parentnik.pl

Posts Tagged ‘ruchy dziecka’

Czkawka

Mamy kolejną ‚pierwszą’ datę do zapamiętania – wczoraj pierwszy raz poczułam, że nasz Syn ma czkawkę 🙂 Zabrzmi to jak wyznanie wyrodnej matki, bo pewnie Jemu nie było z tym specjalnie przyjemnie (chociaż podobno takim maluchom czkawka nie przeszkadza… ale jakoś nie jestem przekonana, bo – czy któryś z nich komuś o tym powiedział?), ale – to megafajne uczucie! 😛

Zastanawiałam się kiedyś jak poznam, że to czkawka… bo przecież takie Misiony ruszają się często, w różne strony, ciężko rozpoznać nawet czy aktualnie naparzają własną matkę łokciem, piąstką, czy traktują kopem z półobrotu, a tu jeszcze rozpoznać czkawkę… Ale okazuje się, że to nic trudnego – czkawka jest całkiem (no dobra, może nie całkiem, ale znacznie) inna niż gimnastyczne popisy Misiona. Jest raczej jak bicie wielkiego serducha w brzuchu – delikatne, ale bardzo rytmiczne – ciężko pomylić z czymś innym 🙂

Ostatnio nasz Syn funduje nam sporo nowych wrażeń… Faajnie 🙂 Aż szkoda że takie rzeczy to dopiero w drugiej połowie, w której to już bliżej niż dalej do końca… Będę się upierać, że ciąża powinna być bardziej ‚interaktywna’ od początku – Ewolucjo, apeluję! Planujemy jeszcze siostrę dla Misiona… dasz radę to ‚ulepszyć’ w kilka lat? 😉

Siłą rozpędu

Okazuje się, że jednak całkiem nieźle znoszę tę ciążę, skoro w siódmym miesiącu jestem jeszcze w stanie: umyć okno w pokoju*, poodkurzać, umyć podłogi w przedpokoju, kuchni i toalecie, posprzątać całą kuchnię i powycierać kurze w łazience. Plany początkowe miały zdecydowanie mniejszy zasięg, ale jak już się rozpędziłam, to nie mogłam się zatrzymać. Za to jak już się zatrzymałam… Usiadłam. Na chwilę. I nagle w jednej sekundzie zaczęłam czuć zmęczenie każdym centymetrem mojego ciała. Każdym. Postanowiłam, że już nie wstaję 😛 Mision natomiast, wybujany przez cały dzień przez Matkę-Wariatkę, postanowił poszaleć i zapewnić mi trochę rozrywki. Leżałam więc, nie mając siły ruszyć ani nogą ani ręką i wpatrywałam się w brzuch, na którym co jakiś czas pojawiało się maleńkie wybrzuszenie.

Mision ciągle jeszcze ćwiczy nasz refleks i spostrzegawczość – ujawnia się tylko na sekundę, w różnych częściach brzucha i wystarczy chwila nieuwagi, ot rzut oka w innym kierunku, żeby przegapić tą fantastyczną manifestację Jego obecności. Za to przeszedł Mu chyba foch na Tatę, bo nawet udało Im się dzisiaj trochę pobawić 😉

Edit: Jest jeszcze jeden wielki plus wczorajszego zmęczenia – wyspałam się, jak już dawno nie 😛 Po raz pierwszy od bardzo dawna udało mi się megaszybko zasnąć i obudzić dopiero po 4. Czyli, że nie poduszki w kolanach, a wielkiego zmęczenia mi było trzeba 😉

 

 

* jednym, bo jak się okazało tuż po tym jak skończyłam, popełniłam paskudny falstart – panowie skończyli ocieplać tylko jedną połowę bloku i teraz z tej drugiej, nieskończonej, dmuchają kurzem, pyłem i styropianem w to moje czyściuteńkie, wypucowane do ostatniej smugi okno 🙁 )

Uzewnętrznienie

Małżon mój i Tata Misiona jednocześnie, rozmawiając dziś przez telefon ze swoim przełożonym miał okazję po raz pierwszy zaobserwować nową umiejętność swojego Syna – wprawianie mojego brzucha w ruch. Nie umiem opisać jego miny, ale była bezcenna 😀
A potem siedział, z zafascynowaniem wpatrywał się w brzuch i pukał do Misiona żeby powtórzył to raz jeszcze 🙂 A ja… nie dałam im szansy, bo dostałam takiego ataku śmiechu, że Mision nie miał szans na prezentację 😛
– No ejj, przestań, bo jesteś cała twarda i nic nie widać… No cicho…

A ja nie mogłam się przestać śmiać. I sama nie wiem, czy bardziej śmiałam się z Jego zaskoczonej miny, czy z radości, że z Misionem jest wszystko w porządku, nabiera sił i coraz wyraźniej daje nam znać o swojej obecności 🙂

W każdym razie – czekamy na więcej 🙂

„A ja rosnę i rosnę…”

Znów zapomniałam, że jestem w ciąży. Znów popełniłam falstart spiesząc się na autobus. Jak zwykle w niedoczasie zbiegłam po schodach i szybkim krokiem ruszyłam w stronę przystanku. I nagle stop. Potworny ból w dole brzucha skutecznie dał mi znać, że powinnam zwolnić. A właściwie całkowicie się zatrzymać, wziąć dwa głębokie wdechy i ruszyć dalej, znacznie wolniej. No zapominam, no. Mimo rosnącego brzucha i zadyszki przy każdym wysiłku, ciągle jeszcze ciężko mi, osobie nieustannie spieszącej się i zawsze-chodzącej-szybko, przyzwyczaić się do tego, że chwilowo „już nie jestem taka gibka” 😉
Ale to właściwie jedyny moment kiedy zdarza mi się zapomnieć. Bo tak poza tym, to moja ciąża już właściwie na każdym kroku daje się odczuć.
O na przykład kiedy ktoś dzwoni i muszę szybko udać się w dokładnie-drugi-koniec mieszkania, żeby zdążyć odebrać. Zwykle odbieram wtedy mówiąc: „uff-Ha-uff-lo-uff” i im bardziej staram się to krępujące „uff” ukryć, tym bardziej mi nie wychodzi 😛
Coraz większym wyzwaniem jest również znalezienie wygodnej pozycji do spania (eee, napisałam wygodnej? miałam na myśli – jakiejkolwiek umożliwiającej zaśnięcie). A kiedy wydaje mi się, że oto wreszcie jakimś sposobem udało mi się ułożyć i prawie odpłynąć, nagle, nie wiadomo dlaczego, ta pozycja okazuje się szalenie niewygodna i muszę natychmiast przekręcić się na drugi bok… I znów… I znów… I jeszcze raz…
I nagle jest już 4:30 i Mision rozpoczyna swój trening. A ja razem z nim. Tylko, że on ćwiczy kopniaki i przeciąganie się, a ja przygotowuję się do funkcjonowania w stanie permanentnego braku snu.
Ale póki co, jest ekstra 🙂

A dziś dodatkowo mamy dzień ‚rozpuszczania’. Zostaliśmy w domu sami ze świeżuteńkimi bułkami, pieczenią serową, rzodkiewkami ze śmietaną, czekoladą, lodami i pączkiem. I właśnie zabieramy się za nabijanie kolejnych kilogramów ;P

Rozmowy z brzuszkiem

Mam pewną nową teorię, której nie dam sobie wybić z głowy – ewolucja ewidentnie się zagapiła. Zajęła się czymś innym i jakoś wypadło jej z głowy, nie pomyślała, że… ruchy dziecka powinny być jakimś sposobem wyczuwalne od początku. Niekoniecznie tak od zewnątrz, ze względów bezpieczeństwa, ale od środka – czemu nie? Jakiś dodatkowy receptor, hormonalnie zwiększająca się wrażliwość czuciowa… no ja się nie znam, zresztą w końcu ona się tym zajmuje, a jak nie, to ma od tego ludzi (biologów i takich tam) 😛 Ileż by to zaoszczędziło nam wszystkim nerwów („czy on naprawdę tam jest? czy serduszko bije? nic jeszcze nie widać, nic nie czuję, nic nie wiem…”), nie mówiąc już o tym ile dostarczyłoby radości 🙂 Bo poza działaniem uspokajającym, te maleńkie kopniaczki mają też działanie zdecydowanie endorfinogenne (i pobudzające instynkt macierzyński przy okazji też 😉 ) 🙂 Póki Maluch prowadzi jeszcze bogate życie wewnętrzne i nie można go przytulić, nie ma nic piękniejszego niż obudzić się z ręką na brzuchu, pod którą Ktoś intensywnie daje znać: „hej, już nie śpię, zjedzmy coś” 🙂
Mam też namacalny dowód na to, że Misio ma, chcąc niechcąc, bardzo rozwiniętą zdolność empatii 😉 i odczuwa wszystkie emocje razem ze mną. Jak tylko czegoś się przestraszę (co w moim przypadku wcale trudne do osiągnięcia nie jest 😉 ), dostaję kopniaka, jakby chciał zapytać: „Mamo, o co chodzi? Czy to coś strasznego? Nie mogę sam zobaczyć, więc pogłaskaj mnie i uspokój”.
Z kolei kiedy się zdenerwuję, albo jest mi smutno, Misio siedzi cicho, jakby nie chciał przeszkadzać, czeka na lepszy moment, żeby ‚pogadać’. Nie lubię tych momentów, bo może jemu wtedy też jest smutno..? Poza tym – niech buszuje jak najwięcej, teraz, kiedy ma jeszcze trochę miejsca na harce, bo później będzie już coraz ciaśniej.
Na szczęście jak tylko zdążę się zaniepokoić, czemu jest tak spokojny i czemu się nie rusza, prawie natychmiast daje znać: „Spoko mama, jest ok, daję ci chwilę na powrót do siebie” 🙂

Czy kiedy już się uzewnętrzni, nadal będziemy się tak dogadywać..?

Już teraz wiem, że będzie mi brakowało tych naszych ‚rozmów’, tego rosnącego brzucha, tych wszystkich zmian… Dlatego staram się nie stracić ani jednego dnia na cieszenie się tym, co mam, licząc jednocześnie, że później będzie jeszcze fajniej 🙂

Hartowanie ;)

Nasz Maluch jest coraz silniejszy i coraz bardziej aktywny, w związku z czym coraz częściej i coraz mocniej czuję też jego ruchy (co oczywiście nie przeszkadza mi panikować, kiedy ma dzień mniej aktywny i czuję Go rzadziej :P). Wczoraj na przykład pierwszy raz nie dał mi spać, bo postanowił o 23.30 urządzić sobie trening i poćwiczyć kopniaki z półobrotu prosto w pęcherz. Trzeba mu przyznać, że celność ma całkiem niezłą (i tu najbardziej powinien ucieszyć się Tatuś, bo jest szansa, że właśnie trwa produkcja przyszłego następcy Messiego 😉 ).

Od kilku dni też upewniam się, że ze słuchem Misia jest chyba wszystko w porządku. Ponieważ ocieplają nasz blok, co rano budzą nas odgłosy wiercenia, wbijania, tudzież innych czynności budowlanych, które wykonuje się przy dociepleniach budynków, a które są mi zupełnie obce. Trafiłam nam się bardzo sprawna ekipa, panowie pracują bardzo szybko, ale też zaczynają bardzo wcześnie – o 7:30, od razu ‚z grubej rury’ 😛 Do tej pory wstawaliśmy „trochę” później, koło 9:00-10:00, teraz nie ma na to szans, ku niezadowoleniu i moim i Misia, który to daje temu wyraz ćwicząc ataki z półobrotu jeszcze intensywniej niż zwykle (może karateką zostanie, a nie piłkarzem? 😉 ). Znaczy się – słyszy. „Synku – myślę sobie – ty się ciesz, że te wszystkie prace trwają teraz, kiedy jeszcze jesteś w tym swoim, mimo wszystko całkiem nieźle wytłumionym mieszkanku, jako i ja się cieszę, bo gdyby tak zaczęli w lipcu i z jednej strony miałabym to nieustanne wiercenie, a z drugiej Twoje, pełne złości, krzyki, to osiwiałabym jak nic„… 😛

A tak, będzie miał ciepło, cicho… chociaż po takich atrakcjach do ciszy chyba nie będzie przyzwyczajony 😉

Najpiękniejszy kopniak w życiu

Sam nie przypuszczałem, że to uczucie może być takie cudowne. Takie lekkie pyknięcie w sam środek przyłożonej do brzucha dłoni, a jednocześnie niesamowicie mocny cios w środek mózgu: „Ono tam faktycznie jest!„.

Owszem, pierwsze takie sygnały były już na usg, no bo co może być bardziej klarowne niż podgląd na ekranie 🙂 ale namacalny dowód w postaci kopniaczka jest czymś zupełnie innym. To takie w sumie pierwsze dotknięcie, choć jeszcze przez matczyny brzuch, ale jednak – kontakt z Bobasem był 🙂

I tylko można zazdrościć własnej Żonie, że ma to na co dzień, że takie kopniaczki i sygnały odbiera cały czas. Cały? No właśnie… dotarło do mnie również, że w zestawieniu z całym życiem okres ciąży to tak mały fragment, że trzeba się starać przeżywać wszystko jak najintensywniej. Nie ma możliwości zapamiętywania uczuć, dotyku w sposób „dosłowny”, możemy jedynie pamiętać, że coś było przyjemne lub nie.. Ale takich samych reakcji i odczuć nie wywołamy w sobie przypominając sobie o czymś kilka lat później.

Zrozumiałem więc, że skoro ten rosnący brzuch jest tak cudowny w dotyku, i że jest tam moje Dziecko, które już wkrótce przyjdzie na świat, to ja powinienem jak najwięcej go dotykać, masować, głaskać i generalnie korzystać póki jest 🙂 Bo już za chwilę wejdziemy w kolejny, zapewne jeszcze piękniejszy etap, ale tu i teraz jest Brzusio :]

Kopniaki :)

Kocham szaleńczo tego małego Człowieczka, który we mnie mieszka, ale najbardziej chyba wtedy, kiedy czuję, że rzeczywiście tam jest. Kiedy delikatnie puka od wewnątrz i daje znać, że oto nie śpi 🙂

Pewnie nigdy nie dowiem się czy to co czułam już od jakiegoś czasu to rzeczywiście były jego ruchy, czy tylko moje ich wyobrażenie (a w rzeczywistości zachwycałam się ruchami jelit :P), ale dziś pierwszy raz poczułam to delikatne puknięcie pod ręką. I tu nie mogłam już mieć wątpliwości. To Ty 🙂