parentnik.pl

Mleko modyfikowane a karmienie piersią

W jednej z grup facebookowych, w których uczestniczę i z której bardzo wiele się uczę, po raz kolejny rozgorzała dyskusja o tym co lepsze – karmienie piersią, czy karmienie mm. I znów zrobiło się nieprzyjemnie i bardzo walcząco.

Kurka, zawsze przy takich dyskusjach mam wrażenie, że mamy karmiące mlekiem modyfikowanym oczekują, czy wręcz domagają się, żeby wszem wobec ogłosić, że mleko modyfikowane jest równie dobre jak mleko matki i że dla dziecka bez znaczenia jest (zdrowotnie, emocjonalnie, rozwojowo, jakkolwiek) czym się je karmi.
To trochę tak, jakbym poiła moje dziecko sokami w kartonikach a nie wodą mineralną, bo np woli/bo są tańsze/bo mam bliżej do sklepu z sokami/cokolwiek i oczekiwała, żeby wszyscy dookoła uznawali, że te soki mają dokładnie te same wartości, co dobra woda i zupełnie bez znaczenia, w jakimkolwiek aspekcie, jest, co mu podam. No choćbym stanęła na głowie, to nie będzie to prawda. Wybór, owszem, zawsze jest mój, ale nie mogę oczekiwać, że wszyscy wokół będą zakłamywać rzeczywistość, żeby tylko było miło, sympatycznie i poprawnie politycznie. I jeśli dokonuję takiego wyboru świadomie, wiedząc czym jest jedno i drugie i jaka jest przewaga jednego nad drugim, to powinnam również umieć przyjąć odpowiedzialność za to, że (z jakiegoś powodu) wybieram inne rozwiązanie niż to, które jest najlepsze. Do czego oczywiście mam absolutne prawo, bo przecież nigdzie nie jest powiedziane, że mamy zawsze wybierać najlepiej/najmądrzej/najzdrowiej. Jeśli akurat nie chcemy, to nikt nas do tego nie zmusi, bo niby w imię czego?
A jeśli z jakiegoś powodu, którego nie potrafię wymyślić, nie mam wyboru i moje dziecko musi ‚jechać’ na sokach z Kubusiem, to oczywiście, że będzie żyło, prawdopodobnie będzie zdrowe, może nawet, jak będziemy mieli szczęście ;), będzie miało zdrowe zęby, za to nie będzie miało nadwagi. Ale to mimo wszystko nadal nie będzie to samo, co woda.

W ten sam sposób wciąż mieli się temat cesarka vs poród naturalny. Moje Dziecko jest cesarkowe, nie dlatego, że chciałam, tylko z powodów fizjologicznych. Bardzo długo zajęło mi przepracowanie tego, że urodził się w ten sposób, bo wszędzie słyszałam, że porody naturalne są lepsze i bardzo mocno sama się na ten typ rozwiązania nastawiałam. Dziś już wiem, że dałam Mu z siebie w tym momencie wszystko, co mogłam i w tamtej chwili cesarka była dla nas jedynym właściwym (bezpiecznym) rozwiązaniem. Nie zmienia to jednak faktu, że w każdej innej sytuacji z pewnością lepiej byłoby dla Niego, gdyby urodził się naturalnie. I tyle. I moje osobiste doświadczenia, chęci, czy życzenia żeby było inaczej, niewiele tu zmieniają. Coś nas ominęło, z ważnych przyczyn, i moje zaklinanie rzeczywistości nie sprawi, że to ‚coś’ zniknie, przestanie istnieć, czy przestanie mieć znaczenie.

I myślę, że bardzo podobnie jest z kp i karmieniem mm.
I te walki będą trwać, dopóki my, jako ludzie, jako ludzkość, nie nauczymy się trochę pokory – tego, by z pokorą uznać, że: nie wszystkie nasze wybory (nawet te świadome) są najlepsze; nie mamy monopolu na rację; że choćbyśmy klaskali uszami, nie wszystko w życiu wyjdzie nam dokładnie tak jakbyśmy chcieli, nie wszystko się uda, nie wszystko możemy mieć – co nie znaczy, że to co nie wyjdzie i czego mieć nie możemy jest złe, gorsze, nic nie warte.

Stomatologicznie

Byliśmy dziś u dentysty. Szym był, znaczy się. Miał mieć naprawiane jedynki. W sedacji, bo podobno inaczej się takim młodym ludziom nie da. To znaczy, wszyscy dentyści z którymi rozmawiałam do tej pory (poza dr ‚ciocią’ Dorotą i tym dzisiejszym dentystą) twierdzili, że w tym wieku w ogóle się nie da. Bo młodzi ludzie za młodzi, bo nie współpracują, bo nie potrafią utrzymać otwartej buzi. Lapisowanie i koniec.
Wcale, że nie mają racji.
Uparliśmy się, że Szym nie będzie miał czarnych zębów; uparliśmy się, że potrafi współpracować… Cały tydzień ćwiczyliśmy z maseczką sedacyjną przed dzisiejszym zabiegiem. Okazało się, że nie zadziałało – nie zsedował się. Nie wiadomo dlaczego, czasem tak podobno bywa. Za to ‚na żywca’, z totalnym luzem dał sobie oczyścić zęby wiertłem, założyć wypełnienie, utwardzić, opracować. Przez cały czas siedział sam na fotelu. Kiedy doktor skończył i pozwolił Mu zejść z fotela powiedział: „Dzienty badzio!” i uśmiechnął się szeroko swoim nowym, przepięknym uśmiechem. Do tej pory jestem w mega szoku.
Kiedy widziałam, że z sedacji nici, a doktor sięga po wiertło i pyta Szyma czy wie, co będzie robił, przez moment myślałam, że zemdleję 😛 Albo ucieknę z gabinetu jak zacznie płakać, bo nie dam rady na to patrzeć 😛 A jak okazało się, że strach był tylko mój, a Szym z pełnym spokojem i ogromną cierpliwością przyjmuje to, co się dzieje, patrzyliśmy na siebie z Panem Tatą i z niedowierzaniem kręciliśmy głowami. Absolutny megamistrz!
Jedyny problem podczas wizyty, to niezbywalna potrzeba podzielenia się z doktorem wszystkim, co Mu przyszło do głowy:
– A ja mam w domu plakat z Parauszkiem.
– A lubię układać puzzle. 
– Mam mamusię i tatusia. I babusię. I Adasia.
– Jestem Szymon K.
– I mam w domu chipsy ( Doktor: ‚No to lepiej mi o tym nie mów.‚ :P)
– A potem pójdę na lody. Smerfowe. I nawet do galerii.
Itd, itd 😛
Ale jak poprosiliśmy, przy zakładaniu wypełnienia, żeby przez chwilę nie mówił, tylko otworzył szeroko buzię, to też wiedział o co chodzi. Tylko na moment przerwał odpowiadając, że: „Dobzie” i tym samym zmuszając doktora do ponownego osuszenia już częściowo wykonanej plomby 😛

Czemu to wszystko piszę? Bo jestem mega, mega, mega dumna z mądrości mojego Dziecka. I po to, żebyście nigdy nie słuchali, kiedy ktoś powie, że małym dzieciom nie da się leczyć zębów, a jeśli już, to tylko ‚na siłę’. Dzieci naprawdę wiele potrafią zrozumieć i na wiele się zgodzić jeżeli wytłumaczy im się co i dlaczego trzeba zrobić. A nasze strachy są tylko naszymi strachami.

Szymowi pewnie w ogóle nie przyszło do głowy, że można bać się dentysty. I mam nadzieję, że tak już zostanie.. 🙂

Medycyna Bardzo Naturalna

Najlepszy sposób na turboszybkie wyleczenie początków przeziębienia u Dziecka?
Kilka godzin absolutnego szaleństwa z Tatą – siłowanek, wspinaczek, przerzutów, wygłupów i nieustannego śmiechu. Megaskok endorfinowy, odporność level master. Po gorączce ani śladu.

„Medycyna” bardziej naturalna chyba nie istnieje 😉

Bajka

Dziecięcie moje opowiedziało mi dziś bajkę:

„Dawno, dawno temu, żyła sobie malutka królewna. Nazywała się Bibi Pet. I była też żaba… która skakała jak orzeł. Pewnego razu ta żaba zamówiła pizzę. I zjadła całą sama. Koniec.”

 

Poziom abstrakcji u trzylatków jest mistrzowski 😀

Przyjaciele

Kiedy moje Dziecko mówi mi, że:

„jesteśmy Przyjaciółmi”

i że:

„Mamuś, Siniś ci pomoże, oczywiście. Od tego są przyjaciele.”

to wiem, że zmierzamy dobrą drogą 🙂

Bez puzzli nie da rady

– Szymek, a chciałbyś w domu małą dzidzię?
– Taaaaaa..  A czy dzidzia umie układać puzzle? Nie wydaje mi się. Siniś nauczy.

Identyczna jest reakcja na pytanie:
– Szymuś, a chciałbyś mieć pieska?
– Taaak! A piesek umie układać puzzle? Chyba nie, przecież nie ma rączek. Ale Siniś go nauczy. Może na przykład pazurkami.

Tym samym, warunek sine qua non, to umiejętność układania puzzli. Dla wszystkich, którzy mieliby kiedykolwiek pojawić się w naszym domu 😉 I brak rączek, czy jakiekolwiek inne utrudnienia natury psychofizycznej nie są usprawiedliwieniem 😛

Gadu-gadu

Odkąd się urodził czekałam na ten czas. Oboje czekaliśmy – i ja i Pan Tata. Na czas, kiedy już będziemy mogli sobie pogadać. Na fascynujący etap: „A co to jest?„, „A dlaczego?„, „A po co?„. Na przeurocze przekręcanie słów i wymyślanie nowych. Czekaliśmy długo, bo Prezes wcale nie był taki chętny, żeby komunikować werbalnie (bo pozawerbalnie to zupełnie co innego 😉 ). Jakąś taką blokadę miał i nie chciał powtarzać słów, nie chciał mówić, dopóki nie miał pewności, że będzie umiał powiedzieć wyraźnie i tak, że na pewno zostanie zrozumiany. Do tej pory zresztą jak powie coś niewyraźnie i dopytujemy: „Mógłbyś powtórzyć?„, zawstydza się i mówi „Yyy na na na… nic” 😛
Od jakiegoś czasu jednak tak rozpędził się z mówieniem, że przestałam zapisywać nowe słowa. Bo mówi już wszystko. I mówi zdaniami. Rozmawia z nami jak kilkulatek i prawie codziennie rozkłada nas jakimś tekstem na łopatki. Zachodzę wtedy w głowę: „skąd On zna takie słowa/zwroty/wyrażenia??„. I nieustannie jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak szybko udaje Mu się opanować tak zupełnie abstrakcyjne słowa jak „zaraz„, „wczoraj„, „za minutę„, „rzeczywiście„, „to niesamowite„, „na przykład„, „zapomniałem/już pamiętam„.
Jak łatwo przychodzi Mu używanie takich niuansów językowych, które trudno wytłumaczyć. Opowiada mi, że „nie czuje się najlepiej„, albo „nie może się doczekać”.

Jest w przeuroczo prosty sposób szczery:
– Co to jest? Nie mam pojęcia?

Coraz częściej zamiast imion, zaczyna używać zaimków: ja, ty:
Zamienimy się? Ty układasz Miki, a ja Donalda. Może być taka zamiana?

Wspaniale radzi sobie z modulowaniem głosu, z wyrażaniem przez samą tylko intonację całej gamy uczuć.

Potrafi być cudownie stanowczy:
– Szymuś, zjesz jeszcze kaszki?
– Nie.
– A może trochę?
– Mamuś, posłuchaj: nie.

I wspaniale motywujący:
– Babuś, posłuchaj: umiesz! Mamuś, posłuchaj: też umiesz!

Kiedy coś Go naprawdę zachwyci, mówi:
– Mamuś, w życiu takiego nie widziałem! Ani w życiu!
albo
– W całym swoim życiu tego nie widziałem!

Tak też odpowiada kiedy zapytam kto np zrobił dziurę w drzwiach (dziura powstała jeszcze przez Prezesem, kiedy panowie od naprawy lodówki wynosili ją do serwisu 😉 ):
– To nie wina Sinisia. Ani w życiu!

Do tej pory nie mamy pojęcia gdzie poznał słowo „nuda”:
– Mama zaraz przyjdzie i pojedziecie wózeczkiem do miasta.
– Wózeczkiem? To będzie nudaa…

A najbardziej chyba lubię, kiedy mówi tak jak wczoraj, jak wychodziłam do sklepu:
– Siniś przytula mamusię. Będę tęsknił za mamusią…

A ja wiem, że już za chwilę będę tęskniła za tym czasem…

O bezproblemie

W autobusie zobaczył pomazany fotel:
– O!
– co, Kochanie?
– Malu, malu.
– Tak, ktoś pomalował.
– To nic… trzeba umyć.
– Tak, Kochanie, trzeba umyć.

Uwielbiam w Dzieciach to, że dla Nich nie istnieją żadne ograniczenia. Nic nie jest niemożliwe. Stłukło się? To nic, babcia na pewno naprawi. Nie mamy czegoś? Nie szkodzi, kupimy. Pojedźmy do Ameryki, najlepiej jeszcze dziś. Polećmy w kosmos, dotknijmy gwiazdy. Pójdźmy nad morze, na nóżkach, Tatuś. Spotkajmy postać z bajki. Przejdźmy przez ścianę. Poprawmy ‚wczoraj’. Nie da się? Jak to się nie da? Dlaczego?

Stary McDonald na farmie miał sheep

Szym układa farmę:
– O, tu konik. O, krówka… … Mamuś, tu nie ma sheep!

 

Innym razem, przez pół dnia słuchaliśmy:

People w autobusie up and down, up and down, up and down

Na zmianę z:

drzwi w autobusie open and shut, open and shut, open and shut” 😀

Oto jak się kończy puszczanie dziecku piosenek na youtube 😛

Wieczorne refleksje nad książką

Czasem, kiedy już uda mi się pokonać wyrzuty sumienia pod tytułem: tyle jeszcze powinnam zrobić, oraz: powinnam zająć się czymś pożytecznym, lubię usiąść sobie z książką i zanurzyć się w innym świecie, być przez moment gdzieś indziej, poznać czyjeś życie, myśli, punkt widzenia. I są takie książki, z których trudno mi później „wyjść”, które długi czas siedzą we mnie, gdzieś pomiędzy głową a żołądkiem. Z jednej strony to bardzo dobre książki, skoro nie dają o sobie łatwo zapomnieć i przejść do kolejnego tytułu, tylko wciąż od nowa zmuszają do refleksji. Z drugiej zaś – to niedobre książki, bo burzą mój spokój, mój poukładany świat. Jedną z takich książek jest „Krucha jak lód” Jodi Picoult – skończyłam ją kilka dni temu, ale wciąż siedzi gdzieś z tyłu głowy i zmusza do przemyśleń nad kilkoma fundamentalnymi rzeczami. Jak zwykle zresztą u Picoult, której książki uwielbiam za tę właśnie cechę. I za to, że nie są tendencyjne – autorka każdej ze stron pozwala się wypowiedzieć, przedstawić swoje racje, argumenty, a czytelnik może do pewnego stopnia sam zadecydować o tym, kto tak naprawdę jest czarnym bohaterem.

Krucha jak lód

„Rodzice oczekujący narodzin dziecka mają tylko jedno życzenie: żeby było zdrowe. Charlotte i Sean O’Keefe także wybraliby zdrowie dla swojej córki – gdyby tylko mogli. Nie mieli jednak takiego wyboru, ich życie stało się pasmem bezsennych nocy, rosnących długów. Zupełnie nieoczekiwanie stają przed pytaniem: a gdyby o chorobie Willow było wiadomo odpowiednio wcześnie? Czy zdecydowaliby się na usunięcie ciąży?
Niezwykle emocjonująca i głęboko poruszająca powieść Jodi Picoult ukazuje rodzinę żyjącą z nieprawdopodobnym ciężarem, walkę o utrzymanie rozinnej jedności oraz potężną siłę miłości.

(opis z okładki książki)

– Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla miłości?

– Czy wszystko można usprawiedliwić działaniem z miłości?

– Co jest ważniejsze – miłość do dziecka, czy miłość do współmałżonka?

– Czy można kochać zbyt mocno?

– Czy wyrazem miłości jest uwolnienie drugiej osoby od cierpienia, czy raczej patrzenie na to, jak codziennie próbuje zmagać się z życiem?

– Czy rodzice, którzy wiedzą, że ich dziecko dotkliwie cierpi jeszcze przed urodzeniem i będzie cierpieć przez całe swoje życie, o ile przeżyje poród, mają prawo zdecydować się na terminację ciąży?

– Czy urodzenie dziecka bardzo poważnie niepełnosprawnego, „za wszelką cenę”, jest wyrazem miłości do niego?

– W którym miejscu leży granica uszkodzeń płodu tak poważnych, że usprawiedliwiają późną aborcję?

To tylko niektóre z pytań, które wciąż pojawiają się w mojej głowie po lekturze „Kruchej jak lód„. I na żadne z nich nie ma łatwej odpowiedzi. Ani łatwej, ani jednej, wspólnej dla wszystkich. Tak jak świat nie jest czarno-biały, a to, co pozornie wydaje się wygraną, może okazać się wielką porażką. Pewnie trzy, albo cztery lata temu, kiedy jeszcze nie byłam matką, odebrałabym tę książkę trochę inaczej. I mam wrażenie, że teraz była dla mnie, wbrew pozorom, trudniejsza. A zakończenie… cóż, zakończenie wbija w fotel chyba niezależnie od momentu, w którym obecnie się w życiu znajdujemy. Bardzo polecam, jeśli ktoś ma ochotę zmierzyć się ze swoimi przekonaniami na temat poświęcenia, rodzicielstwa, małżeństwa, aborcji i kilku innych, pomniejszych kwestii.

 

Krucha jak lód” uświadomiła mi jeszcze jedną rzecz – jak wielkie ryzyko podejmują ludzie decydujący się na dziecko; jak wiele rzeczy może pójść nie tak i jak wielkim szczęściem, o którym zwykle nie pamiętamy, jest fakt, że dziecko urodzi się po prostu zdrowe. Nie piękne, proporcjonalne, nad wyraz inteligentne, czy sprytne. Po prostu zdrowe. Zawsze po zderzeniu z takimi historiami mam wielką ochotę iść do mojego Dziecka i tulić Je z całych sił, przez całą noc, dziękując za to, że jest.