okazało się, że nawet wtedy nie jest to proste. Przymierz fotelik do dziecka, bo nie każdemu dziecku każdy fotelik odpowiada; przymierz fotelik do samochodu, bo nie w każdym aucie da się każdy z nich zamontować; zwróć uwagę na łatwość montażu; zwróć uwagę na sposób montażu; na ilość ruchomych części fotelika, które w newralgicznym momencie mogłyby się urwać/uszkodzić i stworzyć dodatkowe zagrożenie; zastanów się nad tym, nad tamtym, nad milionem różnych rzeczy, o których jeszcze rok temu nie miałam pojęcia. Okazuje się, że istotne są takie, pozornie banalne szczegóły jak: nachylenie kanapy, czy to na ile centymetrów wystaje z kanapy zapięcie pasa. Pełen kosmos. Więc jaki fotelik wybrać?

Decyzji nie ułatwiało również to, że w naszym mieście w większości sklepów asortyment stanowią produkty ‚fotelikopodobne’, tzw. ‚antymandaty’, czyli coś, co bezpieczeństwa nie zapewnia prawie wcale, ale pozwala uniknąć mandatu za niestosowanie się do przepisów o przewożeniu dzieci. Któregoś dnia, zaraz na początku naszej ‚fotelikowej’ drogi, pojechaliśmy do jednego z takich sklepów. Pani pokazała nam kilka modeli, zaproponowała nawet żeby Szymek sobie w nich usiadł żeby sprawdzić czy jemu będą odpowiadać, a kiedy zapytałam czy mogłaby mi zanotować nazwy modeli, żebym mogła sprawdzić w domu jakie mają oceny w testach, stwierdziła: „Proszę pani, to nie ta kategoria, te które mają dobre wyniki w testach mają zupełnie inne ceny, tych nawet nie ma co sprawdzać… no ale za to kosztują znacznie mniej. Tych drogich w ogóle nie sprowadzamy, bo nikt o nie nie pyta.” Aha. To już wiedziałam, że tam nic nie kupimy. Bo nawet na początku, kiedy nie wiedziałam prawie nic, było dla mnie oczywiste, że nie chodzi o to, żeby uniknąć mandatu, tylko zapewnić naszemu dziecku jak największe bezpieczeństwo. I że ‚poniżej 3 gwiazdek’ nie zejdę, a jeśli tylko damy radę finansowo, to i 4 będą dla mnie niezbędnym minimum.

Czytałam więc dalej. A przy okazji dowiadywałam się m.in. że:

– miejsce za kierowcą, powszechnie uważane za najbezpieczniejsze wcale takim nie jest. Że najbezpieczniej jest umieścić fotelik na środkowym siedzeniu, a jeśli z jakichś powodów jest to niemożliwe – za siedzeniem pasażera

– że mama (jadąca jako pasażer) powinna siedzieć z przodu, ponieważ siedząc z tyłu, w razie wypadku może stanowić zagrożenie dla dziecka w foteliku

– że to, że nóżki dziecka w foteliku 0-13 (popularnej ‚kołysce’, bądź „węglarce” jak gdzieś przeczytałam :P) dotykają oparcia kanapy w żadnym razie nie powinno być kryterium zmiany fotelika na większy (kryteria właściwe to: przekroczona dopuszczalna waga dziecka, niedające się poprawnie zapiąć pasy uprzęży fotelika, głowa dziecka wystająca ponad fotelik)

– że posiadanie przez fotelik Europejskiego Certyfikatu Bezpieczeństwa, czyli homologacji wcale nie oznacza, że jest on bezpieczny, ponieważ ECE oznacza wyłącznie zgodność wyrobu z obowiązującymi obecnie w Europie wymaganiami technicznymi, które to wymagania określają tylko minimum, nie nadążając za rozwojem współczesnych systemów bezpieczeństwa

– że warto zwrócić uwagę na dodatkową ochronę głowy – niektóre foteliki posiadają dodatkową wkładkę, która redukuje siłę uderzenia i oprócz tego utrzymuje głowę dziecka w możliwie bezpiecznej pozycji (najbezpieczniejsza pozycja to pozycja idealnie na wprost, każdy, minimalny nawet skręt szyi w momencie uderzenia może być niebezpieczny)

Przeczytałam też, że dzieci powinny najdłużej jak to możliwe jeździć tyłem do kierunku jazdy. Nawet przez chwilę rozważałam takie rozwiązanie, ale uległam tym popularnym argumentom – że niewygodnie, że będzie mu niedobrze, że nic nie widzi. Tym samym stanęło na dwóch modelach: Roemer King Plus i Cybex Pallas (ten zachwalany, innowacyjny, z osłoną tułowia, jedyny który dostał 5 gwiazdek w testach w kategorii bezpieczeństwa). Pojechaliśmy do innego miasta, całe 70 km od nas, żeby obejrzeć oba i ewentualnie któryś z nich kupić. Na miejscu okazało się, że ceny mają o prawie 150 zł wyższe niż sklepy internetowe, w związku z czym kupować nie będziemy i tylko obejrzymy. Szymek na oba zareagował bardzo pozytywnie, w obu siedział spokojnie (być może po części dlatego że większość drogi przespał i obudził się chwilę przed wejściem do sklepu, w związku z czym nie zdążył się jeszcze rozkręcić 😉 ), ale w Pallasie wydawał się jakiś taki przygnieciony tą poduchą, właściwie bez możliwości ruchu, z rączkami cały czas lekko w górze, położonymi na osłonie. Wyglądało to na średnio komfortowe, zwłaszcza na dystansie 300 km, który od czasu do czasu mamy do pokonania. No i teraz dylemat – komfort czy bezpieczeństwo..? Jak wybrać czy wolisz, żeby Twoje dziecko, mocno ściśnięte, z rączkami wciąż ułożonymi w jednej pozycji, na ‚półce’ przetrwało bezpiecznie podróż, czy może lepiej (teoretycznie, bo przecież te gwiazdki…) mniej bezpiecznie jednak przypiąć go pasami i pozwolić poczytać ksiażeczkę, lub przytulać misia..? Na szczęście brak isofixu w naszym aucie pozbawił mnie tego nierozwiązywalnego chyba dylematu, bo Pallas nie mógłby być zamontowany na stałe, tylko przypinany doraźnie pasem (taka konstrukcja po prostu), więc bez pasażera ‚latałby’ swobodnie po całym aucie.

Później gdzieś na jakiejś stronie przypadkiem zupełnie znalazłam informację, która podobno jest tajemnicą poliszynela wśród specjalistów od fotelików – że foteliki z ochroną tułowia to tzw. hacking manekinów. W praktyce oznacza to, że foteliki te robione są pod manekina, na którym będą testowane i dla takich warunków mają idealne parametry, stąd też wysokie oceny w testach (pominę milczeniem paskudną nieetyczność takiego podejścia 😐 ). A manekin nigdy nie będzie idealnie odwzorowywał dziecka, które, jak wiadomo, nieustannie się porusza, nie siedzi nieruchomo w foteliku jak manekin; czasem waży więcej niż średnia dla jego grupy wiekowej, czasem mniej; czasem jest wyższe, a czasem niższe niż jego rówieśnicy; nieustannie przecież rośnie i zmienia się. Poza tym, jak zauważają eksperci z fotelik.info – energia kinetyczna przy zderzeniu jest większa dla górnych części ciała w przypadku osłony, niż w przypadku uprzęży (czyli standardowego mocowania w większości fotelików).

Czasem wierzę w znaki i w to, że pewnych rozwiązań nie ma co forsować na siłę. I że jeśli te zakupy nam się nie udały, to znaczy, że potrzebujemy jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji. Czyli powinnam czytać dalej…

Czytałam więc i znów powracał do mnie temat fotelików z grupy 9-18 montowanych tyłem do kierunku jazdy. Wciąż jednak trochę go ignorowałam.

Następnym typem poza krowią wersją King Plusa Roemera był Tobi z Maxi Cosi. Któregoś dnia, przy okazji innych zakupów w Smyku, zauważyliśmy, że akurat oba te modele są dostępne, więc znów przymierzyliśmy Szymka. I znów nie umieliśmy się zdecydować. Za to dowiedzieliśmy się przy okazji, że eksperci Maxi Cosi zalecają, żeby co jakiś czas wypiąć fotelik i położyć go np w bagażniku, na noc, żeby dać ‚odpocząć’ tym mechanizmom, które przy zamontowanym foteliku cały czas pracują, co ma wpływ na wytrzymałość konstrukcji, a tym samym bezpośrednio również na bezpieczeństwo.

Szukając w internecie opinii na temat obu modeli zauważyłam, że wiele osób miało podobny dylemat jak my, tzn rozstrzygało pomiędzy tymi dwoma fotelikami. Eksperci z fotelik.info radzą, żeby w przypadku wyboru pomiędzy fotelikami, które mają takie same wyniki w testach wybrać ten, który można bardziej stabilnie zamocować we własnym samochodzie. Ja, jak zwykle, poszukałam trzeciego rozwiązania. Bo czasem jest tak, że rozwiązanie jest nam dane od początku, tylko my nie chcemy go zauważyć. Bo nie patrzymy wystarczająco uważnie, albo upieramy się przy jakichś swoich, niekoniecznie słusznych, wyobrażeniach. A czasem wystarczy być uważnym na informacje, które same gdzieś tam do nas przychodzą i pozwolić sobie na wyjście poza schemat. Taki jak np ten, że większe dzieci jeżdżą przodem. Bo więcej widzą, bo tak im wygodniej, bo tak przecież jeżdżą wszyscy, więc jest bezpiecznie, prawda? Nieprawda. To wcale nie jest kwestia wygody. Tyłem jest równie wygodnie (poza przypadkami, kiedy dziecko cierpi na chorobę lokomocyjną); maluch wszystko widzi, więcej nawet niż jadąc przodem, bo ma do dyspozycji, poza boczną, również całą tylną szybę (w większości przypadków) a przy tym jest znacznie bezpieczniej. I to nie jest czyjaś opinia, podlegająca dyskusji, tylko obiektywny fakt. Bez względu na to jakie jest nasze prywatne zdanie na ten temat, głowa dziecka jest znacznie cięższa w porównaniu do reszty ciała niż w przypadku dorosłego (u 9-miesięcznego niemowlaka stanowi 25% masy ciała, zaś u osoby dorosłej tylko 6%). Oprócz tego małe dzieci, do około 3-4. roku życia mają nie w pełni wykształcone kręgi, mięśnie i więzadła szyjne – szyja jest więc ich słabym punktem. Przy zderzeniach czołowych (a więc najczęstszych i zwykle najpoważniejszych), gdy dziecko zwrócone jest przodem do kierunku jazdy, jego ciało zostaje zatrzymane przez pas bezpieczeństwa, natomiast głowa porusza się do przodu i przeciąża szyję. (źródło: http://www.volvocars.com) Zależnie od siły uderzenia i wielkości dziecka może to mieć różne konsekwencje, z ryzykiem przerwania rdzenia kręgowego włącznie.

Gdy dziecko podróżuje tyłem do kierunku jazdy, siła uderzenia przy takim samym zderzeniu, rozkłada się na całe jego plecy i głowę, co znacznie zmniejsza obciążenie karku. Fotelik stanowi wówczas podparcie dla całego ciała.

Innym czynnikiem, który sprawia, że dziecko jest bardziej podatne na obrażenia, jest nierozwinięta miednica. Kości miednicy dziecka (biodrowa, łonowa i kulszowa) w odróżnieniu od miednicy dorosłego są niezrośnięte. (za: http://www.fotelik.info)

Więcej argumentów? Bardzo proszę:

– Z badań przeprowadzonych przez firmę ubezpieczeniową Folksam wynika, że jazda tyłem do kierunku jazdy jest 5 razy bezpieczniejsza niż przodem

– W krajach skandynawskich istnieje obowiązek przewożenia tyłem do kierunku jazdy dzieci do wieku 4-5 lat (i ok. 25 kg wagi)

– ” Według danych VTI, w latach 2003 – 2010 w Szwecji zginęło 36 dzieci w przedziale 0-10 lat (2003 – 8, 2004 – 8, 2005 – 2, 2006 – 6, 2007 – 2, 2008 – 2, 2009 – 3, 2010 – 5). Dla porównania, w 38,5 milionowej Polsce, tylko w 2011 roku w wypadkach drogowych zginęło 62 dzieci w grupie 0-14 lat (wg. raportów Policji). „ (za: http://fotelik.info/pl/news/inspekcje-fotelikow-dookola-swiata-szwecja,330.html)

– dane na temat obciążeń działających na szyję 3-letniego dziecka w zderzeniu czołowym (wyniki uzyskane w badaniach norweskich):

– fotelik montowany przodem w samochodzie wyprodukowanym w latach 90. lub nowszym – 1700 N (Newtonów)

– fotelik montowany przodem w samochodzie wyprodukowanym w latach 80. (bardziej miękkie zawieszenie, więc mniejszy nacisk) – 950 N

– fotelik montowany tyłem – 250 N

Dane za: http://www.tryggtrafikk.no/

 

Chociaż ja jestem typową humanistką, do mnie liczby nie przemawiają. Do mnie trafiają obrazy, więc tak naprawdę przekonały mnie te filmy:

The Importance of Rear-Facing

Rear facing vs forward facing position in the car

 

Kupiliśmy Maxi Cosi Mobi. Montowany tyłem. Nie jest idealny, bo podobno mały i do 25 kg na pewno nie wystarczy (ale może chociaż do 18..?), tapicerka podobno nieoddychająca, no nie ma tej dodatkowej ochrony głowy… ale już wiem, że nie zamieniłabym go na żaden montowany przodem.

 

Dla Szymka zmiana fotelika miała znaczenie o tyle tylko, że teraz lepiej wszystko widzi, bo siedzi wyżej i może sobie wyglądać przez tylną szybę i przez obie boczne. Zupełnie nie przeszkadza mu to, że siedzi tyłem. Może dlatego, że nie zna innej możliwości, a może po prostu tak też jest spoko 😉 A najważniejsze, że mamy pewność, że jest bezpieczny.

 

Edit:

Byliśmy na inspekcji fotelikowej organizowanej przez ekspertów z fotelik.info. I teraz mamy jeszcze większą pewność, że Szymul jeździ bezpiecznie 🙂 Jeśli ktoś zastanawia się nad wyborem fotelika, albo chce upewnić się, że kupiony już fotelik jest właściwie zamontowany, oraz czy pasuje do samochodu (nie wizualnie 😉 ) to bardzo polecam. Okazuje się, że aż 70 do 85% fotelików jest montowanych nieprawidłowo! I wtedy gwiazdki w testach tracą na znaczeniu, bo fotelik nie spełnia swojej funkcji. Udział w Ogólnopolskich Inspekcjach organizowanych w różnych miastach Polski jest bezpłatny, trzeba jedynie sprawdzić kiedy odbędą się w najbliższym nam mieście, a potem zapisać się na konkretną godzinę na stronie: http://inspekcje-fotelikow.pl/

(W tajemnicy i ‚szeptem’ napiszę, że my naszego Mobi kupiliśmy, wprawdzie w sklepie stacjonarnym, ale w trybie mocno przyspieszonym, bo była sobota, właśnie zamykali, a my jechaliśmy po niego 130 km, tylko droga nam się z różnych względów przedłużyła, więc tylko weszliśmy, zapłaciliśmy i wyszliśmy. Nikt nam nie doradził ani jak zamontować, ani czy ten konkretny model będzie pasował do naszego auta. A i my, jako niedoświadczeni, takiej refleksji jeszcze nie mieliśmy. Na szczęście okazało się, że wszystko jest ok, a Misionowy Tata (to już nie ‚szeptem’ tylko całkiem głośno) został nawet pochwalony na inspekcji za prawidłowy montaż. Zupełnie samodzielny i z intuicyjnym wyborem jedynego słusznego miejsca w samochodzie! O! 😉 )

W czasie inspekcji dowiedzieliśmy się też jak prawidłowo dociągać uprząż, którą to wiedzą niniejszym dzielę się z innymi nieświadomymi rodzicami: pasy należy dociągać najmocniej jak się da! Podobno właściwie nie da się za mocno, a bardzo łatwo jest za luźno. Ten aspekt jest często ignorowany, bo wydaje nam się, że jak pasy nie spadają z dziecka, a zapięcię ‚kliknęło’ to wszystko jest ok. A okazuje się, że to bardzo istotny element bezpieczeństwa i zbyt luźno dociągnięta uprząż również może nam ‚zresetować’ gwiazdki z testów w przypadku kolizji.

– Testem sprawdzającym czy uprząż jest prawidłowo dociągnięta jest na przykład tak zwany test szczypnięcia – poprawnie naciągniętego pasa powinniśmy nie móc ‚uszczypnąć’ tzn złapać pomiędzy palec wskazujący a kciuk.

– Naciągając pasy zbieramy je najpierw z bioder, a dopiero później naciągamy wyżej.

– Ważne jest aby za każdym razem przy wyjmowaniu dziecka luzować uprząż i przy każdym instalowaniu małego Pasażera naciągać ją ponownie. Poza pewnością, że za każdym razem naciąg pasów jest prawidłowy zabieg ten ma jeszcze jedną zaletę – zapewnia prawidłową pracę mechanizmu naciągającego (nieużywany może po jakimś czasie przestać działać prawidłowo).

(Zgroza jak pomyślę jak jeździliśmy wcześniej, bez tej wiedzy…)

 

Nasza droga do wyboru właściwego fotelika była dość długa. Mam nadzieję, że ten post pomoże komuś skrócić jego własną i podjąć tę bardzo ważną decyzję. Bo czy jest coś ważniejszego niż bezpieczeństwo tej najważniejszej dla nas osoby?

Profilaktyka próchnicy

– Należy unikać kontaktu śliny dorosłego z jamą ustną malucha, czyli nie oblizywać smoczków, łyżeczek, nie całować w usta, itd itd. ze względu na ryzyko przeniesienia bakterii odpowiedzialnych za przenoszenie próchnicy

– Zęby malucha czyścimy od momentu pojawienie się pierwszego ząbka, a wielu stomatologów zaleca nawet wcześniejsze czyszczenie dziąseł za pomocą mokrej gazy lub

– Istotne jest również czyszczenie języka ze względu na ilość znajdujących się na nim bakterii

– Stomatolodzy zalecają przecieranie jamy ustnej dziecka wilgotną gazą po każdym posiłku, w tym po każdym karmieniu piersią, ale bądźmy uczciwi – ile osób rzeczywiście tak robi?

– W profilaktyce próchnicy istotne jest również jak najszybsze odzwyczajenie dziecka od smoczka, oraz od picia z butelki ze smoczkiem, w tym przede wszystkim od nocnego popijania (to główna przyczyna tzw. próchnicy butelkowej

– O ograniczeniu słodyczy i dosładzania pokarmów wspominać chyba nie trzeba

– Po wypiciu kwaśnych soków czy napojów gazowanych dobrze jest przepłukać usta czystą wodą, aby usunąć nadmiar kwasów z jamy ustnej. Nie zaleca się natomiast mycia zębów bezpośrednio po spożyciu kwaśnych pokarmów czy napojów, gdyż może to powodować powstawanie mikroubytków w szkliwie.

– Spożywanie kilku porcji warzyw i owoców dziennie jest istotne nie tylko na konieczność dostarczenia do organizmu odpowiedniej porcji witamin, ale również ze względu na to, że podczas spożywania surowych warzyw i owoców wydzielane są większe ilości śliny (niektórym może w tym zakresie wystarczyć pomyślenie o materiałowych gryzakach 😉 ). Ślina natomiast, poza wypłukiwaniem resztek pokarmowych i kwasów z jamy ustnej, dostarcza również minerałów, które są wbudowywane w strukturę szkliwa wzmacniając je. Prawda jak pięknie to wszystko pomyślane? 🙂

 

Pierwszą wizytę u dentysty, w zależności od źródła, zaleca się między 12. a 18. m-cem życia dziecka.

U kilkulatka warto wykonać zupełnie bezbolesny zabieg lakierowania zębów

 

 

Źródło:

http://www.dentysta.eu

Diastema i przerost wędzidełka wargi górnej

Jeżeli martwi Cię diastema  (przerwa między zębami jak u Karolaka, Madonny, Kate Moss, Brigitte Bardot, Vanessy Paradis, Lary Stone czy Anny Paquin 😉 ) u Twojego malucha, to może pocieszy Cię fakt, że, u zupełnych maluchów, które nie mają więcej zębów duża przerwa między zębami to norma i, przynajmniej w przypadku mleczaków prawdopodobnie nie jest to cecha stała i zniknie wraz z wychodzeniem kolejnych zębów (dwójek, trójek itd). Wg niektórych lekarzy może być też pożyteczna, ponieważ oznacza więcej miejsca dla zębów stałych, które z reguły są większe i nie będą musiały się rozpychać.

Przyczyny diastemy mogą być różne – od obecności nadliczbowego zęba, przez brak zawiązka siekaczy bocznych (diastema rzekoma) aż po nieprawidłowy przyczep bądź przerost wędzidełka wargi górnej (wtedy mówimy o diastemie prawdziwej). Tę ostatnią czasem trzeba korygować chirurgicznie (jednak jeśli wędzidełko nie powoduje problemu parodontozy, to nie wcześniej niż po wyrżnięciu się stałych „trójek”, które są szerokie i często właściwie „ustawiają” zęby w szczęce) podcinając wędzidełko, ale często zdarza się też, że maluchy załatwiają to we własnym zakresie np podczas nauki chodzenia. Niefortunny, nawet niekoniecznie jakiś widowiskowy upadek może spowodować zerwanie wędzidełka. Jest wtedy dużo krwi trudnej do zatrzymania (bo to bardzo ukrwione miejsce) i jeszcze więcej strachu.

Tak mniej więcej było u nas kiedy dzień po wizycie u dentysty i rozmowie na temat wędzidełka Misiul lekko tylko przejechał buzią po dywanie i za moment bardzo spektakularnie zalał się krwią. Próbowaliśmy zatamować krwawienie kostkami lodu zawiniętymi w chusteczkę, obmywaniem zimną wodą… I niewiele to dawało. Każda próba jedzenia czy ssania powodowała ponowne zalanie krwią. Poszliśmy na spacer żeby go czymś zająć, żeby usnął a sytuacja miała czas okrzepnąć. Nie wyszło i biegiem lecieliśmy do przychodni. I trzeba było widzieć minę wszystkich mijanych przechodniów kiedy biegłam z wózkiem trzymając w ręku megazakrwawione chusteczki, a w wózku dziecko z buzią pełną krwi. Do tej pory dziwię się, że nikt nie wezwał policji 😛

W przychodni była tylko nasza nieulubiona pani doktor, która początkowo stwierdziła, że pewnie przygryzł wargę, a później spojrzał na niego, zrobiła przerażono-zdegustowaną minę i stwierdziła, że musimy zgłosić się do dentysty, lub do szpitala i że trzeba będzie szyć. Na szczęście Misionowa Babcia wpadła na sposób i obyło się bez szycia (wizja narkozy, szycia i zdejmowania szwów powodowała, że byłam bliska omdlenia, za to na Misiulu, z racji niewiedzy, nie robiło to najmniejszego wrażenia i kiedy już przestał płakać znów uśmiechał się szeroko do wszystkich buzią pełną krwi). Okazało się, że wystarczy zmoczyć materiałową chusteczkę zimną (!) wodą i dać poszkodowanemu do ssania jednocześnie w miarę możliwości uciskając krwawiące miejsce. Od tej pory takie upadki kończące się rozwaleniem dzioba zdarzyły nam się kilkukrotnie i sposób ten za każdym razem okazywał się skuteczny. Teraz reagujemy już mniej emocjonalnie (no ok, staram się przynajmniej :P), od razu sięgając po chusteczkę.

Inne rady dla ząbkujących

– pamiętaj, że maluch w tym trudnym dla Was obojga czasie bardzo potrzebuje Twojej bliskości i jest na pewno bardziej zmęczony całą sytuacją niż Wy, a jednocześnie jego jedynym sposobem radzenia sobie z sytuacją jest płacz i pakowanie do paszczy wszystkiego, co się do niej zmieści. Ty masz znacznie szerszy repertuar środków zaradczych – od utulania, przez zabawianie, po leki

– jeśli tak jak my masz „szczęście” trafić na egzemplarz z wbudowanym mechanizmem częstego zakrztuszania się, pamiętaj żeby w czasie wzmożonego ślinienia się Dzieć w nie leżał całkiem płasko – to rada z jaką nigdzie do tej pory się nie spotkałam, ale z własnego doświadczenia wiem, że przy takich specyficznych egzemplarzach może być ważna

– ząbkujące dziecko powinno więcej pić – malucha karmionego piersią należy częściej przystawiać, młodzieży karmionej sztucznie można podać chłodną wodę

– potrawy podawane dziecku w czasie bolesnego ząbkowania powinny być nieco chłodniejsze niż zwykle i mieć postać półpłynną

– objawy takie jak zasinienie błon śluzowych, wysoka gorączka, silna biegunka są wskazaniem do niezwłocznej wizyty u lekarza – nie muszą być objawem ząbkowania a np choroby

– wielkie ślinienie w 2.-3. m-cu życia niekoniecznie oznacza, że zęby już są na wylocie – to raczej sygnał, że pracę rozpoczęły ślinianki – do tej pory bezczynne, teraz zaczynają przygotowywać malucha do przyjmowania w niedalekiej przyszłości stałych posiłków.

– w czasie ząbkowania należy szczególnie uważać, aby dziecko nie złapało jakiejś infekcji. Infekcja dodatkowo może nasilić nieprzyjemne objawy ząbkowania

Inne środki stosowane przy bolesnym ząbkowaniu

Być może poszukując wiedzy na temat wszystkiego, co związane z dzieckiem, byciem rodzicem, itd, przeczytasz lub już przeczytałaś/-łeś, że dziecka nie należy faszerować lekami. To prawda. Jest wiele sytuacji, w których warto dać szansę zadziałać naturze, jak np w przypadku gorączki niższej niż 38 stopni, która jest reakcją obronną organizmu i ułatwia mu walkę z chorobą. Są jednak sytuacje, kiedy nie warto tylko w imię idei skazywać dziecka na niepotrzebny (czyli nie służący żadnemu pozytywnemu celowi) ból i cierpienie.

Jeśli już zdecydujesz się na podanie środków ułatwiających Tobie i maluchowi poradzenie sobie z bolesnym ząbkowaniem, oprócz wspomnianych żeli masz do dyspozycji również środki przeciwbólowe/przeciwgorączkowe/przeciwzapalne w syropie (z ibuprofenem, np.: Ibum, Ibufen) stosowane doraźnie, nie jako stały środek zaradczy, oraz środki homeopatyczne, takie jak:

Camilia – roztwór wyłącznie z naturalnych składników, stosowany doustnie, w pojemnikach jednodawkowych (minimsach), zawierający: rumianek pospolity (działanie przeciwbólowe i delikatnie uspokajające), szkarłatka (działanie łagodzące stany zapalne dziąseł), rzewień (o działaniu przeciwbiegunkowym) (źródło). Na różnych forach i w innych tego typu złych miejscach można przeczytać wiele pozytywnych opinii o tym środku, jednak należy zwrócić uwagę na to, czy dziecko nie jest uczulone na rumianek, który niestety dość częstym alergenem jest.

Viburcol  C – czopki homeopatyczne, w związku z regulacjami unijnymi od pewnego czasu dostępne wyłącznie na receptę

Osanit – granulki homeopatyczne dostępne wyłącznie na rynku niemieckim (czyli z pewnością skuteczne, jak słynny SabSimplex 😉 ), ale do dostania również w Polsce

Anbesol – dostępny w UK

Znam też osoby, które stosowały bardziej „profesjonalne” środki stomatologiczne, takie jak Sachol, ale nie wiem czy sama bym się odważyła, więc raczej nie polecam.

W przypadku wszystkich leków należy stosować się do zaleceń zamieszczonych w ulotce, nie stosować ich dłużej ani w większych dawkach niż jest to zalecane.

Żele na ząbkowanie

Jeżeli ktoś podczytuje prasę parentingową, głównie te tytuły mainstreamowe, to na stówę zdarzyło mu się choć raz natknąć na reklamę jakiegoś ‚cudownego’ remedium na bolesne ząbkowanie. Tu również producenci zadbali o to, żeby nie było nam najłatwiej i możemy wybierać spośród kilku przynajmniej produktów: Dentinox N, Bobodent, Calgel, Dentibaby. Teoretycznie obojętne który z nich zastosujemy, ponieważ we wszystkich środkiem znieczulającym jest lidokaina (różnić się mogą zastosowanymi substancjami pomocniczymi o działaniu przeciwzapalnym i odkażającym takimi jak: wyciąg z rumianku, wyciąg z ziela tymianku), ale w praktyce wygląda to pewnie tak jak ze środkami na kolkę – we wszystkich środkiem czynnym jest symetykon, ale powszechnie wiadomo, że najlepiej działa ten, który ma na opakowaniu wszystko po niemiecku 😉 Podobnie jest z żelami na ząbkowanie – zapytajcie konkretnego rodzica a usłyszycie, że tylko środek X jest skuteczny, pozostałe nie działają wcale. Problem w tym, że w przypadku każdego rodzica to X będzie oznaczało inny środek.

Ok, powiedzmy, że zdecydowaliśmy się już na któryś z tych środków. I w końcu, po dwóch miesiącach ślinienia się i tygodniu kataru nadszedł własciwy moment, żeby go zastosować. Ponieważ chcemy wiedzieć co zapodajemy swojemu potomstwu, najpierw rzecz testujemy na sobie. „Pasek żelu – wielkości ziarna grochu rozprowadzić i wsmarować w bolesne miejsce za pomocą czystego palca lub wacika”. Ok, bolesnych miejsc nie mamy, wsmarowujemy więc w pierwsze lepsze (acz swoje, rzecz jasna 😉 ) dziąsło.  Smak wprawdzie nie powala, ale jakiś efekt jest , trochę jakby nas zmroziło. Potem, empatycznie wczuwając się w swoje dziecko, dłuższą chwilę wywalamy jęzor i dokładnie oblizujemy posmarowane miejsce. Możemy mieć trochę problemu z obfitymś ślinieniem się na zawołanie (chyba że przypomnimy sobie te nieszczęsne gryzaki materiałowe :/), ale i bez tego wcześniejszy efekt po chwili jakby znika. Po kilku minutach nasze dziąsła nie pamiętają już żadnego zmrożenia, ani żadnych innych dodatkowych atrakcji. I teraz możemy rozpatrywać dwie możliwości – albo a./ nasze ślina ma inny skład/kwasowość/cośtamtakiego, że działa inaczej/mocniej i dlatego po efekcie ani śladu, albo b./ producent naprawdę uważa, że rodzic jest w stanie posmarowawszy dziąsła niemowlakowi powstrzymać go przez dłuższą chwilę od zeżarcia tego, co właśnie mu zapodał, aby lek zdążył zacząć działać.

W każdym razie cudów spodziewać się nie należy, warto natomiast uważać trochę i nie dać się ponieść emocjom nakładając 20 porcję żelu na obolałe dziąsła kiedy efektów brak. Nasza osobista dentystka stwierdziła, że wprawdzie środki te stosowane w ilościach zgodnych z zaleceniami są bezpieczne, to przedawkowanie lidokainy może mieć mało przyjemne skutki. Znów korzystając z uprzejmości Wikipedii uprzejmie donoszę, że:

„Zatrucie, po przedawkowaniu lidokainy objawia się nudnościami, wymiotami, obniżeniem ciśnienia i drżeniem mięśni. W ciężkich zatruciach pojawiają się drgawki, zaburzenia widzenia, zapaść i porażenie ośrodka oddechowego. U osób z zaburzeniami przewodzenia impulsów w sercu, może wystąpić zatrzymanie akcji serca.”

! Środków z lidokainą nie powinno się stosować również u dzieciaków z niektórymi problemami z serduchem.

Gryzaki

Skoro o gryzakach mowa, to warto na początku zaznaczyć, że duża część Małych Ekspertów odmawia używania tego, co zdaniem nas i producentów dzieciowego osprzętu (czy może nawet bardziej tych drugich) ma im przynieść ulgę. Niestety nie ma sposobu pozwalającego przed zakupem stwierdzić co będzie, a co nie będzie pasowało Twojemu osobistemu dziecku, więc jesteś skazana/-y na stosowanie metody prób i błędów. I tu wspomniani wcześniej producenci szyderczo się uśmiechają, bo w końcu od rana do późnej nocy myślą nad tym jak zapewnić Tobie i Twojemu dziecku jak największy wybór (a sobie, przy okazji, jak największy zysk, ale to, naprawdę, tak tylko przy okazji 😉 ). Mamy więc:

– silikonowe gryzaki wodne

gryzaki wodne

Producent: Tommee Tippee  

Natural TouchProducent: Nuby

które przed użyciem najlepiej schłodzić w lodówce (ale nie zamrażać!)

 

– gryzaki kauczukowe

Kauczukowy Hevea  Producent: Hevea

Podobno kauczuk ma inny posmak, podobno Maluchy lubią. Podobno, bo sama nie próbowałam, Misiul też nie miał okazji.

No i, dla tych, dla których ważna jest ekologia istotny może być fakt, że kauczuk jest biodegradowalny, silikon niekoniecznie.

 

– gryzaki w formie smoczków

Gryzak 2

            Producent: Tomme Tippee

Gryzaki RazbabyProducent: Razbaby

– gryzaki przypominające raczej zabawkę dla psa niż produkt dla dziecka:

gryzak 3

  Producent: Tomme Tippee

 

I znacznie wyżej cenowo:

– gryzaki drewniane:

Ważne żeby były z surowego drewna, a więc bez użycia farb i lakierów. Mogą być z drewna klonowego lub jesionowego, niektórzy producenci impregnują je naturalnymi środkami, np oliwą z oliwek.

Co istotne, drewno ma właściwości antybakteryjne i nie uczula, co istotne zwłaszcza w przypadku małych alergików.

O.B. DesignsProducent: O.B. Designs

Ten konkretny model jest jednocześnie gryzakiem, grzechotką i przytulanką. Występuje w różnych wersjach zwierzaczkowych

Kaszubebe2

Producent: Kaszubebe

Ten z kolei może służyć również jako naszyjnik dla mamy. Naszyjnik, który w razie potrzeby można ‚podgryźć’. O:

Kaszubebe

 

 

Little Sapling

Producent: Little Sapling

Koukku

Producent: Koukku

Tu z kolei jest część drewniana i część ‚obszydełkowana’ dla uzyskania dwóch różnych faktur, czyli dla każdego coś miłego.

– gryzaki materiałowe

U nas pewnie by się nie sprawdziły, bo na sam widok mam galopujący ślinotok, więc gdybyśmy z ząbkującym Misiulem połączyli siły moglibyśmy utonąć, ale jak widać są entuzjaści (w myśl hasła: jest popyt, jest podaż):

DandelionProducent: Dandelion

Under The Nile

Producent: Under The Nile

Tak, proszę państwa, to też są gryzaki. Wykonane z organicznej egipskiej bawełny.

I koniec na temat pluszowych gryzaków, bo będę musiała pójść po ścierkę i powycierać ten ślinotok z podłogi 😛

– gryzakowa biżuteria

Jeśli komuś spodobała się propozycja gryzakowej biżuterii od Kaszubebe, może znajdzie coś dla siebie u Teething Bling produkującej alternatywę z silikonu (dla ekoentuzjastów – nietoksyczne, 100% bezołowiowe, wolne również od ftalanów, BPA, PCV i lateksu)

Teething Bling

Producent: Teething Bling

Dla chcących podążać za trendami w ekorodzicielstwie – gryzak i naszyjnik bursztynowy jednocześnie (w rozmiarze dla malucha):

Naszyjnik Bursztynowy

Producent: Tula?

I tu warto podkreślić przeciwzapalne i antytoksyczne właściwości bursztynu, oraz długą listę innych jego zdrowotnych zalet (jak wydzialenie jodu i kamfory, co powoduje łagodzenie podrażnień i  ułatwia gojenie na przykład otarć w okolicy fałd skórnych; zwiększanie odporności na czynniki chorobotwórcze; pobudzanie systemu nerwowego, regulowanie pracy nerek i jelit dzięki kwasowi bursztynowemu; wszystkie informacje za: http://www.babytula.pl/)

( Ważna informacja na marginesie: bursztynu nie wolno wyparzać ponieważ pod wpływem wysokiej temperatury pęka)

A gdyby ktoś jednak był zwolennikiem raczej bransolet niż naszyjników oto ma możliwość nabycia Oh Plah! czyli gryzakowej bransolety wykonanej z nietoksycznego, bakterioodpornego plastiku jakości medycznej, wolnego od ołowiu, BPA, PCV, ftalanów i farb. O:

OhPlahProducent: Roundhouse Design Collaborative

I na koniec nieśmiertelna, zawsze modna, w niektórych kręgach absolutny must-have – żyrafka Sophie:

Żyrafa Sophie

Producent: Vulli

 

Jak widać jest w czym wybierać. Mimo to nasz Misiul póki co dał radę w zasadzie bez gryzaków (choć próbowaliśmy różnych). Najbardziej odpowiadały mu jednak nasze palce (nam niekoniecznie, ale to bez znaczenia chyba), choć był czas, że pomagał również masaż dziąseł szczoteczką nakładaną na palec:

Szczoteczka na palec

Producent: Canpol

Teraz, kiedy nasz osobisty tester ma już 11 zębów szczoteczka przeżywa swój renesans, z tym że teraz potrafi już zainstalować ją na swój własny palec 🙂

Schemat wyrzynania się zębów mlecznych

Schemat jest mniej więcej taki:

wyrzynanie się zębów

Źródło: czarodziej.pl

czyli (najczęściej) najpierw dolne, potem górne jedynki, potem dwójki (najczęściej górne), czwórki i dopiero trójki. Piątki, czyli ostatnie zęby mleczne pojawiają się zwykle dopiero po 1. urodzinach.

Co nie oznacza jednak, że jest to jedyna obowiązująca i właściwa wersja. Są dzieci, które już rodzą się z zębami (zdaniem specjalistów stan taki jest zaburzeniem i nosi nazwę dentes natales), lub u których zęby pojawiają się w okresie noworodkowym (dentes neonatales). Żeby nie było, że tacy mają łatwiej – zęby takie najczęściej mają niedorozwinięte korzenie  i najczęściej są usuwane przez ekstrakcję (czyli wyrywane po prostu) ze względu na to, że utrudniają karmienie i mogą stanowić zagrożenie dla malucha. Są też takie dzieci, które pierwszy ząb dostaną dopiero w prezencie na pierwsze urodziny. Niektórzy badacze wyróżniają aż 56 (!) różnych schematów wyrzynania się zębów mlecznych.

– Pełen zestaw mleczny to 20 zębów: 8 siekaczy, 4 kły i 8 trzonowców.

– Pierwsze objawy ząbkowania mogą pojawić się już w 3.-4. m-cu

– Cały proces kończy się około 30. m-ca życia (2,5 roku)

– Nie jest prawdą, że „im dalej tym łatwiej”. Za najbardziej bolesne uważa się wyrzynanie tzw. zębów „ocznych” czyli kłów górnych, inaczej „trójek”. Nazwa „ząb oczny” wiąże się z tym, że procesy zapalne korzenia wywołują objawy ze strony oka

– Wyrzynaniu się zębów trzonowych może towarzyszyć ból ucha, który czasem może być trudno rozróżnić z zapaleniem ucha środkowego.

– „W wieku około 5-7 lat rozpoczyna się okres wymiany uzębienia mlecznego na zęby stałe. Korzenie zębów mlecznych ulegają resorpcji (wchłanianiu) na kilka lat przed wymianą uzębienia, dlatego zęby mleczne ulegają rozchwianiu i w końcu wypadają ustępując miejsca zębom stałym. Kości szczęki i żuchwy intensywnie wzrastają, w związku z czym przestrzenie pomiędzy zębami mlecznymi powiększają się – okres ten nazywany jest często okresem ‚brzydkiego kaczątka).” (źródło)

– „Na kilka miesięcy przed pojawieniem się w jamie ustnej odpowiedniego zęba stałego dochodzi do wypadnięcia zęba mlecznego. Najczęściej pierwszymi zębami mlecznymi, które ulegają rozchwianiu i eksfoliacji są dolne siekacze przyśrodkowe – pomiędzy 5 a 7 rokiem życia. Kolejno rozchwianiu i wypadnięciu ulegają zęby sieczne przyśrodkowe górne (u dziecka w wieku 6-7 lat), a następnie zęby sieczne boczne dolne i górne, na ogół w wieku 7-8 lat. Pomiędzy 9. a 11. rokiem życia dochodzi do rozchwiania i wypadania pierwszych górnych i dolnych zębów trzonowych oraz dolnych kłów. Dziecko traci górne mleczne kły oraz górne i dolne zęby trzonowe drugie w wieku 10-12 lat. Należy pamiętać o tym, że przed pojawieniem się stałych zębów trzonowych, które najczęściej pojawiają się jako pierwsze, nie dochodzi do rozchwiania się i wypadania zębów mlecznych, ponieważ ich wyrzynanie ma miejsce za zębami trzonowymi mlecznymi. Często obecność ‚szóstek’ jest w związku z tym przeoczana przez rodziców.” (źródło)

– Twoje dziecko ząbkuje później niż jego rówieśnicy? Należy się tylko cieszyć – zdaniem specjalistów im później wyrżną się zęby, tym będą mocniejsze.

– Wcześniaki ząbkują średnio miesiąc później niż dzieci urodzone w terminie.