parentnik.pl

Posts Tagged ‘zakupy’

Historia drugiego fotelika, czyli jak bezpiecznie przewozić trochę większe dziecko

Do zakupu nowego fotelika, z wyższego przedziału wagowego przymierzaliśmy się od dłuższego czasu. Od baardzo dłuższego czasu. W tym czasie przeszłam małą ewolucję – od podejścia: ‚ten mi się podoba’, przez podejście: ‚ten ma najwięcej gwiazdek w testach’ aż po zgłębianie opinii biomechaników i praw fizyki, jako najbardziej obiektywnych wyznaczników poziomu bezpieczeństwa. Ponieważ fotelik to bardzo istotny zakup, w zasadzie znacznie ważniejszy niż wybór łóżeczka, bujaka czy krzesełka do karmienia, chciałam podejść do niego jak najbardziej świadomie i wybrać to, co zapewni rzeczywiście jak największe bezpieczeństwo mojemu dziecku.

Zaczynałam właściwie z punktu ‚0’, czyli nie wiedząc o fotelikach prawie nic, poza tym, że są podzielone na grupy wagowe i że przechodzą niezależne testy, w których oceniany jest między innymi poziom bezpieczeństwa jaki zapewniają. Starałam się więc jak najwięcej dowiedzieć, przeczytać, zobaczyć. I za każdym razem miałam wrażenie, że im więcej czytam, tym mniej wiem. Kolejne fora, opinie, komentarze, wyniki testów… wcale nie miałam wrażenia, że zbliżam się do momentu, w którym będę umiała podjąć decyzję, wręcz przeciwnie – czułam się coraz bardziej zdezorientowana. Nawet kiedy myślałam, że udało mi się już wybrać modele, które by mi odpowiadały i pozostaje podjąć decyzję, który z nich kupić, okazało się, że nawet wtedy nie jest to proste. Przymierz fotelik do dziecka, bo nie każdemu dziecku każdy fotelik odpowiada; przymierz fotelik do samochodu, bo nie w każdym aucie da się każdy z nich zamontować; zwróć uwagę na łatwość montażu; zwróć uwagę na sposób montażu; na ilość ruchomych części fotelika, które w newralgicznym momencie mogłyby się urwać/uszkodzić i stworzyć dodatkowe zagrożenie; zastanów się nad tym, nad tamtym, nad milionem różnych rzeczy, o których jeszcze rok temu nie miałam pojęcia. Okazuje się, że istotne są takie, pozornie banalne szczegóły jak: nachylenie kanapy, czy to na ile centymetrów wystaje z kanapy zapięcie pasa. Pełen kosmos. Więc jaki fotelik wybrać?

Decyzji nie ułatwiało również to, że w naszym mieście w większości sklepów asortyment stanowią produkty ‚fotelikopodobne’, tzw. ‚antymandaty’, czyli coś, co bezpieczeństwa nie zapewnia prawie wcale, ale pozwala uniknąć mandatu za niestosowanie się do przepisów o przewożeniu dzieci. Któregoś dnia, zaraz na początku naszej ‚fotelikowej’ drogi, pojechaliśmy do jednego z takich sklepów. Pani pokazała nam kilka modeli, zaproponowała nawet żeby Szymek sobie w nich usiadł żeby sprawdzić czy jemu będą odpowiadać, a kiedy zapytałam czy mogłaby mi zanotować nazwy modeli, żebym mogła sprawdzić w domu jakie mają oceny w testach, stwierdziła: „Proszę pani, to nie ta kategoria, te które mają dobre wyniki w testach mają zupełnie inne ceny, tych nawet nie ma co sprawdzać… no ale za to kosztują znacznie mniej. Tych drogich w ogóle nie sprowadzamy, bo nikt o nie nie pyta.” Aha. To już wiedziałam, że tam nic nie kupimy. Bo nawet na początku, kiedy nie wiedziałam prawie nic, było dla mnie oczywiste, że nie chodzi o to, żeby uniknąć mandatu, tylko zapewnić naszemu dziecku jak największe bezpieczeństwo. I że ‚poniżej 3 gwiazdek’ nie zejdę, a jeśli tylko damy radę finansowo, to i 4 będą dla mnie niezbędnym minimum.

Czytałam więc dalej. A przy okazji dowiadywałam się m.in. że:

– miejsce za kierowcą, powszechnie uważane za najbezpieczniejsze wcale takim nie jest. Że najbezpieczniej jest umieścić fotelik na środkowym siedzeniu, a jeśli z jakichś powodów jest to niemożliwe – za siedzeniem pasażera

– że mama (jadąca jako pasażer) powinna siedzieć z przodu, ponieważ siedząc z tyłu, w razie wypadku może stanowić zagrożenie dla dziecka w foteliku

– że to, że nóżki dziecka w foteliku 0-13 (popularnej ‚kołysce’, bądź „węglarce” jak gdzieś przeczytałam :P) dotykają oparcia kanapy w żadnym razie nie powinno być kryterium zmiany fotelika na większy (kryteria właściwe to: przekroczona dopuszczalna waga dziecka, niedające się poprawnie zapiąć pasy uprzęży fotelika, głowa dziecka wystająca ponad fotelik)

– że posiadanie przez fotelik Europejskiego Certyfikatu Bezpieczeństwa, czyli homologacji wcale nie oznacza, że jest on bezpieczny, ponieważ ECE oznacza wyłącznie zgodność wyrobu z obowiązującymi obecnie w Europie wymaganiami technicznymi, które to wymagania określają tylko minimum, nie nadążając za rozwojem współczesnych systemów bezpieczeństwa

– że warto zwrócić uwagę na dodatkową ochronę głowy – niektóre foteliki posiadają dodatkową wkładkę, która redukuje siłę uderzenia i oprócz tego utrzymuje głowę dziecka w możliwie bezpiecznej pozycji (najbezpieczniejsza pozycja to pozycja idealnie na wprost, każdy, minimalny nawet skręt szyi w momencie uderzenia może być niebezpieczny)

Przeczytałam też, że dzieci powinny najdłużej jak to możliwe jeździć tyłem do kierunku jazdy. Nawet przez chwilę rozważałam takie rozwiązanie, ale uległam tym popularnym argumentom – że niewygodnie, że będzie mu niedobrze, że nic nie widzi. Tym samym stanęło na dwóch modelach: Roemer King Plus i Cybex Pallas (ten zachwalany, innowacyjny, z osłoną tułowia, jedyny który dostał 5 gwiazdek w testach w kategorii bezpieczeństwa). Pojechaliśmy do innego miasta, całe 70 km od nas, żeby obejrzeć oba i ewentualnie któryś z nich kupić. Na miejscu okazało się, że ceny mają o prawie 150 zł wyższe niż sklepy internetowe, w związku z czym kupować nie będziemy i tylko obejrzymy. Szymek na oba zareagował bardzo pozytywnie, w obu siedział spokojnie (być może po części dlatego że większość drogi przespał i obudził się chwilę przed wejściem do sklepu, w związku z czym nie zdążył się jeszcze rozkręcić 😉 ), ale w Pallasie wydawał się jakiś taki przygnieciony tą poduchą, właściwie bez możliwości ruchu, z rączkami cały czas lekko w górze, położonymi na osłonie. Wyglądało to na średnio komfortowe, zwłaszcza na dystansie 300 km, który od czasu do czasu mamy do pokonania. No i teraz dylemat – komfort czy bezpieczeństwo..? Jak wybrać czy wolisz, żeby Twoje dziecko, mocno ściśnięte, z rączkami wciąż ułożonymi w jednej pozycji, na ‚półce’ przetrwało bezpiecznie podróż, czy może lepiej (teoretycznie, bo przecież te gwiazdki…) mniej bezpiecznie jednak przypiąć go pasami i pozwolić poczytać ksiażeczkę, lub przytulać misia..? Na szczęście brak isofixu w naszym aucie pozbawił mnie tego nierozwiązywalnego chyba dylematu, bo Pallas nie mógłby być zamontowany na stałe, tylko przypinany doraźnie pasem (taka konstrukcja po prostu), więc bez pasażera ‚latałby’ swobodnie po całym aucie.

Później gdzieś na jakiejś stronie przypadkiem zupełnie znalazłam informację, która podobno jest tajemnicą poliszynela wśród specjalistów od fotelików – że foteliki z ochroną tułowia to tzw. hacking manekinów. W praktyce oznacza to, że foteliki te robione są pod manekina, na którym będą testowane i dla takich warunków mają idealne parametry, stąd też wysokie oceny w testach (pominę milczeniem paskudną nieetyczność takiego podejścia 😐 ). A manekin nigdy nie będzie idealnie odwzorowywał dziecka, które, jak wiadomo, nieustannie się porusza, nie siedzi nieruchomo w foteliku jak manekin; czasem waży więcej niż średnia dla jego grupy wiekowej, czasem mniej; czasem jest wyższe, a czasem niższe niż jego rówieśnicy; nieustannie przecież rośnie i zmienia się. Poza tym, jak zauważają eksperci z fotelik.info – energia kinetyczna przy zderzeniu jest większa dla górnych części ciała w przypadku osłony, niż w przypadku uprzęży (czyli standardowego mocowania w większości fotelików).

Czasem wierzę w znaki i w to, że pewnych rozwiązań nie ma co forsować na siłę. I że jeśli te zakupy nam się nie udały, to znaczy, że potrzebujemy jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji. Czyli powinnam czytać dalej…

Czytałam więc i znów powracał do mnie temat fotelików z grupy 9-18 montowanych tyłem do kierunku jazdy. Wciąż jednak trochę go ignorowałam.

Następnym typem poza krowią wersją King Plusa Roemera był Tobi z Maxi Cosi. Któregoś dnia, przy okazji innych zakupów w Smyku, zauważyliśmy, że akurat oba te modele są dostępne, więc znów przymierzyliśmy Szymka. I znów nie umieliśmy się zdecydować. Za to dowiedzieliśmy się przy okazji, że eksperci Maxi Cosi zalecają, żeby co jakiś czas wypiąć fotelik i położyć go np w bagażniku, na noc, żeby dać ‚odpocząć’ tym mechanizmom, które przy zamontowanym foteliku cały czas pracują, co ma wpływ na wytrzymałość konstrukcji, a tym samym bezpośrednio również na bezpieczeństwo.

Szukając w internecie opinii na temat obu modeli zauważyłam, że wiele osób miało podobny dylemat jak my, tzn rozstrzygało pomiędzy tymi dwoma fotelikami. Eksperci z fotelik.info radzą, żeby w przypadku wyboru pomiędzy fotelikami, które mają takie same wyniki w testach wybrać ten, który można bardziej stabilnie zamocować we własnym samochodzie. Ja, jak zwykle, poszukałam trzeciego rozwiązania. Bo czasem jest tak, że rozwiązanie jest nam dane od początku, tylko my nie chcemy go zauważyć. Bo nie patrzymy wystarczająco uważnie, albo upieramy się przy jakichś swoich, niekoniecznie słusznych, wyobrażeniach. A czasem wystarczy być uważnym na informacje, które same gdzieś tam do nas przychodzą i pozwolić sobie na wyjście poza schemat. Taki jak np ten, że większe dzieci jeżdżą przodem. Bo więcej widzą, bo tak im wygodniej, bo tak przecież jeżdżą wszyscy, więc jest bezpiecznie, prawda? Nieprawda. To wcale nie jest kwestia wygody. Tyłem jest równie wygodnie (poza przypadkami, kiedy dziecko cierpi na chorobę lokomocyjną); maluch wszystko widzi, więcej nawet niż jadąc przodem, bo ma do dyspozycji, poza boczną, również całą tylną szybę (w większości przypadków) a przy tym jest znacznie bezpieczniej. I to nie jest czyjaś opinia, podlegająca dyskusji, tylko obiektywny fakt. Bez względu na to jakie jest nasze prywatne zdanie na ten temat, głowa dziecka jest znacznie cięższa w porównaniu do reszty ciała niż w przypadku dorosłego (u 9-miesięcznego niemowlaka stanowi 25% masy ciała, zaś u osoby dorosłej tylko 6%). Oprócz tego małe dzieci, do około 3-4. roku życia mają nie w pełni wykształcone kręgi, mięśnie i więzadła szyjne – szyja jest więc ich słabym punktem. Przy zderzeniach czołowych (a więc najczęstszych i zwykle najpoważniejszych), gdy dziecko zwrócone jest przodem do kierunku jazdy, jego ciało zostaje zatrzymane przez pas bezpieczeństwa, natomiast głowa porusza się do przodu i przeciąża szyję. (źródło: http://www.volvocars.com) Zależnie od siły uderzenia i wielkości dziecka może to mieć różne konsekwencje, z ryzykiem przerwania rdzenia kręgowego włącznie.

Gdy dziecko podróżuje tyłem do kierunku jazdy, siła uderzenia przy takim samym zderzeniu, rozkłada się na całe jego plecy i głowę, co znacznie zmniejsza obciążenie karku. Fotelik stanowi wówczas podparcie dla całego ciała.

Innym czynnikiem, który sprawia, że dziecko jest bardziej podatne na obrażenia, jest nierozwinięta miednica. Kości miednicy dziecka (biodrowa, łonowa i kulszowa) w odróżnieniu od miednicy dorosłego są niezrośnięte. (za: http://www.fotelik.info)

Więcej argumentów? Bardzo proszę:

– Z badań przeprowadzonych przez firmę ubezpieczeniową Folksam wynika, że jazda tyłem do kierunku jazdy jest 5 razy bezpieczniejsza niż przodem

– W krajach skandynawskich istnieje obowiązek przewożenia tyłem do kierunku jazdy dzieci do wieku 4-5 lat (i ok. 25 kg wagi)

– ” Według danych VTI, w latach 2003 – 2010 w Szwecji zginęło 36 dzieci w przedziale 0-10 lat (2003 – 8, 2004 – 8, 2005 – 2, 2006 – 6, 2007 – 2, 2008 – 2, 2009 – 3, 2010 – 5). Dla porównania, w 38,5 milionowej Polsce, tylko w 2011 roku w wypadkach drogowych zginęło 62 dzieci w grupie 0-14 lat (wg. raportów Policji). „ (za: http://fotelik.info/pl/news/inspekcje-fotelikow-dookola-swiata-szwecja,330.html)

– dane na temat obciążeń działających na szyję 3-letniego dziecka w zderzeniu czołowym (wyniki uzyskane w badaniach norweskich):

– fotelik montowany przodem w samochodzie wyprodukowanym w latach 90. lub nowszym – 1700 N (Newtonów)

– fotelik montowany przodem w samochodzie wyprodukowanym w latach 80. (bardziej miękkie zawieszenie, więc mniejszy nacisk) – 950 N

– fotelik montowany tyłem – 250 N

Dane za: http://www.tryggtrafikk.no/

 

Chociaż ja jestem typową humanistką, do mnie liczby nie przemawiają. Do mnie trafiają obrazy, więc tak naprawdę przekonały mnie te filmy:

The Importance of Rear-Facing

Rear facing vs forward facing position in the car

 

Kupiliśmy Maxi Cosi Mobi. Montowany tyłem. Nie jest idealny, bo podobno mały i do 25 kg na pewno nie wystarczy (ale może chociaż do 18..?), tapicerka podobno nieoddychająca, no nie ma tej dodatkowej ochrony głowy… ale już wiem, że nie zamieniłabym go na żaden montowany przodem.

 

Dla Szymka zmiana fotelika miała znaczenie o tyle tylko, że teraz lepiej wszystko widzi, bo siedzi wyżej i może sobie wyglądać przez tylną szybę i przez obie boczne. Zupełnie nie przeszkadza mu to, że siedzi tyłem. Może dlatego, że nie zna innej możliwości, a może po prostu tak też jest spoko 😉 A najważniejsze, że mamy pewność, że jest bezpieczny.

 

Edit:

Byliśmy na inspekcji fotelikowej organizowanej przez ekspertów z fotelik.info. I teraz mamy jeszcze większą pewność, że Szymul jeździ bezpiecznie 🙂 Jeśli ktoś zastanawia się nad wyborem fotelika, albo chce upewnić się, że kupiony już fotelik jest właściwie zamontowany, oraz czy pasuje do samochodu (nie wizualnie 😉 ) to bardzo polecam. Okazuje się, że aż 70 do 85% fotelików jest montowanych nieprawidłowo! I wtedy gwiazdki w testach tracą na znaczeniu, bo fotelik nie spełnia swojej funkcji. Udział w Ogólnopolskich Inspekcjach organizowanych w różnych miastach Polski jest bezpłatny, trzeba jedynie sprawdzić kiedy odbędą się w najbliższym nam mieście, a potem zapisać się na konkretną godzinę na stronie: http://inspekcje-fotelikow.pl/

(W tajemnicy i ‚szeptem’ napiszę, że my naszego Mobi kupiliśmy, wprawdzie w sklepie stacjonarnym, ale w trybie mocno przyspieszonym, bo była sobota, właśnie zamykali, a my jechaliśmy po niego 130 km, tylko droga nam się z różnych względów przedłużyła, więc tylko weszliśmy, zapłaciliśmy i wyszliśmy. Nikt nam nie doradził ani jak zamontować, ani czy ten konkretny model będzie pasował do naszego auta. A i my, jako niedoświadczeni, takiej refleksji jeszcze nie mieliśmy. Na szczęście okazało się, że wszystko jest ok, a Misionowy Tata (to już nie ‚szeptem’ tylko całkiem głośno) został nawet pochwalony na inspekcji za prawidłowy montaż. Zupełnie samodzielny i z intuicyjnym wyborem jedynego słusznego miejsca w samochodzie! O! 😉 )

W czasie inspekcji dowiedzieliśmy się też jak prawidłowo dociągać uprząż, którą to wiedzą niniejszym dzielę się z innymi nieświadomymi rodzicami: pasy należy dociągać najmocniej jak się da! Podobno właściwie nie da się za mocno, a bardzo łatwo jest za luźno. Ten aspekt jest często ignorowany, bo wydaje nam się, że jak pasy nie spadają z dziecka, a zapięcię ‚kliknęło’ to wszystko jest ok. A okazuje się, że to bardzo istotny element bezpieczeństwa i zbyt luźno dociągnięta uprząż również może nam ‚zresetować’ gwiazdki z testów w przypadku kolizji.

– Testem sprawdzającym czy uprząż jest prawidłowo dociągnięta jest na przykład tak zwany test szczypnięcia – poprawnie naciągniętego pasa powinniśmy nie móc ‚uszczypnąć’ tzn złapać pomiędzy palec wskazujący a kciuk.

– Naciągając pasy zbieramy je najpierw z bioder, a dopiero później naciągamy wyżej.

– Ważne jest aby za każdym razem przy wyjmowaniu dziecka luzować uprząż i przy każdym instalowaniu małego Pasażera naciągać ją ponownie. Poza pewnością, że za każdym razem naciąg pasów jest prawidłowy zabieg ten ma jeszcze jedną zaletę – zapewnia prawidłową pracę mechanizmu naciągającego (nieużywany może po jakimś czasie przestać działać prawidłowo).

(Zgroza jak pomyślę jak jeździliśmy wcześniej, bez tej wiedzy…)

 

Nasza droga do wyboru właściwego fotelika była dość długa. Mam nadzieję, że ten post pomoże komuś skrócić jego własną i podjąć tę bardzo ważną decyzję. Bo czy jest coś ważniejszego niż bezpieczeństwo tej najważniejszej dla nas osoby?

Nasze dziecko, nasza wiedza

Dziś rano w Dzień Dobry TVN pojawiły się dwie panie, założycielki i właścicielki Stylovely – firmy stylizującej dzieci. „Stylizującej” to trochę na wyrost, bo jak panie same stwierdziły one nie kreują mody, tylko dopasowują ubrania do upodobań i rytmu życia dziecka. Nie podoba mi się ten pomysł, ale nie będę krytykował pomysłowych bizneswomen, które po prostu znalazły swoją niszę rynkową, bo gdyby iść tym torem to trzeba by krzywo patrzeć na gosposie, które sprzątają to, co ktoś może posprzątać sam itp. Krytycznym okiem spojrzę za to na…. rodziców, którzy decydują się na taką usługę.

Pewnie znowu wyjdę na sknerę, więc od razu na początku zaznaczę, że pieniądze w tym przypadku nie są koronnym argumentem. Owszem, mając do dyspozycji np. 350 złotych wolałbym kupić swojemu dziecku kilka ciuchów, a nie jeden za 50 plus 300 za konsultacje. Nie przekonały mnie więc panie mówiąc, że nie wszyscy rodzice wiedząc co, gdzie i za ile, i po to one są by w tym pomóc, bo nawet jeśli rodzic nie wie, że w sklepie X jest drożej niż w sklepie Y, to więcej traci płacąc za ich usługę, niż za przepłacony ciuch. Nawet mając 1500 do dyspozycji wolałbym te 300 złotych inaczej spożytkować – po prostu uważam, że jest to zbędny wydatek. Problem jest jednak głębszy i dziwi mnie, że rodzice go nie dostrzegają.

Nie jest dla mnie argumentem brak czasu. Skoro na zakupy ze stylistkami i tak idą rodzice, to taki argument traci rację bytu. Przecież ten sam czas mogliby poświęcić bezpośrednio swoim dzieciom i nawet jeśli nie znają rynku odzieżowego tak jak panie z Stylovely, to powinni znać swoje dzieci! I nawet jeśli prawdą jest, że zakupy ze stylistą zajmują mniej czasu, to zyskując kilka minut tracimy z kolei więź z dzieckiem, bo to, co od dziecka usłyszy stylista powinniśmy usłyszeć my. Czy naprawdę potrzebujemy konsultantów by dowiedzieć się od własnego dziecka czy woli sweterki, czy bluzy z kapturem? Przecież taką wiedzę powinniśmy sukcesywnie zbierać z dnia na dzień, rozmawiając z dzieckiem, będąc ważnym elementem jego codzienności. To my, rodzice, powinniśmy być jego stylistami, konsultantami, kreatorami mody czy wręcz wyroczniami. Bynajmniej nie mam tu na myśli wciskanie dziecka w coś, co podoba się tylko nam, a dziecko najchętniej zdjęłoby to i spaliło na stosie. Chodzi mi o to, że mając żywą relację z własnym dzieckiem powinniśmy być jednocześnie jego kumplem, który wie, że w danym momencie gwiazdą popu jest Justin Bieber, a jednocześnie surowym (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) rodzicem, który potrafi określić co jest rozsądne, co ekstrawaganckie, co szalone, a co nienormalne.

Czy wybór bluzki przerasta rodzica? Nie sądzę. Nie mogę pozbyć się myśli, która pojawiła się w mojej głowie zaraz po obejrzeniu programu, że usługa Stylovely adresowana jest do rodziców, dla których sama usługa jest elitarna, a niekoniecznie jej efekt. Może niektórzy uważają, że jest to powód do dumy i lansu, że stylista ubrał ich dziecko. Nie wiem, nie umiem tego zrozumieć do tej pory.

Wiem jedno: ja chcę wiedzieć co lubi moje dziecko, chcę być dla niego wzorem, by nie sugerowało się tym co niesie świat, a tym co będzie ważne w naszym domu. Chcę znajdować dla niego czas nawet, gdy go nie będę miał. Nie będę szedł na łatwiznę.

Chęci kontra portfel

Jako, że moja Żona wyspecjalizowała się w podsumowaniach typu „wszystko o łóżkach” lub „zestawienie (nie)zbędnych gadżetów„, to nie będę w ten obszar się wpraszał na siłę 😉 Zresztą nie czuję się w tym dobrze, bo każde porównywanie produktów w ilości większej niż 3-5 sprawia, że mam ochotę pobiec daleko i wrócić jak już będzie wybrane… (Żona zawsze dziwiła się jak mogę wejść do sklepu, kupić bluzę i wyjść, a co z bluzami w pozostałych sklepach? :p) Nie dotyczy to spraw „poważniejszych” jak wybór sprzętu elektronicznego itp, więc podział ról w naszym małżeństwie chyba jest dość jasno określony 😉

Towarzysząc jednak Małżonce tu i ówdzie, między innymi w sklepach z zabawkami dla dzieci, przekonuję się jak gigantyczny jest to rynek i jak bardzo niebezpiecznym dla portfela jest wzięcie swojego Dziecka i wpuszczenie go w tą pętlę czasoprzestrzenną (co, już 3 godziny minęły?). Większość rodziców pewnie powie, że na dziecku nie ma co oszczędzać (ten wątek już się u nas przewijał), albo że „dla mojego Misiuńcia – wszystko!„. No i bardzo dobrze, nie zamierzam tego negować czy podważać.

Istnieje jednak subtelna granica między zapewnianiem swojemu Szkrabowi wszystkiego, czego potrzebuje do rozwoju, a zbytecznym wyrzucaniem pieniędzy na zabawki, które nie są tego warte. Bo czy naprawdę potrzebna jest kolekcja figurek średniowiecznych postaci i stworów, po 16pln sztuka? Naoglądałem się niedawno wszelakiego barachła, że tak to dosadnie określę, i przekonany jestem, że Dzieciaki wchodząc do takiego kolorowego raju skłonne byłyby kupić wszystko, nawet podrygujące i grające melodyjki sztuczne wymiociny 😉 Dlatego bardzo istotne jest by na takie zakupy poszedł z dzieckiem ktoś, kto nie zostawi szarych komórek razem z kurtką w szatni 🙂

Odmawianie dziecku zakupu jakiejś rzeczy nie jest niczym złym i wzrok jednej czy drugiej zdziwionej matki przy sąsiedniej półce nie powinien nikogo peszyć, a już na pewno nie powinien być argumentem za zakupem bzdetu, którego marża jest przejaskrawiona bardziej niż on sam, w swej oczopląsowej kolorystyce. Warto sobie w takiej chwili pomyśleć „Jeśli inni uważają, że to jest super zabawka, to niech kupują, ja nie muszę„. Uprzedzając argumenty o histerii dziecka mogę powiedzieć tylko tyle, że jeśli się dziecko przyzwyczai, że swą histerią może coś osiągnąć, to będzie tak się zachowywało, ale jeśli rodzice wykażą się cierpliwością i dobrze pojętą siłą, to Dziecko w końcu zrozumie, że nie tędy droga. Teoria jest, mam nadzieję, że w praktyce uda mi się tak zachowywać 😉

Ale wracając do tematu zabawek i finansów. Nie zawsze drogie, firmowe zabawki muszą być wyznacznikiem „bawialni” dziecka. Wyznacznikiem takim może być inwencja rodziców i ich chęć ofiarowania swemu potomstwu zabawek z duszą, własnoręcznie wykonanych i przepełnionych miłością. Zabawki takie mają wiele zalet:

  • budują więź emocjonalną między rodzicami a dziećmi (kiedy już dziecko potrafi zrozumieć, że to właśnie Mamusia mu zrobiła to cudo lub gdy wręcz uczestniczy w jego tworzeniu)
  • mają większą „elitarność” niż standardowe, choćby najpiękniejsze, ale jednak masowo produkowane zabawki
  • dają podwójną frajdę: przy ich tworzeniu, i przy zabawie z ich wykorzystaniem
  • koszty ich produkcji są nieraz wielokrotnie mniejsze niż ceny gotowych zabawek

A jeśli Mama lub Tata mogą rozwijać własne umiejętności sprawiając radość swojemu dziecku, to czy może być coś piękniejszego :)? W końcu łatwo wejść do sklepu, zdjąć z półki kolorową, hałaśliwą maszynkę, ale dopiero własna inwencja, własna praca i jej efekt mogą dać wiele satysfakcji.

Przykładem zabawek, które relatywnie łatwo jest wykonać za całkiem rozsądne pieniądze, jednocześnie ofiarowując Dziecku coś, co będzie rozwijało jego wyobraźnię i uczyło pierwszych zwrotów w sposób interaktywny, są filcowe pacynki 🙂 Małe, poręczne, można je wszędzie ze sobą zabrać. Z nimi pytania typu „a jak robi kotek?” są bardziej sugestywne, a ich mnogość i różnorodność zapewnią sporo dobrej zabawy przy Maluszkowych Teatrzykach 😉

Wyprawkowo cz. 3 – O łóżeczkach prawie wszystko

Temat łóżeczek w zasadzie nie powinien mnie interesować, z dwóch powodów:
1. Mamy obiecane łóżeczko od siostry Małżona, jako że kuzynka Misiona jest już poważną osobą i zasługuje na swoje pierwsze ‘poważne’ łóżko. Problem wyborów wszelakich zatem, począwszy od koloru, przez rozmiar, po dodatkowe funkcjonalności zostaje zredukowany do zera (i dobrze :P).
2. W ramach wprowadzania w życie idei AP* (a po części, bądźmy szczerzy, również trochę z własnej wygody i niechęci do wstawania w nocy milion pięćset razy :P) zamierzamy praktykować co-sleeping, czyli spać z Misionem w jednym łóżku.

ale (ponieważ zawsze musi być jakieś ‘ale’ 😉 ), że ja generalnie lubię wiedzieć, a wszelkie tematy okołociążowe i okołodzieciowe są moją, każdego dnia odkrywaną na nowo, pasją życiową, to i ten temat zbadałam wzdłuż i wszerz.
(mój Mąż pewnie ma ochotę dopisać tu, że motorem moich działań jest nie tyle pasja, co nadmiar wolnego czasu i… może miałby trochę racji 😛)
Z moich obserwacji, poszukiwań i setek postów przeczytanych na kilku forach wynika, że mamy do dyspozycji dwie opcje podstawowe:
– łóżeczko drewniane
lub
– łóżeczko turystyczne (zyskujące coraz większą popularność jako łóżeczko stacjonarne, podstawowe)
A oprócz tego kilka opcji mniej popularnych:
– kołyska (dla całkiem „nowych”, ponieważ trochę więksi szybko przestają się mieścić, nie mówiąc już o tych całkiem sporych, którzy bardzo by chcieli, ale za nic nie mogą zmieścić nawet tej maleńkiej dupki 😉 )
– łóżeczko-dostawka, które jednym bokiem styka się z łóżkiem rodziców, stanowiąc w ten sposób jakby jego przedłużenie
– wspomniany już co-sleeping, czyli spanie z dzieckiem w jednym łóżku (ale o tym kiedy indziej 🙂 )

I trochę bardziej szczegółowo (dla bardziej zainteresowanych 😉 ):
– poszczególne parametry łóżeczek określa europejska norma PN-EN 716-1 (zgodnie z nią odstępy między szczebelkami nie powinny być mniejsze niż 2,5 cm i nie większe niż 6 cm, a boki powinny mieć wysokość co najmniej 60 cm)
– standardowe wymiary łóżeczek to: 120×60 cm i 140×70 cm
– wśród łóżeczek drewnianych można przebierać w niezliczonych modelach, różniących się: kolorem, wielkością, zdobieniami typu: rzeźbiony słonik, żyrafka (w wersji dla ekscentryków: aplikacjami z kryształków Svarowskiego)

oraz dodatkowymi funkcjonalnościami (i tu zaczynają się dylematy):
– z szufladą lub bez
– z biegunami/płozami lub bez, blokowanymi lub nie (funkcja kołyski)
– z wyjmowanymi szczebelkami lub nie
– z opuszczanym bokiem lub nie
– z dwoma lub trzema regulowanymi poziomami wysokości materacyka (przy czym nawet przy najwyższym poziomie głębokość łóżeczka powinna wynosić co najmniej 30 cm)
I tu, większość mam, których opinie miałam okazję poznać optowała za opcją: z szufladą i opuszczanym bokiem (bo nie trzeba się schylać, co jest szczególnie istotne zwłaszcza po cc). Drugą dużą grupę stanowiły mamy, dla których najlepsze jest to z szufladą i wyjmowanymi szczebelkami (bo starszy maluch może sobie sam wyjść z łóżeczka kiedy już się wyśpi i obudzi… gorzej jeśli zdecyduje się wyjść zanim się wyśpi i nie sposób nakłonić go do zmiany zdania :P).
Opuszczany bok jest przydatny również przy cosleepingu, jest jednak również dość mocny argument przeciwko takim łóżeczkom– w USA uznano je za niebezpieczne i zakazano ich produkcji oraz sprzedaży (w ciągu 10 lat odnotowano 30 przypadków uduszenia się niemowląt i małych dzieci w takich łóżeczkach). Więcej można poczytać tu.

A jeśli ktoś lubi designerskie i niestandardowe rozwiązania, za które jest skłonny sporo zapłacić, to też znajdzie coś dla siebie:

Bardzo funkcjonalne łóżeczko firmy Leander, do kupienia również w polskich sklepach (o np. tu ). Cena to: 4639 zł
Całość wykonana ze skandynawskiej brzozy, występuje w trzech wersjach kolorystycznych, materacyk jest z elastycznej pianki, obszyty wełenką, więcej można poczytać na stronie producenta


Również bardzo funkcjonalne łóżeczko firmy Stokke, które rośnie wraz z dzieckiem, do kupienia również w Polsce, np. tu, cena: 3449 zł (za wersję mini – okrągłą i średnią – owalną), za 999 zł można dokupić dodatkowe rozszerzenie do wersji junior.
O łóżeczku można też poczytać na stronie producenta .
Rozwiązanie samo w sobie bardzo fajne i bardzo praktyczne, tylko trzeba wziąć pod uwagę, że te łóżeczka mają bardzo niestandardowy materacyk, może być więc ciężko z ewentualną wymianą.

W każdym razie jeśli poszukujesz takiego rodzaju łóżeczka, które można później przerobić na tapczanik dla starszego dziecka, w trochę niższych cenach, to warto sprawdzić producentów takich jak Bellamy (model Greta), Klupś (model Bartek II), Pali (model Ciak).


Bartek II

Greta

Funkcjonalność łóżeczka może się objawić w jeszcze innym aspekcie:

Ciekawy pomysł do małych przestrzeni 🙂 Producent: Bloom Baby (dla zainteresowanych: model Alma), łóżeczko występuje w kilku wersjach kolorystycznych – natknęłam się na: białą, zieloną, pomarańczową, szarą, ciemny brąz.

A może łóżeczko, które przekształca się w biurko?

To projekt firmy BE, do kupienia np. tu

A tu już multifunkcjonalność – 1 mebel – 4 rozwiązania:

Producent: Castor&Chouca, cena: ok. 1300 euro – niespecjalnie drogo jak za tyle mebli ;))

I absolutny megahit, prawdziwe łóżeczko XXI wieku 😛 :

Cencio – pierwsze inteligentne łóżeczko:
– reguluje sen dziecka za pomocą zautomatyzowanego systemu bujania
– posiada wbudowany system regulowania cyrkulacji powietrza

– wbudowany system videomonitoringu

– podświetlenie na wybrany kolor
Totalne szaleństwo. Nie wiem (i chyba nie chcę wiedzieć) ile kosztuje, ale gdyby ktoś był zainteresowany: http://www.intellicot.com/

Łóżeczka turystyczne są trochę bardziej ujednolicone, jeśli chodzi o dodatkowe opcje, warto jednak przed zakupem zwrócić uwagę na to, czy istotne są dla nas takie rzeczy jak:
– jeden bok otwierany na suwak (podobna korzyść jak przy wyjmowanych szczebelkach)
– przewijak w komplecie (ze specjalnymi uchwytami, standardowe usztywniane przewijaki na łóżeczko mogą się w tym przypadku nie sprawdzić)
– pałąk z zabawkami
– pozytywka wygrywająca melodie (według wielu rodziców szalenie irytujące ustrojstwo, według tych obdarzonych lepszym słuchem – obfitujące w drażniące ucho dźwięki)
– uchwyty do przytrzymywania się przy wstawaniu (część łóżeczek ma je w standardzie, część nie – można je zakupić osobno na allegro, pod hasłem: uchwyty do kojca)
– regulowaną wysokość (2 lub 3 poziomy, na których można zaczepić materac)
– moskitiera nakładana bezpośrednio na łóżeczko lub półokrągła nad łóżeczkiem
– kółka przy jednym boku, ułatwiające rajdy tour de mieszkanie
– łatwość składania, ew. wielkość po złożeniu/poręczność
– waga łóżeczka (jeśli np. lubimy ćwiczenia atletyczne wykonywane ‘przy okazji’, to lepiej żeby było jak najcięższe 😉 )
Poza tym można dowolnie przebierać we wzorach, kolorach, nadrukach – pod tym względem wybór wydaje się zdecydowanie większy niż przy łóżeczkach drewnianych.
Moi faworyci w kategorii łóżeczek turystycznych (faworyci ‘platoniczni’, bo ze względu na cenę zakochiwać się w nich mogę tylko na odległość 🙁 ):


Samsonite Bassinnette w wersji 0-6 m-cy

i

Samsonite Bubble Cot w wersji do 24 m-cy

Coraz więcej mam decyduje się na zastąpienie łóżeczka drewnianego turystycznym na stałe, ze względu na jego mobilność, ale również samą specyfikę – łóżeczka turystyczne są ‘z natury’ miękkie, eliminują więc destruktorskie zapędy szczebelków drewnianych – ich przemożną chęć przygrzmocenia w głowę malucha, niebezpieczne wygięcie rączki lub nóżki, która przypadkiem się między nie zaplącze, itd. itd.

Czymś w rodzaju alternatywy jest również kołyska, mniej popularna, ze względu na to, że starcza na zdecydowanie niedługo. Z drugiej strony jednak jej zdecydowanym atutem jest to, że zajmuje niewiele miejsca i jest nieco bardziej mobilna niż łóżeczka drewniane.
Na szczególną uwagę zasługują moim zdaniem zdobywające coraz większą popularność kołyski tekturowe, doskonale wpisujące się w trend eko, a przy tym przeurocze 🙂

Takie rozwiązanie proponują m.in.:
Green Lullaby
Ale również:
Mothercare
oraz polska firma Kartooni, która oprócz kołysek ma w ofercie również różne inne, piękne, kartonowe meble 🙂
(Ponieważ kołyska Green Lullaby kosztuje ok. 370 zł, próbuję cały czas namówić Małżona, żeby skonstruował nam taką samodzielnie. To zdolny chłopak jest, a poza tym w związku z zakupami z kategorii AGD trafiły nam się bardzo sztywne, wytrzymałe kartony, które w tej chwili czekają za drzwiami aż moje namowy odniosą pozytywny skutek ;P)

Do tej kategorii, trochę „na siłę” można też zaliczyć zyskujące coraz większą popularność kosze wiklinowe, zwane ‘koszami Mojżesza’.

Do koszy można często dokupić też specjalne ‘nogi’, dzięki czemu nie musi on stać na podłodze. (Nie należy pozostawiać bez opieki kosza postawionego na stole albo na kanapie!)
Przy zakupie takiego kosza warto zwrócić uwagę na to, żeby:
– od środka był wyłożony materiałem, żeby dziecko się nie pokaleczyło
– uchwyty/ramiona czy jakkolwiek to nazwać, nie były zbyt długie (a w praktyce nie przekraczały 20 cm), a tym samym niebezpieczne dla maleństwa.

A gdyby ktoś był zauroczony kołyskami, ale preferował mniej konwencjonalne rozwiązania (a jednocześnie dysponował dość dużym, wolnym kapitałem 😉 ), to również ma w czym wybierać:


Bardzo futurystyczne kołyski Cascara firmy Baby Cot Pod, doskonałe dla fanów kreskówki The Jetsons 😛
Albo


Model Metro, tej samej firmy

A może:

The Rockid – kołyska połączona z fotelem bujanym? :> Dostępna w kilku kolorach, kosztuje 520$.

A skoro jesteśmy już przy takich łączeniach:

Pomysłowe połączenie kołyski i fotela – Koo firmy Lunar

A jeśli ktoś woli bardziej powietrzne klimaty:


Hushamok – raczej dla szczęśliwców dysponujących dużymi przestrzeniami. Cena: 536$
Alternatywnie rozwiązanie wspominanej już firmy Leander:


W wersji stojącej, nieco przypominającej teepee, lub w wersji podwieszanej pod sufitem 🙂
Do kupienia np. tu za 1339 zł
(Bardzo podobne rozwiązanie proponuje również firma Knoppa)

No i jest jeszcze kwestia materacyków, które to, okazuje się, są rzeczą szalenie dyskusyjną i właściwie już teraz nie wiem co wybrać… w każdym razie dowiedziałam się, że:
– najpopularniejsze są materace kokos-pianka-gryka, ewentualnie kokos-gryka
– ale występują też:
– pianka-kokos-lateks
– lateksowo-kanalikowe
– sprężynowo-kieszonkowe
– termoelastyczne
– piankowe – najprostsze, najzwyklejsze, na jakich wychowała się większość dzieci, zanim biznes dziecięcy na dobre się rozkręcił 😛

Każdy z tych rodzajów ma swoich zwolenników, którzy potrafią podać mnóstwo ich zalet, oraz przeciwników, którzy prześcigają się we wskazywaniu ich wad. Materace lateksowe są znacznie droższe, ale z drugiej strony są podobno „naturalnie antybakteryjne”, elastyczne i oddychające – ten typ materaców poleca np. pan Zawitkowski (co dla wielu osób jest istotne). Plusem lateksowych, poza wględami zdrowotnymi i prorozwojowymi jest to, że są nie do przesikania, w przeciwieństwie do tych ‘naturalnych’ – gryczano-kokosowych, które po takim wypadku nadają się niestety tylko do wyrzucenia.
Jeśli już jesteśmy przy materacach ‘naturalnych’ powinniśmy pamiętać, że przez pierwsze pół roku malucha układa się na stronie kokosowej (ponieważ potrzebują stabilnego oparcia), dopiero później na gryczanej. Część sprzedawców odradza materace gryczane, argumentując to dużą liczbą reklamacji na wychodzącą z materaca grykę (uwolnić się chce, skubana!), natomiast część położnych uważa materace kokosowo-gryczane za zbyt twarde dla „nowych”. Jeśli kupimy łóżeczko z innej firmy i materacyk z IKEI, może się okazać, że się nie polubią i wielkościowo nie dogadają nigdy (materacyk będzie o kilka centymetrów za duży i będzie to bardzo dobitnie okazywał), w związku z czym będziemy musieli zdecydować się na jeszcze jeden materac

Dla osób szczególnie zainteresowanych tematyką materaców do poczytania:
http://www.twoja-sypialnia.pl, http://www.marsen.com.pl, http://www.e-mieszkanie.pl

I pozostałe rady okołołóżeczkowe gdzie indziej niesklasyfikowane 😉 :
– samo łóżeczko warto kupić wcześniej niż ‘w ostatniej chwili’, żeby zdążyło się „wyśmierdzieć” z zapachu farb, lakierów, itp. (jeśli zakup taki przypadnie nam robić w zimie – na mrozie takie zapachy ulatniają się podobno szybciej)
– przed zakupem warto poczytać w internecie opinie na temat wybranego przez nas modelu – zdarzają się modele mniej udane, z kiepskim systemem składania/skręcania, z kiepskim dopasowaniem poszczególnych części. Poza tym warto poszukać informacji na temat określonej opcji kolorystycznej – w niektórych firmach zdarza się, że wersje ciemniejsze trafiają do finalnych odbiorców poobijane, z poodpryskiwaną farbą, które to ubytki w tym przypadku są znacznie bardziej widoczne.
– do standardowego łóżeczka 120×60 warto kupić ciut większą pościel, np. 100×135, ze względów czysto praktycznych – wystarczy zdecydowanie na dłużej, nie warto inwestować w pościel ‘na chwilę’, a wiadomo jak szybko dzieci rosną. A poza wymiarem praktycznym jest też wymiar estetyczny – w internecie jest większy wybór tego większego rozmiaru
– nie trzeba przygotowywać kompletu pościeli na powitanie malucha – przy „nowych” i przez kolejne pół roku nie używa się poduszki (ze względu na ryzyko uduszenia, a „nowym” i tak do szczęścia nie jest potrzebna), a w lecie zamiast kołderki używa się kocyka, albo pieluszki flanelowej, w pozostałych porach roku natomiast często praktyczniejszy okazuje się śpiworek, z którego coraz bardziej mobilny nowy człowiek na pewno nie zdoła się wykopać i tym samym spać „z gołym” tyłkiem dopóki go na tym nie nakryjemy. Więc generalnie śpiworek jest rzeczą nader praktyczną, którą warto mieć, i wcale niekoniecznie ten antybakteryjny Feretti za 150 zł.
Chociaż z kolei pościel Feretti jest bardzo polecana ze względu na jej jakość, jako „nie do zdarcia”. Podobno mimo wielu prań zachowuje miękkość, kolory i wszystkie inne potrzebne właściwości takie jak ciągłość materiału 😛 (co zdarza się stracić np. pościelom niektórych polskich producentów).
Mi osobiście szalenie podobają się zestawy firmy Blanca Baby, te z francuskiej bawełny, a zwłaszcza ten o:

i ten:

I taki mam nadzieję kupić za jakiś czas, jak już Mision stanie się pościelowym ludzikiem 😉

– warto za to zainwestować w kilka prześcieradełek (bo przecież różne rzeczy z różnych końców mogą nadejść nagle i niespodziewanie :P), najlepiej takich na gumkę. Z podczytywanych opinii wynika, że bawełniane są lepsze niż frotte (które podobno mogą powodować podrażnienia na buzi, kiedy dziecko leży na brzuchu), ale nie miałam jeszcze okazji sprawdzić tego w praktyce, więc to rada nie testowana.
– poza prześcieradełkami szalenie praktyczne są również nieprzemakalne podkłady pod spód. Pełnią funkcję bohaterską – ochraniają materac przed zaślinieniem, ulewaniem, nieszczelnymi pieluszkami 🙂 (ciekawostka: „nieszczelne” pieluszki podobno częściej zdarzają się u chłopców :>). Jest to o tyle istotne, że podobno taki przemoknięty materac potrafi bardzo nieładnie pachnieć i jest to zapach nie do usunięcia… tzn, jedynym sposobem jest usunięcie go wraz z materacem. Warto pamiętać też, że dużej części materaców nie można prać. Można w ten sposób zabezpieczyć również wózek.

Często polecane są te Ikeowe:

(dla niepoznaki nazwane na ich stronie ochraniaczami, dlatego umieszczam link, a gdyby postanowili go jeszcze bardziej ukryć i link przestałby działać, to nazywa się LEN ochraniacz pod materac i tak należy go szukać :P), po 20 zł za sztukę, lub, zdecydowanie tańsza alternatywa (niestety nie wiem jak to wygląda w relacji jakość/trwałość) – Canpol, w cenie ok. 2-3 zł (a jak się dobrze poszuka to i po 1,50 zł 😉 )

– same pościele (poszewki) powinny być tylko z bawełny (nawet gdyby syntetyczne były o niebo piękniejsze, bardziej designerskie i miały lepsze kolory – żadna z tych rzeczy nie spowoduje, że przestaną nadmiernie grzać i „przepocać” (przepacać? powodować zwiększoną potliwość w każdym razie) malucha), a wypełnienia jak najbardziej oddychające (z tych samych względów; często polecaną marką jest np. Ingeo).
– jeśli dziecko jest zdrowe łóżeczka nie ustawia się, wbrew obiegowym opiniom, pod kątem, na książkach, deskach, itd ponieważ powoduje to u malucha niepotrzebnie konieczność pracy mięśni przeciwdziałających zsuwaniu się (a po co go niepotrzebnie przemęczać 😉 ). Ale można zastosować ten chwyt jeśli dziecko ma refluks, dużo ulewa lub wymiotuje (choć oczywiście najlepiej skonsultować to najpierw z lekarzem lub farmaceutą ;), a najlepiej jakąś rozsądną położną, która podpowie ile książek podłożyć i które tytuły sprawdzają się najlepiej 😉 ).
– dla takich maluchów przydatna może być też poduszka-klin (o taka:

do kupienia w polskich sklepach i na allegro też, kosztuje ok. 25 zł)
– ochraniacz (czyli ta wąska część, którą umieszcza się wokół łóżeczka, w łóżeczkach szczebelkowych) przydaje się przy starszych maluchach, kiedy stają się bardziej mobilne i zaczynają się przemieszczać i eksplorować wzdłuż i wszerz przestrzeń łóżeczka. Ochraniacz zapobiega wówczas bolesnej eskploracji szczebelków za pomocą głowy. Z drugiej strony natomiast zbierają również nieprzychylne opinie jako zło zakłócające cyrkulację powietrza w łóżeczku, a tym samym mogące zwiększać ryzyko SIDS (dlatego też lepiej zrezygnować z nich u całkiem nowych ludzi, których mobilność i tak jest generalnie niewielka).
– ostatnio w IKEA widziałam też specjalne plastikowe osłonki na górną barierkę łóżeczka, taki swoisty gryzak. O taki:

Kosztuje 16 zł, gdyby postanowił się ukryć na stronie IKEA to należy go szukać pod hasłem: NOGA (uwielbiam te szwedzkie nazwy :D), gryzaczek do łóżeczka dziecięcego.
– z ciekawostek warto wspomnieć też o wkładce zapobiegającej odkształcaniu się główki niemowlaka – Lovenest firmy BabyMoov

Dodatkowo wkładka ta zapobiega przekręcaniu główki przez niemowlaka, co z jednej strony może i jest bezpieczne, a z drugiej – tak go usztywniać na siłę..?
Tak czy siak pomysł dość ciekawy i prawdę mówiąc rozważam go…
Gdyby ktoś był zainteresowany, do kupienia tu, w cenie 43 zł.
– i jeszcze jedna rzecz z kategorii niestandardowych rozwiązań – hamaczek do łóżeczka


Można kupić tu, kosztuje 80 zł i mam zamiar go nabyć i przetestować 🙂

 

Ufff… sporo tego, a jeszcze możnaby pisać i pisać… a może Wy znacie jakieś cenne rady dotyczące wyboru łóżeczka, o których tu zapomniałam..? 🙂

 

*AP – Attachement Parenting, czyli Rodzicielstwo Bliskości

Bisfenol A jest fuj

Drogie Mamy,
jeśli podobnie jak ja, jesteście właśnie na etapie kompletowania wyprawki dla Waszego maleństwa, pamiętajcie, że:
bisfenol A (stosowany w niektórych butelkach do karmienia niemowląt)
i
formamid (stosowany m.in. do zmiękczania pianki w bardzo popularnych puzzlach piankowych)
ftalany (stosowane przy produkcji niektórych zabawek)

to substancje, z którymi Wasze dziecko nie powinno się spotkać.
Zwracajcie uwagę, aby to, co kupujecie było ich pozbawione.

Poczytajcie:
StopBPA
Maty z puzzli zabronione we Francji i w Belgii
Toksyny w matach-puzzlach dla dzieci

Szał zakupów :P

Odkąd wiemy już, z dość dużym prawdopodobieństwem, że będzie Syn, można zacząć kompletować wyprawkę. Babcia wprawdzie zakupiła już dwa ‚męskie’ bodziaki kiedy było to tylko ‚prawdopodobne’, bo „nie mogła się powstrzymać” 😀 ja jednak starałam się poczekać, aż będzie to pewniejsza informacja.

I wczoraj wybrałam się na zakupy.

Nakupiłam tyle ciuszków, że pewnie będziemy musieli mu oddać całą jedną szafkę (nie wspominając już o tym, że będzie miał więcej ciuchów niż jego rodzice), ale… tego mi było trzeba 😛 To zdecydowanie jedne z najprzyjemniejszych zakupów jakie zdarzało mi się robić, a jak pomyślę, że czeka nas jeszcze kompletowanie wszystkich pozostałych rzeczy… :))