parentnik.pl

Me-me

Bawimy się. Budujemy, czy coś. Odwracam się na moment tak, że nie widzę co robi Pan Prezes. Wracam do zabawy, a Szefunio wyciąga przed siebie palec wskazujący.

Ooo! – mówi i szeroko się uśmiecha.

Co tam..?

Me-me – i cieszy się jeszcze szerzej.

Koza?

Taa! – uśmiech ma naprawdę od ucha do ucha 🙂

Siaaam!

I oto nadszedł ten dzień, kiedy nasz, jeszcze wczoraj – mogę przysiąc, zupełnie maleńki Syneczek, stał się nagle zaskakująco samodzielnym chłopcem, który wszystko chce robić „siaam!„.

Siaaam! – mówi też pokazując na mnie, kiedy proszę żeby pozbierał samochodziki.

Nie Kochanie, Szymek zbiera autka, bo Szymek rozrzucił. Mówimy Szymek sam, a mama – sama. – Że też matka musi zawsze namieszać…

Siama – odpowiada, pokazując paluszkiem tym razem na siebie 🙂

 

Siam – krzyczy i biegnie przed siebie na spacerze; siam – woła przy obiedzie, łapiąc za łyżkę; siam – wskazuje na siebie z dumą, kiedy skończy układać puzzle.

Siam buduje wieże i domy (koniecznie z dachem! 🙂 ) z klocków; siam lepi z ciastoliny… Wszystko robi siam i tylko mama musi siedzieć obok i nie ma mowy, żeby poszła sprzątać w kuchni. Musi siedzieć i podziwiać jak Szymiś siam! 🙂

Mały Kucharz

Jedną z ulubionych ostatnio zabaw naszego Prezesa (poza robieniem nieziemskiego bałaganu gdzie tylko się da) jest gotowanie. Gotować lubił od zawsze. Zaczął od prostych rzeczy – jako całkiem jeszcze mały człowiek dostawał garnuszek i łyżkę i mieszał. Mieszał i mieszał, a jak Mu się znudziło to uderzał… ekhm, no dobra – walił w garnek ile tylko sił miał w rękach. Mniej więcej w tym czasie zaczął też ujawniać swoje fascynacje muzyczne, a konkretnie – perkusyjne. W ruch poszły wszelkie pokrywki, którymi można fantastycznie trzaskać o siebie robiąc przy tym nieziemski hałas (to zdecydowana zasługa Prababci, która odkryła przed Nim fascynujący świat bolącego-w-uszy-trzaskania, a która, jako że ma dość słaby słuch i trzaski te koszmarne są dla Niej tylko jakimś delikatnym stukaniem, nie umiała nigdy zrozumieć naszego braku entuzjazmu dla tej rozrywki). Niedługo później Prezes wykazując się wrodzonym sprytem (po mamusi, no przecież 😉 ) odkrył jeszcze jeden sposób dręczenia naszych uszu – metalowa pokrywka rzucona na podłogę wydaje megafajny i megagłośny dźwięk, zwłaszcza jeśli wspomniana podłoga to gres, tudzież inne płytki. A jak jeszcze upadnie tak, że przez dłuższy czas się kręci i hałas trwa i trwa, to już w ogóle pełna euforia. No ale nie o zdolnościach muzycznych naszego dziecka miało być (tym razem 😉 ).

Wraz z rozwojem umiejętności manipulacyjnych, poza mieszaniem zaczął dodawać różne tajemne składniki – a to przypadkowo napotkany klocek, a to chrupka, która akurat znalazła się pod ręką, a to gumowy smerf… Potrawy zaczęły być urozmaicone.

Później przyszedł czas na degustację – każdy, absolutnie każdy, włączając to obecne na swoje nieszczęście psy i koty, musiał spróbować przygotowanej potrawy.

Od niedawna centrum eksperymentów kulinarnych Prezesa przeniosło się z przypadkowo napotkanych ‚składników’ na równie przypadkowo łączone elementy prawdziwego jedzenia. Należało więc sprawdzić co się stanie gdy:

– nalejemy napój z jednej szklanki (sok pomarańczowy) do drugiej (herbata). Wynik: mina matki wskazuje, że error.

– nasypiemy matce soli do herbaty, bardzo intensywnie potrząsając solniczką, żeby na pewno zdążyć zanim się zorientuje. Wynik: ponownie error, sądząc po minie: większy niż poprzednio.

– wrzucimy kawałek bułki do przypadkowo napotkanej szklanki z jakimś napojem. Wynik: lekki error, ale nic specjalnego.

– wrzucimy szklanego kabaszona do herbaty. Wynik: brak reakcji, więc chyba spoko, choć matka popsuła eksperyment, bo wyjęła zanim się rozpuściło.

– rozmażemy po stole wszystko, co uda nam się napotkać w okolicy (przykładowo: sos do spaghetti, resztka kaszki, herbata, sól). Wynik: error ze względu, że matka się wtrąciła i znów popsuła

I tym podobne.

Chcąc mieć choć odrobinę kontroli nad zachowaniem Prezesa (a może bardziej nad wyglądem kuchni) wystarczy zaproponować Mu własną małą patelnię, albo garnek i kilka składników, które będzie sobie mieszał. Najlepiej jeśli są to te same składniki, z których akurat przygotowuje się obiad, wtedy Prezes jest szczęśliwy, że ma to samo, czyli traktuje się Go poważnie.

(Drobna dygresja niemal na temat – od dłuższego czasu, kiedy potrzeba przygotować sos czosnkowy, Prezes obiera a później wyciska z Tatą czosnek. Prawie prawdziwy, bo chiński (albo wietnamski?). Radzi sobie świetnie. I tylko bardzo zdziwiony i rozczarowany był, kiedy któregoś dnia znalazł w zabawkach filcowy czosnek z zestawu warzyw z IKEA. Mimo olbrzymich nerwów Prezesa nijak nie dał się obrać :P)

 

Od kilku dni Prezes wszedł na jeszcze wyższy szczebel kulinarnych umiejętności – zaczął piec. Wszystkie potrawy jakie przygotuje wkłada do piekarnika, zamyka drzwiczki, w sobie tylko wiadomych konfiguracjach naciska przyciski do ustawiania czasu pieczenia, po czym otwiera piekarnik i wyjmuje gotową potrawę (w tym cudnym świecie fantazji nie ma czegoś takiego jak czas pieczenia – pieczenie trwa dokładnie tyle ile życzy sobie Prezes. Ach jakże Mu tego zazdroszczę 🙂 ). Często zaznacza od razu, że potrawa jest gorąca i trzeba podmuchać. Ale nie ma to tamto – trzeba dmuchać i jeść. Nie można odmówić. A żeby było jeszcze straszniej, za jednym razem trzeba zjeść 6-7 świeżo przygotowywanych potraw. Bez marudzenia!

 

(Żeby nie było zbyt idealnie – jak każdy Szef Kuchni Prezes miewa też wpadki – przedwczoraj na przykład chciał wyciągnąć garnek. Chciał tak bardzo, że razem z garnkiem wyciągnął niechcący 3 duże porcelanowe misy. Ponieważ jednak nie uwzględnił ich w swoich planach, misy znalazły się na podłodze. Nie wyszły z tego spotkania zwycięsko – zamiast 3 mis nagle zrobiło się dużo różnej wielkości kawałków. I tym sposobem w szafce zrobiło się znacznie więcej miejsca, a matka uznała, że jeszcze chwila i czeka ją wypoczynek na oddziale zamkniętym…)

Zaskakiwacz

Czasem jest tak, że przez pewien czas Twoje dziecko nie czyni żadnych spektakularnych postępów, nie nabywa nowych, zupełnie zaskakujących umiejętności (poza wciąż zaskakującą umiejętnością robienia coraz większego bałaganu) i wydaje Ci się, że się nie zmienia. Mój wniosek po blisko dwuletnim doświadczeniu z jednym z takich małych kolesi jest taki – niechybnie oznacza to, że lada moment zrobi coś, po czym wyskoczysz z butów z wrażenia.

Od poniedziałku mamy wakacje. Siedzimy sobie od rana do wieczora u Pradziadków Prezesa, a właściwie w Ich ogromnym ogrodzie. Jesteśmy na powietrzu jakieś 6-7 godzin dziennie i nie nudzimy się ani ciut-ciut. Ja nie mam kiedy biegając za Prezesem, a Prezes dlatego, że:

– codziennie czeka na Niego Jego osobista piaskownica z czystym piachem i mnóstwem zabawek

– oraz basenik z wodą (i, z incjatywy Prezesa, odrobiną piasku i kilkoma liśćmi, dla urozmaicenia krajobrazu)

– jest też huśtawka, a w zasadzie dwie – jedna plastikowa, druga drewniana -jedna służy do bujania rekreacyjnego, druga do usypiania w niej

– są dwa psy

– jest dwóch Wujków, popołudniami Ciocia, a przede wszystkim Dziadzio i Babcia, czyli fantastyczna publiczność, przed którą można się popisywać w nieskończoność i do utraty tchu – tańczyć, śpiewać, podskakiwać, rzucać się na ziemię, śmiać się głośno, kopać piłkę, zakładać Dziadziowe kapcie i szusować w nich jak na nartach, trąbić na lejku i robić mnóstwo niestworzonych rzeczy

– są poziomki, maliny, agres i porzeczki a wszystko dosłownie na wyciągnięcie ręki. Można wreszcie nauczyć się jeść owoce a nie pluć nimi na odległość.

Są też desery z owocami, bo grzech nie skorzystać i nie dorzucić kilku świeżych malin do jabłek z biszkoptami.

 

Jest więc słońce, woda, piasek, są wspaniali ludzie – czego nam chcieć więcej? 🙂

I takie właśnie warunki są idealne do eksplozji nowych umiejętności.

 

Siedzimy sobie dziś po południu w kuchni a Prezes bawi się w pokoju kubkami po jogurtach. Nagle słyszę jak mówi do siebie: „Mama-mama, baba-baba, dziadzia-dziadzia”. Zanim zdążyłam się zastanowić, o co może chodzić, przybiega i ciągnie mnie za rękę do pokoju. Po drodze łapie też Babcię. W pokoju każe nam usiąść na krzesłach (każdy ma wyznaczone miejsce) i biegnie po Dziadzia. Na stole, przy każdym krześle ustawiony jest jeden kubeczek po jogurcie. Kiedy już wszyscy siedzimy, zadowolony Prezes przynosi sobie z drugiego końca pokoju mały stołeczek i również siada przy stole, choć nieco z boku. Bierze jeden z kubeczków i pokazuje nam, że mamy pić. Przygotował dla nas popołudniową herbatkę :))

Zaskoczyła mnie mocno ale i ucieszyła ogromnie ta Jego absolutnie własna inicjatywa, zainspirowana podpatrzonym najwyraźniej niedzielnym zwyczajem, kiedy to Dziadzio po obiedzie przygotowuje dla wszystkich herbatę i zwykle pijemy ją przegryzając ciastem. Zachwycona Babcia natychmiast pobiegła ukroić ciasto. Dumny z siebie Prezes dalej dzielnie sprawował swoją funkcję i nie pozwolił nikomu wstać od stołu przed zjedzeniem kawałka ciasta i wypiciem swojej ‚herbatki’.

Nie spodziewałam się, że już tak wspaniale potrafi bawić się w udawanie. Ale to kolejny argument za tym, że dzieci nie trzeba uczyć bawić się, bo świetnie radzą sobie same i tylko czasem potrzebują pokazania jeszcze innych możliwości 🙂

Leniwa matka

Są takie zdania, które ktoś powie może bez zastanowienia, może trochę złośliwie, a których później nie sposób zapomnieć, choćby się bardzo chciało. I tak ktoś kiedyś zarzucił mi, że niby czytam tyle książek o wychowaniu, a i tak kiepska ze mnie matka, bo moje dziecko nie posługuje się jeszcze sztućcami, nie przepada za pokarmami, które trzeba gryźć, nie bawi się klockami i nie rysuje. Moje dziecko miało wtedy niecałe dwa lata. Dziś ma prawie dwa lata i umie budować piękne wieże z klocków, wspaniale bawi się w sklep, świetnie parkuje autka w garażach z pudełek, cudnie opiekuje się swoimi pluszowymi przyjaciółmi karmiąc ich, czytając im książeczki, pokazując jak się buduje z klocków, całując w nosek i przytulając. Nadal raczej rzadko je używając sztućców, ale świetnie radzi sobie ze wszystkim, co można zjeść trzymając to w ręku. Wtedy to po prostu nie był Jego czas. Potrzebował jeszcze chwili. Niektórym dzieciom pewne rzeczy przychodzą szybciej, a innym szybciej przychodzi co innego. Po prostu na czym innym koncentrują swoją uwagę, co innego ma dla nich priorytet. Uważałam, i nadal uważam, że dziecko nie jest naszym projektem, który można zrealizować wg przyjętych założeń. Nie warto forsować jakichś swoich pomysłów, założeń, nie warto mieć z góry przyjętych oczekiwań, tylko dlatego, że inne dzieci w tym wieku już coś robią. Każde dziecko jest indywidualnością, jedyną i wyjątkową osobą z własnym tempem i programem rozwoju. Możemy je wspierać, pokazywać różne możliwości, ale jednocześnie pamiętając cały czas o tym, aby szanować Jego aktualne potrzeby, pomysły i ograniczenia i akceptować Je takim, jakim jest. Nawet jeśli nie mówi tyle, ile byśmy się spodziewali, nie bawi się tak spokojnie, jak na to liczyliśmy, nie umie liczyć do dwunastu jak sąsiadka z podwórka. Jego czas też nadejdzie. We właściwym (dla Niego) czasie.

Dlatego przeciwna jestem uczeniu dziecka ‚sztuczek’, którymi można pochwalić się przed rodziną i znajomymi, a które tak naprawdę mają niewielkie znaczenie dla Jego aktualnego rozwoju. Dziecko to nie małpka w cyrku, którą hoduje się, żeby bawiła publiczność. Ufam tym przekonaniom, wedle których natura wie, co robi i  dziecko, które znajduje się w odpowiednio bogatym (w bodźce) środowisku, samo potrafi wybrać z niego to, co jest mu aktualnie potrzebne, a forsując własne pomysły i wyprzedzając tę naturalną kolejność, możemy uczynić więcej szkody niż pożytku, gdyż młody umysł zajęty spełnianiem naszych oczekiwań i uczeniem się nowych ‚sztuczek’, pominie coś, co jest naprawdę istotne.

 

I niby to wszystko wiem i wiem, że moje dziecko potrafi wszystko, co jest Mu aktualnie niezbędne do szczęścia, a mimo to, po tych kilku zdaniach zrobiło mi się tak strasznie przykro jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Niewiele potrafię sobie wyobrazić zdań, które potrafiłyby mnie tak zranić…

Rzecz o posiadaniu dzieci

Tak się czasem zastanawiam mówiąc „mamy dziecko„, czy to my mamy Jego, czy On ma nas. Czy On ma nas po to, żebyśmy pomogli Mu odnaleźć się w tym dziwnym świecie i zrobić wszystko tak, żeby był szczęśliwy, czy my mamy Jego, bo… No właśnie, bo jeśli to drugie, to mamy problem. Ludzie powinni decydować się na dziecko wtedy, kiedy są gotowi poświęcić drugiemu człowiekowi zupełnie bezinteresownie swój czas, pieniądze i mnóstwo innych pomniejszych cech. Absolutnie nie po to, żeby liczyć na zwrot z inwestycji w przyszłości. Ani nie po to, żeby drugi człowiek spełniał ich niespełnione ambicje, plany, marzenia. Od spełniania własnych ambicji i marzeń mamy własne życie. I zupełnie tak samo ma Mały Człowiek. Naszym zadaniem, jako rodzica, jest pomóc Mu określić co jest dla niego w życiu ważne i jak to osiągnąć.

Dlatego strasznie irytują mnie pytania – Czy posiada pani dzieci? Nie, proszę pani, bo dzieci nie są do posiadania, tylko do kochania. Posiadać można dom, samochód i inne rzeczy, bez których tak naprawdę można żyć. Bez dzieci natomiast nie wyobrażam sobie życia. Więc nie ma pani dzieci? Nie, proszę pana, to dzieci mają mnie.

Podobno ideałów nie ma…

Minęły prawie dwa lata odkąd mam to szczęście być mamą mojego Syna, a ja wciąż jestem w nim szaleńczo i bezgranicznie zakochana, bezkrytycznie niemal zapatrzona i wciąż zdarza mi się wzruszać do łez, kiedy coś powie, uśmiechnie się, lub nawet spojrzy. Wciąż trudno mi uwierzyć w taki ogrom szczęścia.

Podobno nie ma ideałów, ale cóż poradzę, kiedy moje osobiste Dziecko jest tak bliskie tego określenia. I wszystko w Nim jest tak niemożliwie piękne. Aż zastanawiam się, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku, skoro zachwyca mnie od blisko 700 dni, każdego dnia bardziej, mogę patrzeć na Niego godzinami i zastanawiać się jak to możliwe, że trafił nam się taki ekstra gość. Nikt mnie tak nie rozśmiesza do łez i bólu brzucha i nikt mnie tak nie wzrusza, do słów grzęznących w gardle.

I jak to możliwe, że każdego dnia jest jeszcze fajniej??

 

Dziś bawiliśmy się w basenie, na balkonie. Jedną z rozlicznych zalet mieszkania na parterze jest to, że kiedy Prezes siedzi w basenie i cały balkon pływa, to nikomu zupełnie to nie przeszkadza. No, może poza kotami, które za kąpielami nie przepadają i wolałyby się wygrzewać na suchych płytkach. W każdym razie, to zupełnie inny rodzaj rozrywki niż w zeszłym roku, kiedy Prezes chwilę posiedział w wodzie, porozglądał się na boki i wyciągał ręce żeby Go zabrać w inne rejony i proponować inne rozrywki. Teraz Prezes mógłby właściwie nie wychodzić z wody i przez cały dzień uprawiać naprzemiennie: skoki do basenu, przelewanie wody z kubeczków do miski, rzuty piłeczkami do siatki, obroty w wodzie i udawanie foki, ślizganie na tyłku przez całą, niezbyt spektakularną ale zawsze, długość basenu. Tudzież: wylewanie wody na podłogę, wylewanie wody za balkon, rzucanie mokrą tetrówką gdzie popadnie, wyciskanie ociekającej wodą tetrówki nad podłogą, wyrzucanie kubeczków za balkon, wyrzucanie makaronu za balkon („a-a”, czyli że dla ptaszków niby) i tym podobne rozrywki.

A ile można znaleźć zastosowań dla dużej miednicy w ciągu ok. 3 minut? Otóż co najmniej 9:

– wrzucanie piłek do miednicy

– nalewanie kubeczkiem wody do miednicy

– kręcenie w/w tak, żeby kręciła się też woda wewnątrz niej

– polewanie się wodą po twarzy, głowie i wszystkim innym poprzez uniesienie miednicy i obrócenie jej do góry dnem

– miednica jako łódka, do której można wsiąść i próbować płynąć

– albo położyć ją bokiem i schować tylko stopy

– albo do góry dnem i zrobić z niej bębenek, na którym świetnie się gra

– albo czapkę, względnie skorupę żółwia

– w ostateczności może być też sposobem na schowanie się, kiedy założy się ją przodem na twarz.

 

Chciałabym mieć Jego kreatywność 🙂

O świetnym wózku wpis niesponsorowany

Zbieram się do tego wpisu już od szalenie długiego czasu. I wraca do mnie przy każdym spacerze. I na każdym spacerze obiecuję sobie napisać zaraz po powrocie, bo a nuż się komuś kiedyś przyda. A potem zapominam, jak zawsze.

Jakiś czas temu w konkursie organizowanym przez magazyn GAGA wygrałam wózek. Całkiem fajny – Quinny Yezz:

Yezz

 

To ten sam model, który można dostać czasem w promocji za 1 zł przy zakupie innego wózka, albo kupić samodzielnie za jakieś 6 stówek.

Wygrałam go jakoś niedługo po tym jak kupiliśmy innego Quiniacza – Zapp Xtra, jako docelową spacerówkę. Yezz miał więc być takim kołem zapasowym, na wypadek gdyby gdzieś coś – Zapp się zepsuł, został u babci, czy coś. Szybko okazało się jednak, że to Zapp jest taką ‚zapasówką’, która jeździ w samochodzie, a Yezz stał się moim wielkim przyjacielem.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Zapp jest gorszym wózkiem – pod wieloma względami jest właściwie znacznie lepszy – poczynając od takich drobiazgów jak koszyk na zakupy na dole, przez dodatkowe ‚bajery’ w stylu przekładanego siedziska (to akurat ‚bajer’ z serii tych, z których naprawdę się korzysta, zwłaszcza w przypadku młodszych maluchów), skończywszy na możliwości rozłożenia go do pozycji leżącej. Yezz nie ma żadnej z tych cech (no ok, zamiast koszyka na dole, ma kieszeń z tyłu – małą i  o tyle niefunkcjonalną, że wszystkie kanciate rzeczy wbijają się małemu pasażerowi w plecy), ma jednak trzy inne zasadnicze zalety, które zdecydowały o jego miażdżącej przewadze, jeśli chodzi o codzienne wykorzystywanie w naszym domu. Jest megalekki (waży tylko 5 kg), megazwrotny (próbowałam prowadzić go dwoma palcami – da się 🙂 ) i składa się niemal jednym ruchem tak, że można go bez problemu zarzucić na ramię (ma nawet specjalny, przewidziany właśnie w tym celu, pasek).

yezz2

Dla mnie osobiście to właśnie jest jego największym plusem. W każdej chwili na spacerze mogę go złożyć i wejść do sklepu, w którym nie ma miejsca na wózek, z dzieckiem za rękę. Kiedy Szymek nie chce już siedzieć w wózku, tylko biegać po trawie, zarzucam Yezza na ramię i biegam z nim (no prawie, bo jednak 5 kg na plecach nie da się zupełnie nie odczuwać :P). Nie muszę się martwić, że zostawiłam wózek na chodniku i czy ktoś mi go przypadkiem nie gwizdnie. Nie ma też problemu z niedostępnymi miejscami – stromymi górkami podjazdami, schodami nie do przejścia – w każdym przypadku opcje są dwie – albo Szymek na nogach a ja z Yezzem na plecach, albo – i tu znaczenia nabiera pierwszy z wymienionych wcześniej argumentów – dźwigam Yezza z zawartością, co przy takiej wadze wózka nie jest jakimś wielkim wyczynem.

Znika również problem znoszenia/wnoszenia wózka po schodach, dla osób mieszkających w bloku. My wprawdzie mieszkamy na parterze, więc nigdy nie był to jakiś szczególny hardkor, niemniej znacznie przyjemniej jest zejść po prostu z dzieciem po schodach (Yezz znów siedzi na plecach) i wyjść na spacer, niż kombinować strategicznie jaka jest właściwa kolejność – dziecko – wózek, czy wózek  – dziecko, przy czym ta pierwsza tylko z pozoru wygląda na bezpieczniejszą, bo w przypadku starszych, już dwunożnych osobników umiejących się posługiwać klamką, akcja najpierw dziecko, potem wózek w części drugiej oznacza dziecko spitalające na ulicę czym prędzej się da (a czym prędzej to w tym przypadku: znacznie szybciej niż matka zdąży wrócić po wózek i starabanić się z nim po schodach).

Argumenty takie jak łatwość przechowywania, transportu i obsługi, miękkie rolkowe kółka, czy wytrzymała tapicerka wydają się już w takiej sytuacji mało znaczące.

Yezz3

 

 

Ale żeby nie było, że jest tak całkiem różowo (czy, jak w naszym przypadku, fioletowo 😉 ) – Yezz, jak wszystko, ma też wady. Oprócz wspomnianych wcześniej – czyli braku koszyka na zakupy i możliwości rozłożenia oparcia (no ale coś za coś, co nie? wszystkiego mieć się nie da podobno) jego główną wadą jest to, że jest stanowczo kiepskim wózkiem na zimę i śnieg. Małe kółka, które są bardzo spoko na chodnikach i ulicach niespecjalnie radzą sobie ze śniegiem. W zasadzie nie radzą sobie wcale i jazda przez duży śnieg wygląda jak pchanie tępych sanek.

Mało komfortowa jest też jazda po nierównej kostce i tzw. kocich łbach, których w centrum naszego miasta jest akurat sporo.

No, ale Yezz z większymi/dużymi kołami nie byłby już Yezzem. I nie dałby się pewnie tak łatwo zarzucić na plecy. Niech więc będzie jak jest – i tak go uwielbiam i uważam za genialny wynalazek 🙂

Nasz prywatny alfabet

A – 1. jak „a-a„, czyli ptaszki wszelkiej maści – kaczuszki, wrony, gołębie, łabędzie i Wielki Ptak z Ulicy Sezamkowej ;);

2. jak „ama„. Najlepiej od mamy, ale każde inne też może być „ama”

B – 1. jak „baba„, czyli babcia, albo babka z piasku

2. jak „ba-ba-ba„, czyli owieczka

3. jak „baa-baa-baba„, czyli Bob Budowniczy, znany też jako po prostu „Bob” 😉

C – 1. jak „cio-cia„. I od jakiegoś czasu każda napotkana młoda dziewczyna jest „ciocią”

2. jak „cie„, czyli chcę. Od czasu do czasu.

D – 1. jak „dziadzia” 🙂 Pradziadzio, tak dla ścisłości, ale „dziadzia” jest nie tylko ten osobisty (a nawet dwóch!), ale też każdy starszy pan w książeczce, oraz większość panów z wąsami tamże lub w bajkach wszelakich

2. jak „da„, czyli daj, najlepiej „ama” 😉

F – jak „fu„, czyli śmierdzi

H – 1. jak „hopa„, czyli podskoki, albo to nieszczęsne bujanie na nodze. Przydaje się też przy schodzeniu po schodach 🙂

2. jak „hopa„, czy raczej „chopa„, czyli chłopek – foremka do ciastoliny w kształcie ludzika 🙂

M – jak „mama„, no jakżeby inaczej 😉

3. jak „mniam-mniam„, czyli mniam-mniam 😉

2. jak „muu„, czyli krówka

3. jak „ma„, czyli nie ma

N – jak „niau-niau„, czyli kotek, który winny lub nie, jest odpowiedzialny za absolutnie wszystkie zadrapania, obojętne gdzie i w jakich okolicznościach się przydarzą

O – jak „o!„, albo „ooo!” nieodłącznie z wyciągniętym paluszkiem, przy wszystkich, najmniejszych nawet logach, gdziekolwiek. Przy wielkich, na dachach mijanych marketów, czy billboardach również

P – 1. jak „pa-pa” rozsyłane wraz z machaniem rączką przy każdej okazji – przy wyjściu na balkon, przy wysiadaniu z autobusu, z samochodu, albo zamiast ‚dobranoc’

2. jak „pa„, czyli pan

3. jak „pa„, czyli paw

S – 1. jak „serse„, czyli serce – drugie najpiękniejsze słowo na świecie, zaraz po ‚mama’ 😛

2. jak „suu!„, czyli sru – wielce wymowna werbalizacja np. rzutu 😉 (naumiane przez Babcię :P)

3. jak „Sosie„, czyli Cosiek z Klubu Przyjaciół Myszki Miki 😀

T – 1. jak „tata

2. jak „ta„, czyli tak

3.  jak „Tasia„, czyli (ciocia) Kasia. Od pewnego czasu „Tasia” jest synonimem słowa „ciocia” i wszystkie ciocie mają na imię „Tasia” 🙂

4. jak „to” i to i tamto – wszystko, co można pokazać palcem.

W – 1. jak „wu-wu„, czyli wujek

2. jak „wu„, czyli auto

Z – jak „ziu” czyli karuzela

 

Oprócz tego mamy przebogaty słownik ‚migany’, który często zrozumieć mogą tylko wtajemniczeni 😉

Ktoś może powiedzieć, że nasze dziecko mało mówi. Ale On absolutnie fantastycznie potrafi się komunikować ze światem na milion różnych sposobów i ma, wbrew pozorom, bardzo bogaty słownik.

Ktoś dziwił się ostatnio, że rozumiem wszystko (no prawie wszystko), co Szymek ‚mówi’. No spróbowałabym nie 😉

Czekając na jutro

” jutro jest kolejny dzień, może uda mi się go lepiej rozegrać 

– przeczytałam na blogu Dziecięce Klimaty. I to są słowa, których szukałam przez cały wieczór. Szukałam, nie wiedząc, że szukam. Znalazłam i jestem szalenie wdzięczna.

Każdy ma czasem taki dzień…