parentnik.pl

Posts Tagged ‘gadżety’

Wyprawkowo cz. 3 – O łóżeczkach prawie wszystko

Temat łóżeczek w zasadzie nie powinien mnie interesować, z dwóch powodów:
1. Mamy obiecane łóżeczko od siostry Małżona, jako że kuzynka Misiona jest już poważną osobą i zasługuje na swoje pierwsze ‘poważne’ łóżko. Problem wyborów wszelakich zatem, począwszy od koloru, przez rozmiar, po dodatkowe funkcjonalności zostaje zredukowany do zera (i dobrze :P).
2. W ramach wprowadzania w życie idei AP* (a po części, bądźmy szczerzy, również trochę z własnej wygody i niechęci do wstawania w nocy milion pięćset razy :P) zamierzamy praktykować co-sleeping, czyli spać z Misionem w jednym łóżku.

ale (ponieważ zawsze musi być jakieś ‘ale’ 😉 ), że ja generalnie lubię wiedzieć, a wszelkie tematy okołociążowe i okołodzieciowe są moją, każdego dnia odkrywaną na nowo, pasją życiową, to i ten temat zbadałam wzdłuż i wszerz.
(mój Mąż pewnie ma ochotę dopisać tu, że motorem moich działań jest nie tyle pasja, co nadmiar wolnego czasu i… może miałby trochę racji 😛)
Z moich obserwacji, poszukiwań i setek postów przeczytanych na kilku forach wynika, że mamy do dyspozycji dwie opcje podstawowe:
– łóżeczko drewniane
lub
– łóżeczko turystyczne (zyskujące coraz większą popularność jako łóżeczko stacjonarne, podstawowe)
A oprócz tego kilka opcji mniej popularnych:
– kołyska (dla całkiem „nowych”, ponieważ trochę więksi szybko przestają się mieścić, nie mówiąc już o tych całkiem sporych, którzy bardzo by chcieli, ale za nic nie mogą zmieścić nawet tej maleńkiej dupki 😉 )
– łóżeczko-dostawka, które jednym bokiem styka się z łóżkiem rodziców, stanowiąc w ten sposób jakby jego przedłużenie
– wspomniany już co-sleeping, czyli spanie z dzieckiem w jednym łóżku (ale o tym kiedy indziej 🙂 )

I trochę bardziej szczegółowo (dla bardziej zainteresowanych 😉 ):
– poszczególne parametry łóżeczek określa europejska norma PN-EN 716-1 (zgodnie z nią odstępy między szczebelkami nie powinny być mniejsze niż 2,5 cm i nie większe niż 6 cm, a boki powinny mieć wysokość co najmniej 60 cm)
– standardowe wymiary łóżeczek to: 120×60 cm i 140×70 cm
– wśród łóżeczek drewnianych można przebierać w niezliczonych modelach, różniących się: kolorem, wielkością, zdobieniami typu: rzeźbiony słonik, żyrafka (w wersji dla ekscentryków: aplikacjami z kryształków Svarowskiego)

oraz dodatkowymi funkcjonalnościami (i tu zaczynają się dylematy):
– z szufladą lub bez
– z biegunami/płozami lub bez, blokowanymi lub nie (funkcja kołyski)
– z wyjmowanymi szczebelkami lub nie
– z opuszczanym bokiem lub nie
– z dwoma lub trzema regulowanymi poziomami wysokości materacyka (przy czym nawet przy najwyższym poziomie głębokość łóżeczka powinna wynosić co najmniej 30 cm)
I tu, większość mam, których opinie miałam okazję poznać optowała za opcją: z szufladą i opuszczanym bokiem (bo nie trzeba się schylać, co jest szczególnie istotne zwłaszcza po cc). Drugą dużą grupę stanowiły mamy, dla których najlepsze jest to z szufladą i wyjmowanymi szczebelkami (bo starszy maluch może sobie sam wyjść z łóżeczka kiedy już się wyśpi i obudzi… gorzej jeśli zdecyduje się wyjść zanim się wyśpi i nie sposób nakłonić go do zmiany zdania :P).
Opuszczany bok jest przydatny również przy cosleepingu, jest jednak również dość mocny argument przeciwko takim łóżeczkom– w USA uznano je za niebezpieczne i zakazano ich produkcji oraz sprzedaży (w ciągu 10 lat odnotowano 30 przypadków uduszenia się niemowląt i małych dzieci w takich łóżeczkach). Więcej można poczytać tu.

A jeśli ktoś lubi designerskie i niestandardowe rozwiązania, za które jest skłonny sporo zapłacić, to też znajdzie coś dla siebie:

Bardzo funkcjonalne łóżeczko firmy Leander, do kupienia również w polskich sklepach (o np. tu ). Cena to: 4639 zł
Całość wykonana ze skandynawskiej brzozy, występuje w trzech wersjach kolorystycznych, materacyk jest z elastycznej pianki, obszyty wełenką, więcej można poczytać na stronie producenta


Również bardzo funkcjonalne łóżeczko firmy Stokke, które rośnie wraz z dzieckiem, do kupienia również w Polsce, np. tu, cena: 3449 zł (za wersję mini – okrągłą i średnią – owalną), za 999 zł można dokupić dodatkowe rozszerzenie do wersji junior.
O łóżeczku można też poczytać na stronie producenta .
Rozwiązanie samo w sobie bardzo fajne i bardzo praktyczne, tylko trzeba wziąć pod uwagę, że te łóżeczka mają bardzo niestandardowy materacyk, może być więc ciężko z ewentualną wymianą.

W każdym razie jeśli poszukujesz takiego rodzaju łóżeczka, które można później przerobić na tapczanik dla starszego dziecka, w trochę niższych cenach, to warto sprawdzić producentów takich jak Bellamy (model Greta), Klupś (model Bartek II), Pali (model Ciak).


Bartek II

Greta

Funkcjonalność łóżeczka może się objawić w jeszcze innym aspekcie:

Ciekawy pomysł do małych przestrzeni 🙂 Producent: Bloom Baby (dla zainteresowanych: model Alma), łóżeczko występuje w kilku wersjach kolorystycznych – natknęłam się na: białą, zieloną, pomarańczową, szarą, ciemny brąz.

A może łóżeczko, które przekształca się w biurko?

To projekt firmy BE, do kupienia np. tu

A tu już multifunkcjonalność – 1 mebel – 4 rozwiązania:

Producent: Castor&Chouca, cena: ok. 1300 euro – niespecjalnie drogo jak za tyle mebli ;))

I absolutny megahit, prawdziwe łóżeczko XXI wieku 😛 :

Cencio – pierwsze inteligentne łóżeczko:
– reguluje sen dziecka za pomocą zautomatyzowanego systemu bujania
– posiada wbudowany system regulowania cyrkulacji powietrza

– wbudowany system videomonitoringu

– podświetlenie na wybrany kolor
Totalne szaleństwo. Nie wiem (i chyba nie chcę wiedzieć) ile kosztuje, ale gdyby ktoś był zainteresowany: http://www.intellicot.com/

Łóżeczka turystyczne są trochę bardziej ujednolicone, jeśli chodzi o dodatkowe opcje, warto jednak przed zakupem zwrócić uwagę na to, czy istotne są dla nas takie rzeczy jak:
– jeden bok otwierany na suwak (podobna korzyść jak przy wyjmowanych szczebelkach)
– przewijak w komplecie (ze specjalnymi uchwytami, standardowe usztywniane przewijaki na łóżeczko mogą się w tym przypadku nie sprawdzić)
– pałąk z zabawkami
– pozytywka wygrywająca melodie (według wielu rodziców szalenie irytujące ustrojstwo, według tych obdarzonych lepszym słuchem – obfitujące w drażniące ucho dźwięki)
– uchwyty do przytrzymywania się przy wstawaniu (część łóżeczek ma je w standardzie, część nie – można je zakupić osobno na allegro, pod hasłem: uchwyty do kojca)
– regulowaną wysokość (2 lub 3 poziomy, na których można zaczepić materac)
– moskitiera nakładana bezpośrednio na łóżeczko lub półokrągła nad łóżeczkiem
– kółka przy jednym boku, ułatwiające rajdy tour de mieszkanie
– łatwość składania, ew. wielkość po złożeniu/poręczność
– waga łóżeczka (jeśli np. lubimy ćwiczenia atletyczne wykonywane ‘przy okazji’, to lepiej żeby było jak najcięższe 😉 )
Poza tym można dowolnie przebierać we wzorach, kolorach, nadrukach – pod tym względem wybór wydaje się zdecydowanie większy niż przy łóżeczkach drewnianych.
Moi faworyci w kategorii łóżeczek turystycznych (faworyci ‘platoniczni’, bo ze względu na cenę zakochiwać się w nich mogę tylko na odległość 🙁 ):


Samsonite Bassinnette w wersji 0-6 m-cy

i

Samsonite Bubble Cot w wersji do 24 m-cy

Coraz więcej mam decyduje się na zastąpienie łóżeczka drewnianego turystycznym na stałe, ze względu na jego mobilność, ale również samą specyfikę – łóżeczka turystyczne są ‘z natury’ miękkie, eliminują więc destruktorskie zapędy szczebelków drewnianych – ich przemożną chęć przygrzmocenia w głowę malucha, niebezpieczne wygięcie rączki lub nóżki, która przypadkiem się między nie zaplącze, itd. itd.

Czymś w rodzaju alternatywy jest również kołyska, mniej popularna, ze względu na to, że starcza na zdecydowanie niedługo. Z drugiej strony jednak jej zdecydowanym atutem jest to, że zajmuje niewiele miejsca i jest nieco bardziej mobilna niż łóżeczka drewniane.
Na szczególną uwagę zasługują moim zdaniem zdobywające coraz większą popularność kołyski tekturowe, doskonale wpisujące się w trend eko, a przy tym przeurocze 🙂

Takie rozwiązanie proponują m.in.:
Green Lullaby
Ale również:
Mothercare
oraz polska firma Kartooni, która oprócz kołysek ma w ofercie również różne inne, piękne, kartonowe meble 🙂
(Ponieważ kołyska Green Lullaby kosztuje ok. 370 zł, próbuję cały czas namówić Małżona, żeby skonstruował nam taką samodzielnie. To zdolny chłopak jest, a poza tym w związku z zakupami z kategorii AGD trafiły nam się bardzo sztywne, wytrzymałe kartony, które w tej chwili czekają za drzwiami aż moje namowy odniosą pozytywny skutek ;P)

Do tej kategorii, trochę „na siłę” można też zaliczyć zyskujące coraz większą popularność kosze wiklinowe, zwane ‘koszami Mojżesza’.

Do koszy można często dokupić też specjalne ‘nogi’, dzięki czemu nie musi on stać na podłodze. (Nie należy pozostawiać bez opieki kosza postawionego na stole albo na kanapie!)
Przy zakupie takiego kosza warto zwrócić uwagę na to, żeby:
– od środka był wyłożony materiałem, żeby dziecko się nie pokaleczyło
– uchwyty/ramiona czy jakkolwiek to nazwać, nie były zbyt długie (a w praktyce nie przekraczały 20 cm), a tym samym niebezpieczne dla maleństwa.

A gdyby ktoś był zauroczony kołyskami, ale preferował mniej konwencjonalne rozwiązania (a jednocześnie dysponował dość dużym, wolnym kapitałem 😉 ), to również ma w czym wybierać:


Bardzo futurystyczne kołyski Cascara firmy Baby Cot Pod, doskonałe dla fanów kreskówki The Jetsons 😛
Albo


Model Metro, tej samej firmy

A może:

The Rockid – kołyska połączona z fotelem bujanym? :> Dostępna w kilku kolorach, kosztuje 520$.

A skoro jesteśmy już przy takich łączeniach:

Pomysłowe połączenie kołyski i fotela – Koo firmy Lunar

A jeśli ktoś woli bardziej powietrzne klimaty:


Hushamok – raczej dla szczęśliwców dysponujących dużymi przestrzeniami. Cena: 536$
Alternatywnie rozwiązanie wspominanej już firmy Leander:


W wersji stojącej, nieco przypominającej teepee, lub w wersji podwieszanej pod sufitem 🙂
Do kupienia np. tu za 1339 zł
(Bardzo podobne rozwiązanie proponuje również firma Knoppa)

No i jest jeszcze kwestia materacyków, które to, okazuje się, są rzeczą szalenie dyskusyjną i właściwie już teraz nie wiem co wybrać… w każdym razie dowiedziałam się, że:
– najpopularniejsze są materace kokos-pianka-gryka, ewentualnie kokos-gryka
– ale występują też:
– pianka-kokos-lateks
– lateksowo-kanalikowe
– sprężynowo-kieszonkowe
– termoelastyczne
– piankowe – najprostsze, najzwyklejsze, na jakich wychowała się większość dzieci, zanim biznes dziecięcy na dobre się rozkręcił 😛

Każdy z tych rodzajów ma swoich zwolenników, którzy potrafią podać mnóstwo ich zalet, oraz przeciwników, którzy prześcigają się we wskazywaniu ich wad. Materace lateksowe są znacznie droższe, ale z drugiej strony są podobno „naturalnie antybakteryjne”, elastyczne i oddychające – ten typ materaców poleca np. pan Zawitkowski (co dla wielu osób jest istotne). Plusem lateksowych, poza wględami zdrowotnymi i prorozwojowymi jest to, że są nie do przesikania, w przeciwieństwie do tych ‘naturalnych’ – gryczano-kokosowych, które po takim wypadku nadają się niestety tylko do wyrzucenia.
Jeśli już jesteśmy przy materacach ‘naturalnych’ powinniśmy pamiętać, że przez pierwsze pół roku malucha układa się na stronie kokosowej (ponieważ potrzebują stabilnego oparcia), dopiero później na gryczanej. Część sprzedawców odradza materace gryczane, argumentując to dużą liczbą reklamacji na wychodzącą z materaca grykę (uwolnić się chce, skubana!), natomiast część położnych uważa materace kokosowo-gryczane za zbyt twarde dla „nowych”. Jeśli kupimy łóżeczko z innej firmy i materacyk z IKEI, może się okazać, że się nie polubią i wielkościowo nie dogadają nigdy (materacyk będzie o kilka centymetrów za duży i będzie to bardzo dobitnie okazywał), w związku z czym będziemy musieli zdecydować się na jeszcze jeden materac

Dla osób szczególnie zainteresowanych tematyką materaców do poczytania:
http://www.twoja-sypialnia.pl, http://www.marsen.com.pl, http://www.e-mieszkanie.pl

I pozostałe rady okołołóżeczkowe gdzie indziej niesklasyfikowane 😉 :
– samo łóżeczko warto kupić wcześniej niż ‘w ostatniej chwili’, żeby zdążyło się „wyśmierdzieć” z zapachu farb, lakierów, itp. (jeśli zakup taki przypadnie nam robić w zimie – na mrozie takie zapachy ulatniają się podobno szybciej)
– przed zakupem warto poczytać w internecie opinie na temat wybranego przez nas modelu – zdarzają się modele mniej udane, z kiepskim systemem składania/skręcania, z kiepskim dopasowaniem poszczególnych części. Poza tym warto poszukać informacji na temat określonej opcji kolorystycznej – w niektórych firmach zdarza się, że wersje ciemniejsze trafiają do finalnych odbiorców poobijane, z poodpryskiwaną farbą, które to ubytki w tym przypadku są znacznie bardziej widoczne.
– do standardowego łóżeczka 120×60 warto kupić ciut większą pościel, np. 100×135, ze względów czysto praktycznych – wystarczy zdecydowanie na dłużej, nie warto inwestować w pościel ‘na chwilę’, a wiadomo jak szybko dzieci rosną. A poza wymiarem praktycznym jest też wymiar estetyczny – w internecie jest większy wybór tego większego rozmiaru
– nie trzeba przygotowywać kompletu pościeli na powitanie malucha – przy „nowych” i przez kolejne pół roku nie używa się poduszki (ze względu na ryzyko uduszenia, a „nowym” i tak do szczęścia nie jest potrzebna), a w lecie zamiast kołderki używa się kocyka, albo pieluszki flanelowej, w pozostałych porach roku natomiast często praktyczniejszy okazuje się śpiworek, z którego coraz bardziej mobilny nowy człowiek na pewno nie zdoła się wykopać i tym samym spać „z gołym” tyłkiem dopóki go na tym nie nakryjemy. Więc generalnie śpiworek jest rzeczą nader praktyczną, którą warto mieć, i wcale niekoniecznie ten antybakteryjny Feretti za 150 zł.
Chociaż z kolei pościel Feretti jest bardzo polecana ze względu na jej jakość, jako „nie do zdarcia”. Podobno mimo wielu prań zachowuje miękkość, kolory i wszystkie inne potrzebne właściwości takie jak ciągłość materiału 😛 (co zdarza się stracić np. pościelom niektórych polskich producentów).
Mi osobiście szalenie podobają się zestawy firmy Blanca Baby, te z francuskiej bawełny, a zwłaszcza ten o:

i ten:

I taki mam nadzieję kupić za jakiś czas, jak już Mision stanie się pościelowym ludzikiem 😉

– warto za to zainwestować w kilka prześcieradełek (bo przecież różne rzeczy z różnych końców mogą nadejść nagle i niespodziewanie :P), najlepiej takich na gumkę. Z podczytywanych opinii wynika, że bawełniane są lepsze niż frotte (które podobno mogą powodować podrażnienia na buzi, kiedy dziecko leży na brzuchu), ale nie miałam jeszcze okazji sprawdzić tego w praktyce, więc to rada nie testowana.
– poza prześcieradełkami szalenie praktyczne są również nieprzemakalne podkłady pod spód. Pełnią funkcję bohaterską – ochraniają materac przed zaślinieniem, ulewaniem, nieszczelnymi pieluszkami 🙂 (ciekawostka: „nieszczelne” pieluszki podobno częściej zdarzają się u chłopców :>). Jest to o tyle istotne, że podobno taki przemoknięty materac potrafi bardzo nieładnie pachnieć i jest to zapach nie do usunięcia… tzn, jedynym sposobem jest usunięcie go wraz z materacem. Warto pamiętać też, że dużej części materaców nie można prać. Można w ten sposób zabezpieczyć również wózek.

Często polecane są te Ikeowe:

(dla niepoznaki nazwane na ich stronie ochraniaczami, dlatego umieszczam link, a gdyby postanowili go jeszcze bardziej ukryć i link przestałby działać, to nazywa się LEN ochraniacz pod materac i tak należy go szukać :P), po 20 zł za sztukę, lub, zdecydowanie tańsza alternatywa (niestety nie wiem jak to wygląda w relacji jakość/trwałość) – Canpol, w cenie ok. 2-3 zł (a jak się dobrze poszuka to i po 1,50 zł 😉 )

– same pościele (poszewki) powinny być tylko z bawełny (nawet gdyby syntetyczne były o niebo piękniejsze, bardziej designerskie i miały lepsze kolory – żadna z tych rzeczy nie spowoduje, że przestaną nadmiernie grzać i „przepocać” (przepacać? powodować zwiększoną potliwość w każdym razie) malucha), a wypełnienia jak najbardziej oddychające (z tych samych względów; często polecaną marką jest np. Ingeo).
– jeśli dziecko jest zdrowe łóżeczka nie ustawia się, wbrew obiegowym opiniom, pod kątem, na książkach, deskach, itd ponieważ powoduje to u malucha niepotrzebnie konieczność pracy mięśni przeciwdziałających zsuwaniu się (a po co go niepotrzebnie przemęczać 😉 ). Ale można zastosować ten chwyt jeśli dziecko ma refluks, dużo ulewa lub wymiotuje (choć oczywiście najlepiej skonsultować to najpierw z lekarzem lub farmaceutą ;), a najlepiej jakąś rozsądną położną, która podpowie ile książek podłożyć i które tytuły sprawdzają się najlepiej 😉 ).
– dla takich maluchów przydatna może być też poduszka-klin (o taka:

do kupienia w polskich sklepach i na allegro też, kosztuje ok. 25 zł)
– ochraniacz (czyli ta wąska część, którą umieszcza się wokół łóżeczka, w łóżeczkach szczebelkowych) przydaje się przy starszych maluchach, kiedy stają się bardziej mobilne i zaczynają się przemieszczać i eksplorować wzdłuż i wszerz przestrzeń łóżeczka. Ochraniacz zapobiega wówczas bolesnej eskploracji szczebelków za pomocą głowy. Z drugiej strony natomiast zbierają również nieprzychylne opinie jako zło zakłócające cyrkulację powietrza w łóżeczku, a tym samym mogące zwiększać ryzyko SIDS (dlatego też lepiej zrezygnować z nich u całkiem nowych ludzi, których mobilność i tak jest generalnie niewielka).
– ostatnio w IKEA widziałam też specjalne plastikowe osłonki na górną barierkę łóżeczka, taki swoisty gryzak. O taki:

Kosztuje 16 zł, gdyby postanowił się ukryć na stronie IKEA to należy go szukać pod hasłem: NOGA (uwielbiam te szwedzkie nazwy :D), gryzaczek do łóżeczka dziecięcego.
– z ciekawostek warto wspomnieć też o wkładce zapobiegającej odkształcaniu się główki niemowlaka – Lovenest firmy BabyMoov

Dodatkowo wkładka ta zapobiega przekręcaniu główki przez niemowlaka, co z jednej strony może i jest bezpieczne, a z drugiej – tak go usztywniać na siłę..?
Tak czy siak pomysł dość ciekawy i prawdę mówiąc rozważam go…
Gdyby ktoś był zainteresowany, do kupienia tu, w cenie 43 zł.
– i jeszcze jedna rzecz z kategorii niestandardowych rozwiązań – hamaczek do łóżeczka


Można kupić tu, kosztuje 80 zł i mam zamiar go nabyć i przetestować 🙂

 

Ufff… sporo tego, a jeszcze możnaby pisać i pisać… a może Wy znacie jakieś cenne rady dotyczące wyboru łóżeczka, o których tu zapomniałam..? 🙂

 

*AP – Attachement Parenting, czyli Rodzicielstwo Bliskości

Dziwne i zupełnie zbędne gadżety

Przeglądając strony internetowe dotyczące ciąży i macierzyństwa,oraz śledząc ofertę sklepów z artykułami dla rodziców i małych dzieci, natykam się czasem na przedziwne gadżety. Pomyślałam, że stworzę kiedyś swoją prywatną listę najbardziej absurdalnych artykułów dla dzieci. Lista ta jest oczywiście szalenie subiektywna* i zawiera gadżety absurdalne zarówno pod względem funkcjonalności, jak i na przykład ceny.

Kolejność jest dość przypadkowa, ponieważ nie byłam w stanie posegregować ich w jakiś sensowny ranking.

Z oferty polskich sklepów:

1. Wózek drewniany firmy Playsam:

Drewniany, do postawienia na półce. 226 zł. Do głowy przychodzi mi miliondwieście innych zastosowań 226 zł.

2. Współczesna kopia XIX-wiecznej słuchawki Pinarda, do słuchania dziecka w łonie mamy, firmy BamBamBaby:

59 zł. Niby niedrogo, ale… ani to ładne, ani fukcjonalne. Zdecydowanie wolę zwykłe usg, albo chociażby jakiś bardziej współczesny detektor tętna płodu.

3. Bilibo

Bardzo modna ostatnio micha, dla której podobno można znaleźć milion zastosowań – można w niej zjeżdżać, kręcić się, założyć na głowę, coś schować itd, itd… Myślę, że to samo można też zrobić ze zwykłą, plastikową michą marketową, która może nie otrzymała wielu nagród, tak jak Bilibo (w tym jako zabawka roku w Wielkiej Brytanii!), nie jest tak designerska, ale też nie kosztuje 89 zł (!).

(Chyba powoli wychodzę na skąpca… :P)

4. Złoty (opcjonalnie srebrny) smoczek firmy Elodie Details:

1 4 5 z (!)ł. Chyba ostateczny wyraz lansu na swoim dziecku. I znów przychodzi mi milion innych sposobów wydania tej kwoty, nawet gdyby miało to być 18 pudełek plasteliny.

5. Biały smoczek z przywieszką, również Elodie Details

99 zł. Abstrahując od wszystkiego – jestem naprawdę pełna uznania dla marketingowców tej firmy.

6. Praska/wyciskarka do jedzenia, The Whean Machine

Kosztuje 99 zł. Czy tylko mi jednej wydaje się, że to kolejny bardzo marketingowy gadżet, który w zasadzie niczym nie różni się od wyciskacza do czosnku, poza tym, że ma dodane drugie sitko, łyżeczkę i inaczej się nazywa..? No i kosztuje też inaczej.

7. Sztućce do nauki jedzenia firmy mOmma

mOmma to firma, którą skądinąd bardzo lubię, bo mają kilka bardzo fajnych rozwiązań. To wydaje mi się jednak średnio udane, tzn – mam wątpliwości czy aby na pewno maluchowi wygodnie jest chwytać (i próbować jeść nimi) takie mocno okrągłe sztućce?

8. Kask do nauki chodzenia, Ila Scotland Ltd, OK Baby

Osobiście jakoś nie wyobrażam sobie mojego Malucha w takim kasku. Zastanawiam się, czy nie jest mu w tym gorąco..? I, być może to zupełnie mylne, wynikające z braku doświadczenia, wrażenie, ale… czy to nie traktowanie dziecka jak, przepraszam za wyrażenie, przygłupa, który totalnie bezrefleksyjnie chodzi i wali głową w ścianę, tudzież stół, regał, czy cokolwiek innego? Owszem, zdarza się, że w coś przywali, ale przecież generalnie to cwane bestie, co wcale nie są takie chętne by wyrządzić sobie krzywdę, a od tego, by nie zrobiły sobie tego nieumyślnie, jesteśmy przecież my..? Czy może już nie..? Może powinniśmy już tylko podłączyć odpowiednie urządzenia i leżeć i patrzeć jak rośnie..?

9. Analizator płaczu dziecka, WhyCry Mini

A kiedyś był też taki analizator szczekania psów, tylko jakoś podejrzanie cicho o nim, jak na takie rewolucyjne urządzenie. Osobiście podchodzę bardzo sceptycznie, uważam, że dziecko to nie maszynka, która uruchamia się w jednym z 5 trybów i wystarczy włączyć takie urządzenie, żeby rozpoznać tryb i odpowiednio zadziałać. Wg producenta dziecko może być: śpiące, głodne, znudzone, rozdrażnione lub zestresowane. I już? Tak prosto? A który światełko się świeci, kiedy go coś boli..? Albo po prostu tęskni za mamą/tatą..?

I jeszcze bardziej szalone propozycje ze świata:

10. Baby Bangs – peruczki dla dzieci??

Jeśli Twoje dziecko nie urodziło się z burzą gęstych włosów, a Ty nie chcesz czekać aż w końcu się pojawią, za niespełna 30 dolarów możesz kupić opaskę (czy tę peruczkę nadal można nazywać opaską??), która zamaskuje tę ‚niedoskonałość’. Z ‚lekka’ przerażające. Rodzicom, których ten pomysł zachwycił, proponowałabym kupić po prostu lalkę – o wiele mniej kłopotu, a można dobrać wszystkie parametry (kolor oczu, kolor i gęstość włosów) zgodnie z życzeniem. No i można odłożyć na półkę jak się znudzi…

11. Torebki na wymioty

Dla mnie już trochę za późno ;), ale może któraś z przyszłych mam się zdecyduje. Przeurocze torebki (nomen omen, w sam raz do damskiej torebki) na poranne mdłości, a właściwie na ich efekt. Doskonały przykład na to, że biznes można zrobić absolutnie na wszystkim.

Dla zainteresowanych adres strony, na której można zakupić ten jakże niezbędny produkt: http://www.morningchicnessbags.com (jedyne 12,95$ za 20 sztuk 🙂 )

12. Perfumy Play-Doh

Może i gadżet, może i dziwny, ale… ja bym baardzo chciała 😛 Uwielbiam zapach oryginalnej ciastoliny Play-Doh 🙂 Cena: 18.99 USD

13. Wieszaczek na dziecko (!), Babykeeper Hanging Harness

Z serii: „potrzeba matką wynalazku” – gadżet, który będzie pewnie bardziej zrozumiały dla mam, które mają już dzieci i czasem wychodząc z nimi do miasta, muszą skorzystać z toalety. Co wtedy zrobić z dzieckiem? Zostawić przed toaletą? Nie bardzo. Zabrać ze sobą do kabiny? A co jeśli w strategicznym momencie ono zacznie przeciskać się pod drzwiami celem oddalenia się w bliżej nieokreślonym kierunku? Za jedyne 40 dolarów możesz pozbyć się tego probemu. Jestem pewna, że ktoś na bazie takich właśnie doświadczeń wpadł na pomysł stworzenia tego oto „wieszaczka na dziecko”. Co ważne – kabina wcale nie musi być wyposażona w wieszaczek na torebkę – ‚dzieciakowieszak’ instaluje się bezpośrednio na drzwiach. Genialne w swojej prostocie, ale chyba nie zdecydowałabym się na zastosowanie na moim prywatnym organizmie żywym 😉

14.  Baby Bottom Fan

Nie jestem w stanie tego wyjaśnić… pokonało mnie. Nawet nie wiem jak przetłumaczyć tę nazwę. Kosmos 😀

15. Mój Pierwszy Pisuar ;), Peter Potty Toddler Urinal

Dla tych, którzy z jakichś powodów mają trochę zbędnego miejsca w łazience i zwykły nocnik dla dziecka ich nie satysfakcjonuje. 40 dolarów, dostępny na http://www.petterpotty.com (podaję adres, bo nie wątpię, że ten oto niezwykły pisuar znajdzie swoich fanów ;P)

16. Babikini – pierwsze bikini młodej damy

Był gadżet dla chłopców, jest i dla dziewczynek – pierwsze bikini młodej elegantki, dostępne w cenie 30$ w rozmiarach już od urodzenia. I zastanawia mnie tylko jak pod to założyć pieluchę?? Czy może małe elegantki od początku nie używają takich rzeczy..? 😉

17. Nurse Me Tender – symulator karmienia piersią

Naprawdę wiele rzeczy jestem w stanie zrozumieć, ale… czy nie prościej po prostu kupić butelkę??

(Gdyby ktoś jednak reflektował: http://www.nursemetender.com, cena jeszcze nieznana)

18.  Chusteczka narękawkowa, Snoozie

Gadżet z serii lekko obrzydliwych. Ale pewnie jesteś w stanie go zrozumieć, jeśli kiedyś znalazłaś/-eś się w sytuacji zaglucony nos kontra brak chusteczki. Co nie zmienia faktu, że trochę fuj w momencie kiedy musisz skorzystać 😛 (11 dolarów, http://www.snoozie.com)

19. Ręczny Wspomagacz Chodzenia, Juppy Baby Walking Aid

Aż mnie wszystko zabolało jak wyobraziłam sobie takie ‚wspomaganie’ kilkadziesiąt razy dziennie… (29,95$ na http://www.onestepahead.com)

20. Skąd się wziąłem?, MamAmor

Urocza zabawka edukacyjna wyjaśniająca dziecku cud narodzin w sposób bardzo dosłowny i zapewniająca traumę na całe życie gratis 😛 (na http://www.mamamordolls.com można zobaczyć, że świeżo urodzone ‚maleństwo’ wyposażone jest również w pępowinę i łożysko. fullrealizm taki)

Jeszcze bardziej realistyczną i dosłowną wersję można kupić za 150$ na http://www.etsy.com/listing/28278101/childbirth-education-doll

21. Tekturowe łóżeczko

Niby wszystko fajnie – recycling, ekologia, ergonomia… ale 250 dolarów??!

22. Zaky Infant Pillow

Trochę dziwaczny, ale jednocześnie słodki gadżet 🙂

23. Jej pierwsze szpilki

Gadżet, o którym już kiedyś było głośno, dzięki Suri Cruise. Gadżet nie tylko niepraktyczne, co niezdrowy. To już chyba lepszy jest złoty smoczek.

24.  Tinkle Tube

Kolejny kandydat do nagrody najdziwniejszego gadżetu – wykorzystywany przy treningu czystości chłopców, ma zapobiegać obsikiwaniu deski sedesowej, ew. butów… Tzn, że co – przedłużka taka?? Czy naprawdę są ludzie, którzy tego używają??

25. Łożyskowy Miś

I jeden z najbardziej obrzydliwych gadżetów na jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek trafić – miś uszyty z łożyska, w formalinie. Nie obrażając nikogo – dla totalnych świrów…

26. Sedesowe rękawiczki ochronne, Potty Mitts

A to z kolei dla tych ze skrzywieniem w kierunku higieny 😉 Nie znalazłam tylko informacji czy te rękawiczki są jednorazowe. Zakładam, że tak, w przeciwnym razie byłoby to nieco sprzeczne w całości.

27. Siodło dla taty, The Daddle

Siodło dla taty. I cóż tu więcej napisać… Jak do tej pory obywaliśmy się bez tego gadżetu przy zabawie „w konika” ?? 😉

Po-Knee – wersja dla bardziej wybrednych.

28. Krajalnica do parówek

Gadżet z tej samej kategorii co wspomniana już praska do jedzenia. Nie wątpię, że niesamowicie ułatwia życie i oszczędza czas, ja chyba jednak wolałabym poświęcić te 30 sekund na pokrojenie parówki tradycyjnie, nożem i zaoszczędzenie w ten sposób tych 7$, które producent liczy sobie za ten cud techniki.

(I znów wychodzę na skąpca, w dodatku konserwatystkę 😉 )

29. Pee Pee Teepee

I tu musiałam dać aż dwa zdjęcia, bo gdybym zamiast zdjęcia opisała o co chodzi, to ktoś mógłby nie uwierzyć 😛 A chodzi, najogólniej mówiąc, o nieobsikiwanie rodziców podczas zmiany pieluchy. I teraz zagadka: odnajdź Pee Pee Teepee na zdjęciu drugim… 😀

30. Baby Mop

I klasyczny już niemal, japoński wynalazek – Baby Mop. Bo czemu nie połączyć przyjemnego z pożytecznym? 😉

Jest też trochę gadżetów, słodkich,  przeuroczych i absolutnie przepięknych (a przy tym często zupełnie prostych, acz funkcjonalnych), takich jak maty, kocyki, ręczniki, klocki, czy przytulanki, które kuriozalne stają się tylko ze względu na swoją cenę… Bo można kupić matę edukacyjną za 150 zł i można kupić taką za 500 zł (co często nijak nie przekłada się na jakość wykonania, czy ‚edukacyjność’ maty); można kupić śpiworek na 60 zł i taki, w którym którym metka z odpowiednią nazwą kosztuje kolejne 150 zł, za proste drewniane klocki można zapłacić 50 zł, lub 250, jeśli są ładnie opakowane i markowe (mimo, że z obu zestawów można zbudować miasto, zamek, statek i wszystko, co podpowie nam wyobraźnia i oba zestawy pomalowane są farbami bezpiecznymi dla malucha); do obijania, zamiast zwykłej pieluchy tetrowej, można używać specjalnych mat na ramiona, zamiast wyparzać butelki we wrzątku, jak kiedyś, można kupić sterylizator 5 w 1 za 500 zł, tylko… czy o to naprawdę chodzi?

Tak naprawdę tak wymieniać możnaby długo, długo… Bo rynek dziecięcy jest absolutnie szaloną częścią biznesu, z niekiedy kosmicznymi marżami i „kosztami metek”. Ale komu by się chciało to czytać. Wystarczy wejść na stronę dowolnego, dobrze wyposażonego sklepu z artykułami dla dzieci i dać się pochłonąć 😉

* być może dla kogoś są to szalenie funkcjonalne przedmioty i nie wyobraża sobie bez nich  normalnego funkcjonowania/właściwego wychowania/odpowiedniej opieki nad dzieckiem. Oczywiście szanuję to, ale mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie zrozumieć 😛